Arty­kuł ten powstał w momen­cie naj­więk­sze­go cha­osu poli­tycz­ne­go w Pol­sce. War­to więc przy­po­mnieć boha­te­rów, któ­rzy prze­le­wa­li krew za wol­ną Pol­skę. Został on zain­spi­ro­wa­ny przez maj. Leonar­da Jędrzej­cza­ka, uczest­ni­ka bitwy pod Mon­te Cas­si­no, bli­skie­go przy­ja­cie­la póź­niej­sze­go Pre­zy­den­ta Ryszar­da Kaczo­row­skie­go. Major Leonard Jędrzej­czak bez żad­nej pomo­cy z War­sza­wy, cią­gle opo­wia­da o tam­tych cza­sach w swo­im domu w Mil­wau­kee. Histo­rię tę dedy­ku­je­my pol­skim politykom. 

Kata­rzy­na Muraw­ska, Wal­de­mar Biniec­ki USA 

18 maja 1944 roku, o świ­cie, świat obie­gła wia­do­mość, któ­rej jako pol­ski patrio­tycz­ny komen­tarz towa­rzy­szy­ła pio­sen­ka „Czer­wo­ne maki na Mon­te Cas­si­no”. Auto­rem słów jest Feliks Konar­ski „Ref-Ren” – poeta i żoł­nierz II Kor­pu­su gen. Wła­dy­sła­wa Ander­sa, a kom­po­zy­to­rem muzy­ki Alfred Schütz – dyry­gent i czło­nek Teatru Żoł­nie­rza Pol­skie­go sta­cjo­nu­ją­ce­go w Com­po­bas­so, nie­da­le­ko Mon­te Cassino.

reklama

Wróć­my na chwi­lę do tam­tych wyda­rzeń, do tam­tych dni chwa­ły i krwi, do zapa­chu czer­wo­nych maków, do historii.

Rok 1943 był dla II woj­ny świa­to­wej prze­ło­mo­wy. Na wscho­dzie Niem­cy zosta­li zatrzy­ma­ni u stóp Kau­ka­zu, a klę­ska, jaką ponie­śli w lutym 1943 roku pod Sta­lin­gra­dem, była kre­sem ich powo­dzeń. W Afry­ce Pół­noc­nej woj­ska „Osi” zosta­ły wypar­te z Egip­tu, z Cyre­naj­ki i Try­po­li­ta­nii. W maju 1943 roku na fron­cie afry­kań­skim wszel­ki opór nie­przy­ja­cie­la ustał. We Wło­szech oba­lo­no Mus­so­li­nie­go, a nowy rząd pre­mie­ra mar­szał­ka Pie­tro Bado­glio roz­po­czął roz­mo­wy z Alian­ta­mi. 3 wrze­śnia Wło­chy pod­pi­sa­ły kapi­tu­la­cję. Alian­ci, któ­rzy już wylą­do­wa­li na Sycy­lii, roz­po­czę­li marsz na północ. 

Dowódz­two nie­miec­kie nie było zasko­czo­ne takim obro­tem spraw. Już w maju 1943r ścią­gnę­ło posił­ki i przy­go­to­wa­ło odpo­wied­nie pla­ny na wypa­dek wyco­fa­nia się Wło­chów z woj­ny. Wyko­rzy­stu­jąc natu­ral­ną rzeź­bę Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go, odpo­wied­nio ufor­ty­fi­ko­wa­no teren seria­mi punk­tów topo­gra­ficz­nych, zwa­ny­mi linia­mi obro­ny. Głów­ną była Linia Gusta­wa. Bie­gła nad Morzem Tyr­reń­skim wzdłuż bie­gu rzek: Gari­glia­no i Rapi­do, przez pasmo wyso­kich Ape­ni­nów do miej­sco­wo­ści Alfe­de­na i dalej brze­giem rze­ki San­gro w opar­ciu o masyw Majel­la, do Morza Adria­tyc­kie­go. Dłu­gość tej linii, prze­ci­na­ją­cej Pół­wy­sep Ape­niń­ski od morza do morza, wyno­si­ła oko­ło 140 km. Przed głów­ną Linią Gusta­wa sta­nę­ły jesz­cze trzy inne: Vic­tor, Bar­ba­ra i Bern­hardt. Potrze­ba było trzech mie­się­cy, aby poko­nać te prze­szko­dy. Zanim woj­ska sprzy­mie­rzo­nych sta­nę­ły przed Linią Gusta­wa, Niem­cy ścią­gnę­li z fron­tu afry­kań­skie­go, któ­ry już nie był aktyw­ny, i z Fran­cji naj­lep­sze oddzia­ły i dosko­na­łą broń. Na ich korzyść dzia­ła­ło ukształ­to­wa­nie tere­nu i pora roku. Jesien­ne ule­wy i roz­le­gły, grzą­ski teren unie­moż­li­wia­ły posu­wa­nie się cięż­kich pojaz­dów i arty­le­rii. Niem­cy mie­li zde­cy­do­wa­ną prze­wa­gę w tym rejo­nie i kon­tro­lo­wa­li poczy­na­nia wojsk sprzymierzonych. 

Rów­no­le­gle do walk fron­to­wych toczy­ła się wal­ka dyplo­ma­tycz­na. Alian­ci opra­co­wy­wa­li swo­je pla­ny, a Sowie­ci sta­wia­li warun­ki, któ­re wymu­sza­ły zmia­nę tych pla­nów. Przy­kła­dem takiej ope­ra­cji było porzu­ce­nie współ­pra­cy z gen. D. Michaj­ło­wi­czem i poma­ga­nie par­ty­zan­tom Josi­pa Broz Tity. Już na kon­fe­ren­cji w Tehe­ra­nie nakre­ślo­no zasad­ni­czy plan poli­tycz­ne­go podzia­łu wpły­wów w Euro­pie i do tego pla­nu dosto­so­wy­wa­no stra­te­gie wojskowe.

II Kor­pus Pol­ski był goto­wy do wal­ki. Pola­cy chcie­li wal­czyć, żeby zaprze­czyć oszczer­stwom sowiec­kiej pro­pa­gan­dy. 14 listo­pa­da naczel­ny wódz gen. Kazi­mierz Sosn­kow­ski oso­bi­ście wizy­to­wał woj­sko. W swo­im prze­mó­wie­niu dobit­nie przy­po­mniał, o jakie cele i war­to­ści toczy się woj­na i jakie zada­nia sto­ją przed Pol­ską. Mię­dzy inny­mi powiedział:

Dzi­siaj, gdy znaj­du­je­my się pod ostrym obstrza­łem nie­chęt­nej nam pro­pa­gan­dy, osto­ją naszą jest czy­ste sumie­nie i prze­świad­cze­nie, że żaden czło­wiek uczci­wy i spra­wie­dli­wy nic Pol­sce zarzu­cić nie może. Pola­cy nie chcą jed­nak za żad­ną cenę pogo­dzić się z per­spek­ty­wą roz­bio­ru jed­ne­go z sojusz­ni­ków na rzecz dru­gie­go. Naród nasz (…) nie może w dniu zwy­cię­stwa zna­leźć się w sytu­acji, w któ­rej pra­wa Pol­ski mia­ły­by ulec uszczu­ple­niu. (…) Mamy, na szczę­ście, pra­wo­wi­ty rząd Rze­czy­po­spo­li­tej i legal­ne wła­dze pań­stwo­we. Ich to ist­nie­nie spra­wia, że jeste­śmy żoł­nie­rza­mi Rze­czy­po­spo­li­tej, nie zaś woj­skiem najem­nym w służ­bie cudzej racji stanu.

Po tej wizy­cie zaczę­ły się przy­go­to­wa­nia do wyjaz­du do Włoch. Wra­ca­li do Euro­py, a stąd już było bli­sko, coraz bli­żej do Polski.

21 grud­nia 1943 przy­by­li do zie­mi wło­skiej, do por­tu Taranto.

Po świę­tach Boże­go Naro­dze­nia II Kor­pus trans­por­ta­mi zaczął prze­su­wać się bli­żej linii fron­tu. Miał zastą­pić zmę­czo­ne pró­ba­mi prze­ła­ma­nia linii obron­nych nie­przy­ja­cie­la oddzia­ły bry­tyj­skie. Warun­ki atmos­fe­rycz­ne dla przy­by­łych z gorą­ce­go kli­ma­tu żoł­nie­rzy były trud­ne, ale gor­sze jed­nak od cio­sów przy­ro­dy, od zim­na i cho­rób, były rany zada­ne przez tych, któ­rych uwa­ża się za przyjaciół.

22 lute­go 1944 roku pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii Win­ston Chur­chill wygło­sił w Izbie Gmin wiel­kie prze­mó­wie­nie poli­tycz­ne, w któ­rym spra­wa Pol­ski zaję­ła pierw­szo­pla­no­we miej­sce. Powie­dział w nim mię­dzy innymi:

Los naro­du pol­skie­go zaj­mu­je naczel­ne miej­sce w myślach i poli­ty­ce rzą­du i par­la­men­tu bry­tyj­skie­go. Z przy­jem­no­ścią usły­sza­łem od mar­szał­ka Sta­li­na, że i on uwa­ża za nie­zbęd­ne stwo­rze­nie i utrzy­ma­nie sil­nej i nie­pod­le­głej Pol­ski jako jed­ne­go z czo­ło­wych mocarstw w Euro­pie. (…) Nie gwa­ran­to­wa­li­śmy nigdy żad­nej linii gra­nicz­nej Pol­ski. Nie wyra­ża­li­śmy zgo­dy na oku­pa­cję Wil­na przez Pol­skę w roku 1920, bry­tyj­skie poglą­dy w roku 1919 zna­la­zły wyraz w tzw. Linii Cur­zo­na (…). Odczu­wam głę­bo­ką sym­pa­tię dla Pola­ków, ale mam rów­nież zro­zu­mie­nie dla sta­no­wi­ska Rosji. Oswo­bo­dze­nie Pol­ski może być obec­nie osią­gnię­te przez armie rosyj­skie, po ponie­sie­niu przez nie milio­no­wych ofiar przy zła­ma­niu nie­miec­kiej potę­gi woj­sko­wej. Nie odno­szę wra­że­nia, aby żąda­nia Rosji zabez­pie­cze­nia jej gra­nic zachod­nich wykra­cza­ły poza obręb tego, co jest roz­sąd­ne i sprawiedliwe.”

Roz­sąd­ne i spra­wie­dli­we” żąda­nia Rosji ozna­cza­ły zabór nie­omal poło­wy tery­to­rium Pol­ski sprzed 1939 roku i utra­tę 1/3 licz­by jej miesz­kań­ców. W pol­skim woj­sku naj­pierw zawrza­ło, a potem nastą­pi­ło roz­go­ry­cze­nie. Auto­ry­tet Chur­chil­la, któ­re­go uwa­ża­li za przy­ja­cie­la Pol­ski, bar­dzo osłabł, ale żoł­nie­rze wie­rzy­li, że nie będzie wol­nej Pol­ski bez poko­na­nia faszy­stow­skich Nie­miec. Prze­zwy­cię­ża­jąc gorycz i żal, będą się bić z hono­rem do koń­ca. Jesz­cze nigdy dotąd dla żoł­nie­rza pol­skie­go, prze­by­wa­ją­ce­go w oko­pach, na jakim­kol­wiek odcin­ku fron­tu honor i ojczy­zna nie zna­czy­ły tak wiele.

Głów­no­do­wo­dzą­cy na fron­cie wło­skim gen. Alek­san­der, aby ruszyć na pół­noc, pla­no­wał kolej­ny atak na pozy­cje nie­miec­kie. Na dro­dze do Rzy­mu sta­ło jed­nak Mon­te Cas­si­no – skal­ny, stro­my masyw gór­ski, wyła­nia­ją­cy się z doli­ny Rapi­do i rze­ki Liri, dając róż­ni­ce wyso­ko­ści względ­nej ponad 500 m, a w naj­wyż­szym punk­cie – Mon­te Cairo 1669 m. Masyw ten ma roz­mia­ry 4, a nie­któ­rych miej­scach 6 km sze­ro­ko­ści i oko­ło 8 km dłu­go­ści. Tędy pro­wa­dzi­ła jedy­na moż­li­wa dro­ga z połu­dnia Włoch na Rzym.

Mon­te Cas­si­no, według rzym­skie­go histo­ry­ka Tytu­sa Liwiu­sza, w IV wie­ku p.n.e. erą sta­ło się kolo­nią rzym­ską. Od zawsze było bra­mą otwie­ra­ją­cą z połu­dnia dro­gę do Wiecz­ne­go Mia­sta – Rzy­mu. Od cza­sów wojen z woj­ska­mi Han­ni­ba­la było twierdzą.

W cza­sie II woj­ny świa­to­wej wzgó­rze to sta­no­wi­ło wysu­nię­ty bastion w nie­miec­kich pozy­cjach obron­nych. Niem­cy nale­ży­cie wyko­rzy­sta­li natu­ral­ne walo­ry obron­ne tere­nu i naj­now­szy­mi środ­ka­mi tech­ni­ki wojen­nej i doświad­cze­niem nie­by­wa­le spo­tę­go­wa­li jego obron­ność. Pod­sta­wą obro­ny był wspa­nia­ły sys­tem ognio­wy wszyst­kich bro­ni strze­la­ją­cych poci­ska­mi stro­mo­to­ro­wy­mi i pła­sko toro­wy­mi oraz wiel­ka ich ela­stycz­ność, pozwa­la­ją­ca sku­pić ogień w dowol­nym miej­scu. W głę­bi pozy­cji nie­miec­kich ten umoc­nio­ny masyw u stóp Mon­te Cairo łączył się z dru­gą ryglo­wą linią obron­ną zwa­ną Linią Hitle­ra lub Sen­ge­ra. Mia­stecz­ko Pie­di­mon­te, zbu­do­wa­ne cał­ko­wi­cie z kamie­nia, panu­je nie­po­dziel­nie nad bie­gną­cą nie­mal u jego stóp doli­ną rze­ki Liri i głów­ną dro­gą tej doli­ny Via Case­li­na. Niem­cy zamie­ni­li je w twier­dzę, umac­nia­jąc każ­dy budy­nek i budu­jąc dodat­ko­we beto­no­we schro­ny dla dział i kara­bi­nów maszy­no­wych. Tak jak rzym­scy histo­ry­cy, nie­miec­cy stra­te­dzy nazy­wa­li Mon­te Cas­si­no „słu­pa­mi bra­my do Rzy­mu”. Zało­gę jego obroń­ców sta­no­wi­ły dobo­ro­we oddzia­ły woj­ska. Byli to pra­wie w stu pro­cen­tach ochot­ni­cy dobra­ni pod wzglę­dem fizycz­nym, moral­nym i dosko­na­le wyszkoleni.

Wszyst­ko to potwier­dza­ło opi­nię, że to miej­sce było napraw­dę nie­moż­li­we do zdo­by­cia. Prze­ko­ny­wał o tym każ­dy dzień 1944 roku, gdy oddzia­ły bry­tyj­skie, ame­ry­kań­skie, fran­cu­skie, hin­du­skie, nowo­ze­landz­kie upo­rczy­wie ata­ko­wa­ły te ska­li­ste wzgó­rza. Nie­ste­ty, bez powo­dze­nia. 15 lute­go bom­bar­do­wa­nie ame­ry­kań­skie zamie­ni­ło klasz­tor w pry­zmę gru­zów. Wyko­rzy­sta­li to Niem­cy i na gru­zach usta­wi­li gniaz­da kara­bi­nów maszy­no­wych, któ­re przy­gwoź­dzi­ły ata­ku­ją­cych do ziemi.

W kwiet­niu 1944 roku dowódz­two sprzy­mie­rzo­nych popro­si­ło II Kor­pus Pol­ski pod dowódz­twem gen. Wła­dy­sła­wa Ander­sa o wspar­cie w wal­kach. Wyda­wa­ło się, że jest to dla szczu­płych sił Kor­pu­su zada­nie nie do wyko­na­nia. Dla Pola­ków i dla dowód­cy była to jed­nak spra­wa hono­ru. Chcie­li wal­czyć, aby poka­zać świa­tu, że nie są bojaź­li­wi, że ura­bia­na przez złą sowiec­ką pro­pa­gan­dę opi­nia o odmo­wie wal­ki przy boku Armii Czer­wo­nej jest fał­szy­wa. Gene­rał Anders z cięż­kim ser­cem zgo­dził się posłać Kor­pus na wzgórze.

Przy­go­to­wa­nia oddzia­łów do wej­ścia do akcji roz­po­czę­ły się 4 kwiet­nia. Dowód­ca z samo­lo­tu doko­nał roz­po­zna­nia całe­go odcin­ka, któ­ry Kor­pus miał ata­ko­wać. Potem nastą­pi­ło stu­dio­wa­nie map, zdjęć lot­ni­czych i odkry­wa­nie tere­nu, któ­re musia­ło odby­wać się tyl­ko nocą i pole­ga­ło bar­dzo czę­sto na zna­le­zie­niu dro­gi lub kawał­ka grun­tu pod ska­łą, w któ­rym moż­na było wyko­pać dołek i zama­sko­wać swo­ją pozy­cję. Trze­ba było prze­wieźć, prze­nieść i ukryć w tere­nie na całej głę­bo­ko­ści obsza­ru, z któ­re­go Kor­pus miał pro­wa­dzić dzia­ła­nia ope­ra­cyj­ne, wiel­kie ilo­ści amu­ni­cji, żyw­no­ści, wody i wszel­kie­go sprzę­tu potrzeb­ne­go do życia i wal­ki. Dowóz zaopa­trze­nia był ogrom­nie utrud­nio­ny, gdyż w stre­fie przy­fron­to­wej były tyko dwie dro­gi gór­skie, led­wie przy­sto­so­wa­ne do ruchu i znaj­do­wa­ły się one pod okiem i obstrza­łem nie­przy­ja­cie­la. Zaopa­trze­nie dla przed­niej stre­fy walk na począt­ku dro­gi było prze­wo­żo­ne samo­cho­da­mi, potem prze­ła­do­wy­wa­ne na lżej­sze pojaz­dy mecha­nicz­ne, potem prze­kła­da­ne na muły i w koń­cu żoł­nie­rze na naj­trud­niej­szych gór­skich odcin­kach, z wiel­kim wysił­kiem, trans­por­to­wa­li wszyst­ko na wła­snych plecach.

Leonard Jędrzej­czak i jego dru­ży­na sami prze­nie­śli tony mate­ria­łów i sprzę­tu, a ich koszu­le nigdy nie schły od potu. On tak zapa­mię­tał czas przygotowań: 

Byłem jed­nym z trzy­stu radio­te­le­gra­fi­stów podzie­lo­nych na małe, 3–4‑osobowe gru­py. Zada­niem naszej maleń­kiej czte­ro­oso­bo­wej gru­py było utrzy­ma­nie łącz­no­ści mię­dzy plu­to­nem (oko­ło 60 żoł­nie­rzy) a dowódz­twem. Łącz­ność radio­wa była pew­niej­sza, bo bez­prze­wo­do­wa. Tele­fo­ni­ści czę­sto nie mie­li moż­li­wo­ści zako­pa­nia kabli w ska­li­stym grun­cie, więc połą­cze­nia łatwo ule­ga­ły znisz­cze­niu. Radio­sta­cje były cięż­kie. Każ­dy z nas wno­sił po dwa apa­ra­ty, do nich bate­rie i do tego ekwi­pu­nek oso­bi­sty. Razem wszyst­ko waży­ło oko­ło czter­dzie­stu kilo­gra­mów. Był to ogrom­ny wysi­łek fizycz­ny. Wszyst­ko robi­li­śmy w nocy i bez uży­cia jakie­go­kol­wiek światła.” 

Aby prze­dłu­żyć noc i zaciem­nić świa­tło księ­ży­ca zady­mia­no całą doli­nę rze­ki Rapi­do. Gdy wszyst­ko było w mia­rę przy­go­to­wa­ne, roz­po­czął się czwar­ty atak, w któ­rym Pola­cy mie­li zna­czą­cy udział. Atak zaczął się 11 maja o godzi­nie 23.00.

Gene­rał Anders w swo­ich wspo­mnie­niach Bez ostat­nie­go roz­dzia­łu tak wspo­mi­na tę bitwę:

Ciem­no­ści cał­ko­wi­te nocy i dymu. Na kil­ka kro­ków nic nie widać. Nawet żoł­nie­rze tej samej dru­ży­ny w pocho­dzie lub w pró­bie pocho­du naprzód, pada­jąc w ogniu i zry­wa­jąc się zno­wu, po wybu­chach bli­skich lub pośród nich tra­cą łącz­ność, z bie­dą odnaj­du­ją się, nie doli­cza­ją się swe­go sta­nu. Od same­go począt­ku pada­ją zabi­ci lub ran­ni dowód­cy baonów, kom­pa­nii, plu­to­nów, a dowódz­two kolej­no obej­mu­ją zastęp­cy i zastęp­cy zastępców.”

Nie­wąt­pli­wie i ta bitwa two­rzy całość, lecz tej cało­ści nikt nie widzi. A w tych oso­bli­wych warun­kach każ­dy widzi jesz­cze mniej niż zazwy­czaj nawet w wal­kach dzi­siej­szych, gdyż nie prze­bi­ja wzro­kiem nawet naj­bliż­szej ciem­no­ści, któ­ra jest jego głów­ną, jak­że jed­nak nie­pew­ną, osło­ną. Na tę jed­nak nie­uchwyt­ną całość ogól­ną skła­da się mno­gość prze­żyć oddzia­łów, pod­od­dzia­łów, ba! nawet ludzi, już po pro­stu nie jed­no­stek woj­sko­wych, lecz ludz­kich. Jest to rój drob­nych epo­pei. Nie­któ­re z nich nagle ucię­te śmier­cią na miej­scu w bie­gu naprzód lub w przy­pad­nię­ciu do zie­mi w wybu­chu zabra­ła z sobą tajem­ni­ca gro­bu. Nie­któ­re, wstrzą­sa­ją­ce wra­że­nia­mi już nie z godzi­ny na godzi­nę, ale z minu­ty na minu­tę, sta­ły się strzę­pa­mi wspo­mnień tej bitwy w tysią­cach serc żoł­nier­skich. Z nich wyła­nia się dopie­ro epo­pe­ja cało­ści. Ten pochód na wzgó­rze 593, na Gar­dziel i na Wid­mo, to jed­no pasmo woli, męstwa, wysił­ku i ofia­ry, któ­rym razem dano mia­no bohaterstwa.

Los każ­de­go żoł­nie­rza to jeden epi­zod tej epo­pei boha­ter­stwa, tym cen­niej­szej, że już nie­wie­lu dopi­sze do niej swo­je kartki”.

Oto jed­na z tych kar­tek zapi­sa­na w pamię­ci uczest­ni­ka bitwy, dziś majo­ra w sta­nie spo­czyn­ku, łącz­no­ściow­ca Bry­ga­dy Kar­pac­kiej i II Kor­pu­su – Leonar­da Jędrzejczaka:

Sze­dłem z Kor­pu­sem i dzień po dniu zbli­ża­łem się do pie­kła, bo jeśli w ogó­le pie­kło ist­nie­je, to było wła­śnie tam. Przy­go­to­wa­nia do ata­ku zaczę­ły się już 4 maja, gdy mie­li­śmy zmie­nić zmę­czo­nych i bez powo­dze­nia wal­czą­cych żoł­nie­rzy bry­tyj­skich. Wspi­na­li­śmy się na wyzna­czo­ne pozy­cje nocą, a dnie spę­dza­li­śmy w oko­pach. Dziw­ne to były oko­py. Trze­ba było zna­leźć sobie jakiś kąt pod ska­łą, wygrze­bać dziu­rę, na ile to było moż­li­we, do spe­cjal­nych wor­ków, może podob­nych do tych, jakich dziś uży­wa się do ukła­da­nia wałów prze­ciw­po­wo­dzio­wych, nakłaść kamie­ni i zro­bić sobie z tego kry­jów­kę, sta­no­wi­sko strzel­ni­cze i łącz­no­ścio­we. Gdy była cisza, sta­ra­li­śmy się posłu­chać jakie­goś pro­gra­mu radio­we­go. Radio­sta­cja dywer­syj­na» Wan­da “mówi­ła do żoł­nie­rzy po pol­sku, nama­wia­ła nas do zaprze­sta­nia wal­ki, obie­cy­wa­ła róż­ne rze­czy. Klę­li­śmy i wyłą­cza­li­śmy szcze­kacz­kę, ale pozo­sta­wa­ła nuda, bo trze­ba było dniem sie­dzieć w tym skle­co­nym oko­pie albo w jakimś bun­krze i cze­kać, aż nocą będzie moż­li­wość prze­miesz­cze­nia sprzę­tu w nowe miej­sce. Niem­cy całe dnie patro­lo­wa­li teren i sys­te­ma­tycz­nie go ostrze­li­wa­li. Kto tyl­ko wysta­wił gło­wę z oko­pu, padał łupem strzel­ca wybo­ro­we­go albo był tra­fia­ny odłam­kiem szrapnela.

Wresz­cie nad­szedł 11 maja godzi­na 23.00. Był mój czas odpo­czyn­ku. Spa­łem wte­dy. Obu­dził mnie wiel­ki huk. Było dokład­nie tak jak w tym wierszu:

Ryk armat w pół roz­dzia­wił prze­ra­żo­ną ciszę

Pod­nio­sły się ciem­no­ści roze­rwa­ne ogniem

Wypcha­nym na roz­kaz z tysią­ca gardzieli

Ogień się nasy­cał ku szczy­tom się podniósł

Gryzł i rzę­są drga­ją­cą o nie­bo się oparł

Rósł i ciem­ność roz­pie­rał gwał­tow­nym rozziewem

Na góry wstą­pił stam­tąd prze­lał się jak potop

Uka­zu­jąc w prze­lo­cie pora­nio­ne drzewa

Wśród sta­no­wisk ukry­tych u pod­staw wyjściowych

Z nami w ocze­ki­wa­niu na znak drużynowych…

(Józef Żywi­na – Ręko­pis znad linii frontu)

Zaczy­na­ło się przy­go­to­wa­nie arty­le­ryj­skie. Prze­szło 2000 dział wali­ło ze wszyst­kich stron. Nie wia­do­mo było, któ­ry pocisk może nas tra­fić, wro­gi czy swój. Było jasno jak w dzień. Gaze­tę moż­na było czy­tać. Wszyst­ko się trzę­sło, kamie­nie lecia­ły ze wszyst­kich stron. Trwa­ło to pół­to­rej godzi­ny, ale mnie wyda­wa­ło się, że to wiecz­ność. Lufy dział były gorą­ce. Arty­le­rzy­ści chło­dzi­li je, macza­jąc juto­we wor­ki w wodzie zgro­ma­dzo­nej do picia.

Radio­sta­cje cały czas nada­wa­ły zaszy­fro­wa­ne komunikaty.

O 2.00 w nocy poszedł szturm. Bitwa była o każ­dą piędź ska­ły, pra­wie na bagne­ty. Zgi­nę­ło dużo ofi­ce­rów i kadry dowód­czej. Po cało­dzien­nych wal­kach wyco­fa­li­śmy się na pozy­cje wyj­ścio­we. Ja musia­łem pil­no­wać radio­sta­cji, bo kil­ku kole­gów zgi­nę­ło, a wie­lu było ran­nych. Widzia­łem oddzia­ły sani­tar­ne zbie­ra­ją­ce pole­głych. Nie­któ­re cia­ła były roze­rwa­ne na strzę­py i nie moż­na było usta­lić ich toż­sa­mo­ści. Takich zali­cza­no do zagi­nio­nych. W następ­nych dniach też nie próż­no­wa­no. Wie­dzie­li­śmy, że będzie kolej­ne natar­cie. Byli­śmy głod­ni, spra­gnie­ni i nie zdej­mo­wa­li­śmy mun­du­rów już kil­ka dni. Z radio­sta­cją musia­łem prze­miesz­czać się w róż­ne miej­sca, aby utrzy­mać łącz­ność dowódz­twa z arty­le­rią. W prze­rwie mię­dzy 12 a 17 maja, czy­li mię­dzy kolej­ny­mi natar­cia­mi, pra­cy było bar­dzo dużo. My z łącz­no­ści musie­li­śmy napra­wiać sprzęt. Pra­wie wszyst­kie linie tele­fo­nicz­ne były uszkodzone.

Cen­tral­nym punk­tem łącz­no­ściow­ców był Domek Dok­to­ra. Czę­sto tam prze­by­wa­łem. Do dziś pamię­tam jed­no zda­rze­nie. Krót­ka godzi­na wyżło­bi­ła ślad w moim mózgu i mojej psy­chi­ce na zawsze. Byłem wte­dy bar­dzo zmę­czo­ny. Nie spa­łem dwie doby. Usia­dłem pod ścia­ną schro­nu i myśla­łem, że śnię. Zoba­czy­łem dziw­ną sce­nę. Wyda­wa­ło mi się, że znaj­du­ją­ca się naprze­ciw­ko mnie bel­ka zaczy­na się ruszać. Pomy­śla­łem, że mam halu­cy­na­cje, a co naj­mniej prze­wi­dze­nia. Zamkną­łem na chwi­lę oczy, ale zja­wi­sko nie zni­kło. Od cza­su do cza­su coś jak­by pac­nę­ło o zie­mię. Zaświe­ci­łem na moment latar­kę i ku moje­mu prze­ra­że­niu zoba­czy­łem, że bel­ka była oble­pio­na szczu­ra­mi. Nie­któ­re z nich były tak upa­sio­ne, że nie mogły się na niej utrzy­mać i spa­da­ły. Mimo sil­ne­go obstrza­łu, wynio­słem się ze schro­nu, żeby na te potwo­ry nie patrzeć, a może też ze stra­chu, żeby mnie żyw­cem nie zjadły. 

Do moje­go wypo­sa­że­nia, oprócz sprzę­tu radio­we­go, nale­ża­ła też tor­ba z mate­ria­ła­mi sani­tar­ny­mi. Mniej­sze rany, nie wyma­ga­ją­ce inter­wen­cji chi­rur­ga, opa­try­wa­li­śmy sami. Była dru­ga poło­wa maja, było cie­pło i na zbo­czach gór kwi­tło mnó­stwo czer­wo­nych maków. Nie patrzy­li­śmy na nie wte­dy tak roman­tycz­nie jak w pio­sen­ce ze sło­wa­mi Felik­sa Konar­skie­go. Z ban­da­ży robi­li­śmy masecz­ki ochron­ne na twarz, a mię­dzy ban­da­że wkła­da­li­śmy płat­ki maków. W ten spo­sób mogli­śmy prze­zwy­cię­żyć fetor roz­kła­da­ją­cych się ciał pole­głych żoł­nie­rzy i zabi­tych mułów. Smród sta­wał się dru­gim wro­giem. Nie moż­na było jeść, a tor­sje go jesz­cze potęgowały.

Wie­dzie­li­śmy, że będzie następ­ny szturm i bali­śmy się bar­dzo. Mie­li­śmy po dwa­dzie­ścia kil­ka lat i tak bar­dzo chcia­ło nam się żyć! Cza­sem widzie­li­śmy gołym okiem, jak Niem­cy idą z menaż­ka­mi po śnia­da­nie. Sły­sze­li­śmy, jak się kłó­ci­li i przy­pusz­cza­li­śmy, że też są zmę­cze­ni. Czu­łem tę bitwę jak ring bok­ser­ski, na któ­rym ten wygra, kto jesz­cze prze­trzy­ma jed­ną run­dę, jeden cios.

17 maja poszedł następ­ny szturm. Wie­lo­krot­nie obser­wo­wa­łem z bun­kra gru­zy zbom­bar­do­wa­ne­go klasz­to­ru bene­dyk­ty­nów. Widzia­łem wysta­ją­cy frag­ment muru, zza któ­re­go zawsze walił kara­bin maszy­no­wy albo jakieś dzia­ło ukry­te w bun­krze. Cały czas nada­wa­łem szy­fro­wa­ne mel­dun­ki. 18 maja nad ranem strza­ły jak­by przy­ci­chły. Po godzi­nie 10.00 popa­trzy­łem na ruiny klasz­to­ru i zoba­czy­łem na tym zła­ma­nym rogu naj­pierw pro­por­czyk 12. Puł­ku Uła­nów Podol­skich, a potem pol­ską fla­gę. Gdzieś po godzi­nie tro­chę niżej zawi­sła fla­ga brytyjska.

Niem­cy opu­ści­li klasz­tor, zosta­wi­li tyl­ko ran­nych i zabi­tych. Nie był to jed­nak koniec walk, ale my po ośmiu dniach szli­śmy na odpo­czy­nek. Wszy­scy nam gra­tu­lo­wa­li, wzno­si­li okrzy­ki, ale ja tego nie sły­sza­łem. Myśla­łem tyl­ko, żeby poło­żyć się spać. Reflek­sje przy­szły później.

Twier­dza nie­miec­ka padła, dro­ga do Rzy­mu była otwar­ta. 4 czerw­ca oddzia­ły sprzy­mie­rzo­nych wkra­cza­ły do naj­star­szej sto­li­cy Euro­py. Defi­lo­wa­li w Wiecz­nym Mie­ście bez nas. My, Pola­cy, po cięż­kiej bitwie cho­wa­li­śmy pole­głych. Wszy­scy zna­leź­li wiecz­ny odpo­czy­nek na cmen­ta­rzu u stóp wzgó­rza 593, o któ­re sto­czy­li naj­cięż­szą bitwę. Usy­pa­no tam 1072 mogi­ły żoł­nier­skie ozdo­bio­ne bia­ły­mi krzyżami.

Wró­ci­li­śmy na miej­sce bitwy po trzech tygo­dniach. Maki wciąż jesz­cze kwi­tły i jesz­cze czu­ło się mdlą­cy zapach krwi. Każ­dy z nas pomy­ślał w duchu:» Jesz­cze żyję «…

Następ­ny raz byłem na Mon­te Cas­si­no z żoną w 1984 roku. Wte­dy cie­szy­li­śmy się z wizy­ty u nasze­go Papie­ża, Jana Paw­ła II. Z nim, jak dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej z Ander­sem, wią­za­li­śmy teraz nasze nadzie­je, nie na powrót do Pol­ski, bo każ­dy już jakoś uło­żył swo­je życie na emi­gra­cji, ale na wol­ność Polski”.

Pol­ski cmen­tarz wojen­ny na Mon­te Cas­si­no zapro­jek­to­wa­li archi­tek­ci: Edward Hry­nie­wicz i Jerzy Sko­li­mow­ski. U wej­ścia tej jedy­nej w swo­im rodza­ju nekro­po­lii znaj­du­je się pomnik, na któ­rym wyry­to napis: „Za waszą wol­ność i naszą my, żoł­nie­rze pol­scy, odda­li­śmy Bogu ducha, zie­mi wło­skiej cia­ło a ser­ce Polsce”.

W 1970 roku obok swo­ich żoł­nie­rzy spo­czął tam dowód­ca gene­rał Wła­dy­sław Anders, a 21 maja 2011 roku zło­żo­no tutaj pro­chy jego żony Rena­ty Bog­dań­skiej. Towa­rzy­szy­ła Kor­pu­so­wi od Buzu­łu­ku, przez Toc­ko­je, Iran, Irak, Pale­sty­nę do koń­ca jego zma­gań. Ona pierw­sza zaśpie­wa­ła po zwy­cię­skiej bitwie pieśń „Czer­wo­ne maki na Mon­te Cassino”.

Na Mon­te Cas­si­no zosta­li dowód­cy, przy­ja­cie­le, kawa­łek życia i kawa­łek ser­ca Leonar­da Jędrzejczaka.