Stypa minęła dość spokojnie chociaż dużo było głośnych rozmów na temat przebiegu pogrzebu, kto był a kogo nie widziano. Wszyscy się zachwycali przemówieniem pana Eustachego Dornickiego, który chociaż nie rodzina to jednak bardzo bliski przyjaciel zmarłego, powinowaty z racji małżeństwa Romy z Karolem, wreszcie były dziedzic Dorniewa – w swoim czasie pierwszy obywatel miasteczka. Wspominano też inne pogrzeby i innych zmarłych, których znano. I właśnie wtedy ktoś rzucił mimochodem pytanie czy uwagę o konieczności sporządzania testamentu.

A właśnie – podchwycił Tadzio, nadleśniczy z Roztocza, młodszy brat Karola – czy tatuś zostawił jakieś postanowienia?

Tadzio zwrócił się z tym niby do matki, ale właściwie patrzył na Karola, a Karol zaczął coś bąkać, że nie wie i że nie miał czasu ale w tym momencie pani Wanda przerwała mu szybko:

– Karolciu – a może to te papiery, które ojciec miał w ręku gdy umierał?

A Karol popatrzył na nią jakby trochę zmieszany albo z wyrzutem i w tym momencie starsza pani zorientowała się, że palnęła nieobliczalne głupstwo!

– Jakie papiery Karol? Co w nich jest? – zwrócono się z obu stron stołu.

Ta skwapliwość z jaką uchwycono się tematu testamentu miała w sobie coś nieprzyjemnego. Zabrzmiała jakby zgrzyt źle nasmarownej maszyny.

– Dosyć! – Na policzki pani Wandy pojawiły się różowe wypieki. Dosyć! Nie ma jeszcze dnia, jak pochowaliśmy mojego męża a waszego ojca i dziadka!

Pani Wanda ciężko oddychała i widać było wyraźnie jej wzburzenie. To była u niej niezwykle rzadka rzecz. Zawsze opanowana, kontrolująca swoje emocje, raczej chłodna żeby nie powiedzieć wyniosła. Dla dzieci surowa, dla wnuków pobłażliwa, dla prawnuków prawie ciepła.

– Teraz mamy żałobę. Na wszystkie inne sprawy przyjdzie czas – dokończyła.

Ale to wzburzenie kosztowało ją bardzo drogo. W chwilę potem wstała powoli od stołu i kazała się odprowadzić do sypialni. Roma chciała jej pomóc ale pani Wanda odmówiła ruchem ręki i skinęła na pannę Gertrudę.

Przy stole zapanowała cisza i nagle w tej ciszy zabrzmiał czysty, młody głos Loni:

– A może dziadzio i mnie coś zapisał!

To było powiedziane trochę przekornie a trochę żartem, raczej wesoło i naiwnie ale Roma, która siedziała zgaszona tym, że teściowa nie pozwoliła jej sobie pomóc powiedziała oschłym tonem:

– Loniu – nie zabieraj głosu – dzieci i ryby głosu nie mają!

Lonia zaczerwieniła się jak burak.

– Ja już mam dziewiętnaście lat ciociu…

I w tym samym momencie w sukurs córce przyszła jej mama Fela.

– Moja droga Romo – powiedziała podrażniona – proszę cię nie zwracaj mojej córce uwagi – jest dorosła i należy do rodziny. Może mówić jeśli uważa to za stosowne.

To było typowe. Hela i Fela nigdy nie przepadały za bratową. Miały jakąś dziwną niechęć do tego, ze Roma była „ze dworu”. „Błękitna krew” – mówiły – „w głowie ma przewrócone!” Taka głupkowata zazdrość – nawiasem mówiąc pozbawiona podstaw bo przecież Freyowie mieli się dobrze – nawet lepiej niż Dorniccy. Mimo to niechęć była i co jakiś czas dawała o sobie znać.

Atmosfera zgęstniała. Lonia siedziała z rumieńcami na buzi, Roma pobladła i wszyscy czuli, że trzeba to jakoś rozładować. Wtem Dusia wstała od stołu pytając:

– Kto się napije herbaty? A kto będzie jadł makagigi?

Makagigi, makagigi – wszystkie dzieci przekrzykiwały się radośnie a dwuletni Witek mały blondasek – najmłodszy synek Musi chcąc jakoś nadążyć za starszym rodzeństwem wtórował mu krzycząc „gigi, gigi!”

Zrobiło się trochę jaśniej ale raz rzucone ziarno zaczęło kiełkować zatrutym pędem.

Po stypie dzieci poszły się bawić a starsi usiedli w salonie żeby zapalić papierosy. Wszyscy czuli, że w czasie tej krótkiej scysji powiedziano o parę słów za wiele. I to jeszcze w takim dniu! I to jeszcze przy matce! I przy cioci Gertrudzie!

Trzeba to było jakoś zagadać. Najbardziej winnym czuł się Tadzio. Wielki, zwalisty Tadzio w swojej zielonkawej marynarce leśniczego. W latach młodości dobrze zapowiadający się bokser a ponadto cyklista, zapaśnik – jednym słowem chłop co się zowie. Nigdy nie skończył szkół ale dość wcześnie poszedł na praktykę do leśnika w dobrach księcia Czetwertyńskiego i tam zdobył doświadczenie jakiego nie dałyby mu żadne uniwersytety!

Teraz siedzieli w starym, rodzinnym pokoju, zwanym od niepamiętnych czasów salonem i wszystkich ogarnęły wspomnienia. Pamiętali ten pokój od najwcześniejszego  dzieciństwa.

Teraz, po śmierci ojca wszystko wyglądało jakoś inaczej – można powiedzieć – puściej. A przecież umeblowanie salonu było takie jak dawniej. Nic się nie zmieniło. Oto dwie ogromne szafy, całe oszklone, pełne książek a wśród nich wielka, niemiecka encyklopedia geograficzna. Dwanaście opasłych tomów oprawionych w ciemnobrązową skórę. Ileż dziecięcych wzruszeń i prawdziwych zachwytów wywoływały wspaniałe ilustracje przedstawiające zwierzęta, egzotyczne rośliny i motyle! O czytaniu raczej nie było mowy bo to był druk gotycki, dziewiętnastowieczny a do tego po niemiecku ale ilustracje były bajecznie kolorowe i zwierzęta wyglądały na nich jak żywe!

Dalej kompletne dzieła klasyków niemieckich, naturalnie wszystkie książki ukochanego Sienkiewicza a ponadto Mickiewicz, Krasiński , Słowacki, Puszkin, Schiller, Goethe i inni.

Naprzeciwko szaf bibliotecznych na ścianie wielki obraz Chełmońskiego „Odlot kaczek” a trochę dalej „Burzany” – też jego. Dalej „Morskie Oko” Wyczółkowskiego, Rychter-Janowska – mały obraz przedstawiający wnętrze dworu wraz z grającą na fortepianie kobietą. A oprócz tego a może przede wszystkim przepiękny obraz Artura Grottgera – „Kucie krzyża przez Sybiraków”. Wiele innych, kupowanych w różnych czasach, zapełniały ściany salonu. Zresztą nie tylko salonu. W jadalnym też wisiało kilkanaście lepszych i gorszych dzieł a wśród nich ogromny, niedokończony obraz Brandta „Tatarzy na stepie” – właśnie ten, który o mało nie spłoną gdy w czasie napadu 1945- go roku jeden z bandytów rzucił na niego naftową lampę.

Tadzio wyciągnął płaską paczkę waweli i powoli włożył papierosa do szklanej lufki. Wreszcie milczenie przerwała Hela.

– Jak to teraz będzie? Aptekę zabrali, tatuś nie żyje, mamusia chora… – i zaczęła ocierać ciurkiem płynące łzy.

– No właśnie – wszedł jej w słowo Staszek – jak to było z tym zabraniem? A czy będą cię Karol tu trzymać? Może i ciebie będą chcieli przenieść?

Staszek był najmłodszy z rodzeństwa – trzydziestodziewięcioletni. Rocznik 1912. Młody ale z bagażem strasznych doświadczeń. Cztery lata w obozie oświęcimskim, wywóz do Niemiec, a wreszcie wyzwolenie przez chłopców z armii generała Pattona. Do Polski wrócił przed paru laty i zakotwiczył się jako weterynarz na Ziemiach Zachodnich niedaleko Landsberga czy jak to teraz mówiono – Gorzowa Wielkopolskiego.

Telegram o śmierci ojca zastał go na szczęście w domu, bo zazwyczaj był w tzw. terenie jeżdżąc od gospodarstwa do gospodarstwa.

Karol wyjaśnił jak było, opowiedział dokładnie o przebiegu strasznego wtorku 9 stycznia i znowu zaległa cisza. Wszyscy myśleli o tym co powiedziano przy stole.

 

Roma wyszła do kuchni zrobić sobie czarną kawę, a że przy okazji przepadała za suszonymi owocami więc przysiadła i zaczęła gawędzić ze starą Zosią. Krojone, suszone owoce to był przysmak nad przysmaki i wszyscy a szczególnie dzieci – lubili je pasjami. W tym łakomstwie na suszone jabłka, gruszki i śliwki Roma była jak dziecko.

Owoce całą zimę suszyły się na ogromnej, bielonej kuchni. Wystarczyło wspiąć się na wielką ławę, sięgnąć ręką i już! Dzieci musiały sobie stawiać na ławie stołeczek, ale to było zabraniane przez panią Freyową czy raczej babcię Wandzię bo jak mówiła „spadniesz i złamiesz sobie rękę!”. Musiano się uciekać do różnych wybiegów. Najczęściej Roma podawała malcom pełne garście suszek za co zaskarbiała sobie ich uśmiechniętą wdzięczność!

W salonie pito w milczeniu herbatę.

– Szkoda, że nie ma Józka – zaczęła znowu Hela – bylibyśmy wszyscy razem…

– Nie mógł przyjechać – powtórzył znaną wszystkim oczywistość Karol.

Mówiło się o tym wiele razy ale Hela za wszelką cenę chciała coś powiedzieć byle tylko przerwać niezręczną ciszę. Ale Karol wiedział, że dalej tak nie można. Jutro, pojutrze sprawa odżyje i trzeba ją będzie wyjaśnić.

Spoglądał przez okno, na którym od niepamiętnych czasów stał dość dziwny barometr: figurka zakonnika, który zależnie od pogody wchodził i wychodził ze swojej chaty-pustelni. Gdy miała być ładna pogoda to zakonnik wychodził i czytał księgę a gdy miało lać to chował się w swojej pustelni. Wszystko to stało na dużym postumencie. Zakonnika poruszała jakaś cięciwa z baranich kiszek reagująca na zmiany pogodowe. Barometr stał na parapecie okna i przyciągał dzieciarnię z całego Dorniewa. Zresztą nie tylko dzieci. W targowy dzień wielu przyjezdnych tłoczyło się do salonowego okna Freyów żeby zobaczyć co też zakonnik przepowiada.

Aparat był stary jak świat. Pan Franciszek zawsze mówił, że jak był małym dzieckiem to zakonnik już był. Mało tego – mówił też, że jego ojciec – pan Teodor – też nie pamiętał czasów gdy zakonnika nie było. Relikt dawnych lat jakich – nawiasem mówiąc – w domu Freyów nie brakowało.

Karol patrzył na zakonnika i myślał mniej więcej tak:

„Źle się stało i do tego głupio, że doszło do tej wymiany zdań przy stole! Głupio z mojej winy! Trzeba było od razu jasno i wyraźnie powiedzieć co i jak, a nie bąkać coś, udawać i robić wrażenie, że nie jestem szczery. Mama najniepotrzebniej w świecie zaczęła o tych papierach! I wszystko to w dzień pogrzebu tatusia! Psiakrew! Trzeba to naprawić i im szybciej tym lepiej! Zresztą i tak nic nie wiem. Przecież nawet nie spojrzałem na te papiery. Wrzuciłem do biurka a potem było tyle roboty z pogrzebem, gośćmi, że nawet nie pomyślałem. Trzeba je teraz przynieść i przeczytać wraz ze wszystkimi! To nie może być żaden testament! W żadnym razie! Jeśli tatuś miał testament to na pewno ma go adwokat Ryba. Przecież to on prowadził nasze wszystkie sprawy urzędowe.”