Witek widział ich w „Dziedzilli” i przed oczami stawał mu trup zabitego w Sochaczewie sołdata, który napastował jego Ziutkę. Te same kałmuckie gęby z furażerkami zsuniętymi na tył głowy. Dzicy Azjaci, którzy pili wódkę jak wodę, jedli jak zwierzęta, a pod murami walili olbrzymie, wściekle śmierdzące kupy. W restauracji opierali pepesze o blaty stołów i wyśpiewywali swoje czastuszki.

Witek grał, ale jednocześnie przypominał sobie swoje granie w „Bachusie” w Sylwestra 1939-go, gdy Niemcy ryczeli „Rosemundę” i czuli się panami Miasta i całej Polski. Teraz, po pięciu latach grał innym najeźdźcom!  Żuł więc w sobie złość i smutek, ale wiedział, że na razie nie ma innego wyjścia.

Z  Ziutką bowiem nie było dobrze i noga ciągle bolała, a obrzęk stał się brązowo-żółty. Po paru dniach udało się wreszcie Witkowi znaleźć felczera, który nastawił zwichnięte kości. Przy tym – trzeba powiedzieć – dość brutalnym zabiegu, Ziutka zemdlała parę razy i nawet po tygodniu nie mogła jeszcze dojść do siebie. Słaba była jak świerszcz i chociaż Witek przynosił jej z restauracji zupy, chleb i co tylko mógł i zmuszał do jedzenia, to jak narazie dziewczyna była marna.

Tak jakby wszystko to co przeżyła wychodziło z niej jak chora ropa, która pojawia się przy zaniedbanych ranach. Powstanie, wyjście z Warszawy, Ożarów, ucieczka, Sochaczew i to co tam przeżyła, a nade wszystko powrót do nieistniejącego domu i śmierć rodziców przygięło ją brzemieniem prawie nie do uniesienia.

Ostatecznie miała tylko osiemnaście lat!

Była młoda, ale gasła i Witek gryzł się i skowyczał, ale tylko po cichu, bo nie chciał pokazywać dziewczynie smutnej twarzy. Coś w niej siedziało jak cierń, który wcześniej czy później trzeba wyrwać.

Na wiosnę była już lepsza, ale nie ze wszystkim, a Witek czekał cierpliwie. Nie naciskał i nie zmuszał. Czekał, aż Ziutka coś powie.

Dzień zakończenia wojny był raczej blady, a entuzjazm umiarkowany, bo warszawiacy zdążyli się przyzwyczaić do tego, że Niemców już nie ma. Dla nich wojna skończyła się w styczniu, a poza tym co tu było do świętowania, skoro wokół zalegało morze ruin i ludzkich nieszczęść.

Witkowie mieszkali w jednym, lodowato zimnym pokoju, którego powybijane okna Witek założył jakimiś szmatami. Wody nie było, światła nie było i mebli też nie było. Spali na starym materacu, który znaleźli  w ruinach.

Większość dnia Ziutka była sama, bo Witek pracował kelnerując i grając, a to przeciągało się do późnej nocy. Postanowili więc, żeby za wszelką cenę, przenieść ją gdzieś do ludzi, a najlepiej do pani Anieli, która mogłaby się dla niej stać prawdziwą opieką. Co do tego, że ta niezniszczalna kobieta przetrwała Powstanie, Witek nie miał wątpliwości. Ostatecznie mieszkała i handlowała na Pradze, a tam zniszczenia były nieporównanie mniejsze niż na lewym brzegu Wisły.

Praskie Powstanie w sierpniu 1944 roku trwało tylko cztery dni i wobec ogromnej przewagi Niemców i braku pomocy, powstańcy wrócili do konspiracji.  Dziękowano Bogu za tę mądrą decyzję i oszczędzenie nieprzeliczonej ilości młodych żyć!

Praga wiosny 1945-go tętniła więc życiem.

Witkowie wybrali się w niedzielę rano. Przeszli pontonowym mostem od Ludnej na Jakubowską, a że droga była  długa, więc odpoczywali co jakiś czas, bo Ziutka mimo wszystko nie była jeszcze w pełnej formie.

W którymś momencie, już po przejściu Wisły, gdy odpoczywali przy Zielenieckiej, Ziutka zaczęła mówić. Bez płaczu i łez, ale z ogromnym żalem.

-Taki wspaniały świat dookoła – zaczęła –  drzewa kwitną, Wisła płynie, a moi rodzice nigdy już tego nie ujrzą. I to wszystko moja wina! To przeze mnie! Wolałam pójść w to przeklęte powstanie, a przecież powinnam w domu siedzieć i rodziców ochraniać!

-Ceśka mnie pociągnęła. Mówiła, że to dla Polski, dla Ojczyzny i temu podobne… Mówiła, że tak trzeba, że nie wolno żałować krwi i młodego życia, bo tylko wolność jest ważna i my tę wolność wywalczymy!

-A ja słuchałam, jak ta głupia i poszłam. Jeszcze moja mamusia wołała za mną pytając czy naprawdę muszę, a ja nawet na nią nie popatrzyłam tylko powtarzałam te głupoty, że muszę i już!

-A przecież moi rodzice całą okupację przetrwali. Nigdy tej przeklętej opaski z gwiazdą nie nosili i udało się… Aż przyszło to Powstanie i zginęli!

Witek skamieniał.

-Co ty Ziutka mówisz? Jakiej opaski? To twoi rodzice Żydami byli? Jakżeż mogli przeżyć? To nie wywieźli ich do getta?

-Mój ojciec zamożnym człowiekiem był. Jakoś przetrwali.

-A ty?

-Blondynka jestem. Bardziej na Niemkę wyglądam niż na Żydówkę.

-To ty jesteś Żydówką?!?

-Coś się tak zdziwił? Pewnie, że jestem.

Zgodnie z Witka oczekiwaniami, zastali panią Anielę zdrową i energiczną jak dawniej. Przetrwała Powstanie, dalej prowadziła knajpę, a do tego otworzyła budkę na bazarze Różyckiego, który odżywał już po wcześniejszym pożarze i zapełniał się  kupcami, oferującymi wszystko co tylko biedna, powojenna publiczność mogła potrzebować.

Na widok Witka i Ziutki plasnęła w ręce, usadziła ich za stołem i w pierwszej kolejności dała wspaniałą jajecznicę z kiełbasą, prawdziwą kawę, a do tego flaszkę czystej wódki. Zmęczeni i wygłodzeni rzucili się na jedzenie z wilczym apetytem.

-Widzi mama – zaczął Witek – Ziutka jest trochę chora i słaba. Może zostałaby tu jakiś czas, trochę pomogła i odpoczęła, bo tam w Śródmieściu to do sił nie dojdzie. Ciężko jest. Ja jestem cały dzień w robocie i mieszkanie mamy do niczego…

A pani Aniela popatrzyła na bladą dziewczynę i powiedziała:

-Zostań córcia. Będzie ci tu dobrze. Pomożesz w handlu, pomożesz za bufetem i trochę się odkarmisz.

-Dziękuję bardzo, ale widzi pani, ja bym chciała iść na studia. Mówią, że mają otworzyć uniwersytet… Mówią, że może na jesieni – to jeśli pani taka łaskawa, to zostanę tu jakiś czas, a potem – jak Witek znajdzie jakieś lepsze  mieszkanie – to pójdę.

-No to masz żabciu parę miesięcy. Co będzie zobaczymy, a jak potem będziesz się chciała uczyć, to na Krakowskie możesz i stąd dojeżdżać.

Trochę później gdy już po paru kieliszkach  Ziutka oparła głowę, bo od tej jajecznicy i wódki zrobiła się senna, pani Aniela pociągnęła Witka do kuchni i spytała szybkim szeptem:

-Witek! Co to za historia? Mówiłeś jej, że jesteś z moją Dusią? Mówiłeś, że jesteście małżeństwem?

-Nie mówiłem, bo przecież Dusia nie żyje…

-A skąd ty to wiesz? Może nie żyje, a może żyje! Trzeba szukać. A co ty chcesz z tą Ziutką robić? Toż to dziewucha nie dla ciebie. Na studia idzie… A ty co? A co będzie jak Duśka wróci – i to z dzieckiem? Co chcesz robić? A poza tym to Żydówka…

Witek aż zmartwiał!

-A skąd mama to wie?! Toż ona mi to dopiero dziś powiedziała!

-Ma się to oko, chłopaku. Ma się oko. A ty co – ciągnęła – też tutaj przyjdziesz, czy zostaniesz w tej robocie co masz?

To wszystko było przykre, ale Witek nie mógł odmówić teściowej racji.—Może to był głupi pomysł z tym przyjściem – myślał – ale z drugiej strony co miał robić? Mieszkanie na Wilczej nie było ani pewne, ani dobre. Jedno co go tam trzymało to praca w „Dziedzilli”. W tych warunkach to i zdrowemu było ciężko, nie mówiąc o takiej wątłości jak Ziutka.

-Będę przychodził co drugi dzień, albo i częściej – powiedział – ale na razie nie mogę tej pracy rzucić. Muszę pogadać z Żelazką, bo to dusza człowiek i podał mi rękę jak przyszliśmy z Sochaczewa do Warszawy.

-Wiesz co Witek – powiedziała po chwili zastanowienia – coś ci powiem – może to i lepiej, że będziesz dalej robił tam w Śródmieściu. Ja wiem, że i tak zrobisz po swojemu, ale tak mi się widzi, że dopóki nie wiesz na sicher, że Dusia nie żyje to nic nie planuj.

-Tak tylko mówię – dodała trochę tłumacząco.




A Witek odetchnął, bo tak po prawdzie to była  jeszcze inna sprawa, która od bardzo niedawna coraz bardziej zaprzątała mu głowę, a ta „sprawa” miała na imię Elza.

Elza była w „Dziedzilli” kelnerką, ale nie tylko. Tak jak Witek, który od czasu do czasu brał skrzypki i grał, tak bywało, że Elza wspomagała go czasami  śpiewem. A głos miała niski, nabrzmiały namiętnością i jakby tęskniący za miłością.

Goście przepadali za jej śpiewaniem, a już gdy śpiewała wojenne szlagiery, to sala cichła i widać było, że nawet tu – w tej dość niewyszukanej knajpie – ludzie przeżywali i w niejednym oku zakręciła się łza. Najlepiej wychodziła jej nowa, amerykańska piosenka „Someday”, śpiewana wtedy przez Eltona Britta, którą słyszało się dosłownie wszędzie.

Jasne, że Elza śpiewała też i inne, znane kawałki, jak „Miłość ci wszystko wybaczy”, czy „Ta ostatnia niedziela”, ale „Someday” wychodziło jej zdecydowanie najlepiej. W tej piosence jej głos brzmiał tak jakby nie była zwykłą dziewczyną z Powiśla, tylko jakąś Amerykanką, która śpiewa na Broadwayu.

Gdy zaczynała  śpiewać „I know that someday you’ll want me to want you…” rozmowy milkły i wielu nie mogło od niej oderwać oczu.

Witek z Elzą byli po koleżeńsku i mając głowę pełną myśli o Ziutce i jej zdrowiu, nie zwracał specjalnej uwagi na śpiewającą dziewczynę, ale – jak mawiał kiedyś stary mistrz Konstanty z hotelu Europejskiego – „jeśli kobieta chce twojej miłości, to nie musi otwierać ust, a ty i tak będziesz o tym wiedział”.

W czasie pogawędek z koniaczkiem, mówił wtedy Witkowi nie tylko o serwowaniu eleganckich potraw i pięknych nakryciach, ale także o  innych, powiedzmy, życiowych sprawach, w których był koneserem.

O kobietach mówił tak:

-Pamiętaj Witek, że najwspanialszymi, a zarazem najniebezpieczniejszymi  kobietami nie są te, które głośno się śmieją, tańczą i furkoczą sukniami. Takich kobiet-trzpiotek  jest wiele.

Prawdziwym diamentem jest taka, która przesuwa się koło ciebie jak senna i leniwa lwica, od której czujesz  żar przyciągający cię jak ogień ćmę. Taka kobieta da ci miłość, której nie da ci żadna inna.

Pamiętaj Witek – strzeż się takich kobiet, bo wpadniesz jak śliwka w kompot! Strzeż się leniwie sennych i zadumanych, bo właśnie w takich kobietach drzemie wulkan, który spali cię na popiół!

-Na popiół Witek! Na popiół – powtarzał.

Któregoś wieczoru, słowa starego mistrza, przypomniały się Witkowi aż nadto wyraźnie.

Elza śpiewała „Someday”. W pewnym momencie, przy słowach  „…you’ll want me to want you…” odwróciła się lekko w kierunku grającego Witka i na krótką chwilę ich oczy spotkały się inaczej niż kiedykolwiek wcześniej.

W półmroku zadymionej sali restauracyjnej, dwie pary oczu utonęły w sobie tak głęboko, że Witek zamarł i przestał grać. Przez moment ogarnęło go takie podniecenie, że prawie zapomniał gdzie jest i co robi. Na szczęście to była tylko krótka chwila, ale zapamiętał ją sobie dobrze! A może nawet bardzo dobrze!

Po tym wieczorze Witek tylko ukradkiem spoglądał na Elzę. Czuł się winny, nielojalny wobec Ziutki i w ogóle był jakby wystraszony. Mimo to raz obudzona fascynacja nie mijała, a nawet nabrała oszałamiającego tempa gdy następnego wieczoru, już po zamknięciu lokalu, porządkowali razem salę.

Akurat zbierał brudne naczynia i obie ręce miał zajęte, gdy nagle Elza podeszła do niego, stanęła bardzo blisko i rozpiąwszy mu spodnie,  włożyła głęboko rękę i dotknęła jego męskości.

Witek stał jak sparaliżowany. W restauracji było już pusto i nawet kucharz poszedł do domu.

Elza przesunęła dłonią parę razy, a potem wyjęła rękę i najspokojniej zapięła mu pasek.

Witkowi talerze wypadły z rąk i rozbiły się z hałasem.

-Teraz to przynajmniej wiem, że nie jesteś obrzezany… powiedziała bez cienia zażenowania – patrz się jakiego bałaganu narobiłeś… trzeba będzie posprzątać – dodała półgłosem i  popatrzyła na niego leniwym, sennym wzrokiem, który zderzył się z nagle rozognionymi, ciemnymi oczami Witka.

I było mniej więcej tak jak z Tadeuszem i Telimeną w „Panu Tadeuszu”:

„I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął,

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.”

Ale mimo, że Witek palił się jak pochodnia to tego wieczoru do niczego więcej nie doszło. Elza najspokojniej pozamiatała rozbite talerze, skończyła sprzątać, rzuciła „cześć, do jutra” i wyszła.

-Co jest? Co jej jest?! – łomotało mu w głowie – o co jej chodzi?

Wrócił do domu jak pijany, nic nie mówiąc przygarnął łapczywie Ziutkę i pociągnął na siennik. Gdy było już po wszystkim, Ziutka spytała:

-A skąd ci to nagle przyszło?

Ale Witek nie odpowiedział, tylko pocałował ją czule w usta, odwrócił się i zasnął.

Następne dni były dla niego drogą przez mękę, bo Elza zachowywała się jakby nigdy nic, była jak zwykle po koleżeńsku, a on płonął. Chciało mu się tej kobiety jak wody na pustyni, jak powietrza, jak światła. Czuł, że za parę chwil miłości z nią,  oddałby pół życia, a może nawet całe… Gorzał i cierpiał jak potępieniec, ale na razie nic się nie działo.

To było już po tym jak odprowadził Ziutkę do mamy Anieli. Z Pragi  wrócił na piechotę, ale na Powiślu złapał autobus. To była jedna z czterech linii autobusowych jakie dopiero co zaczęły działać. Stary Chevrolet potykał się na wybojach i kawałkach gruzu, ścisk był okropny, ale najważniejsze było to, że się jechało!