Przy­pu­ść­my nawet — ale to już jest na gra­ni­cy kom­plet­nej fan­ta­zji — że uda­ło by się im zamie­nić te skar­by na obie­go­we zło­tów­ki. I co dalej? Prze­cież nie minął nawet rok od wymia­ny pie­nię­dzy! Nikt nie jest pewien co będzie! A jeśli wła­dza zno­wu wykrę­ci jakie­goś mon­stru­al­ne­go „psi­ku­sa” tak jak to dzie­sięć mie­się­cy temu zro­bi­ła z tymi, któ­rzy mie­li pie­nią­dze pocho­wa­ne po sien­ni­kach i poń­czo­chach? I co wte­dy? Co zro­bią z tymi ogrom­ny­mi pie­niędz­mi, któ­re mogą być war­te śmiesz­nie mało?

Głu­pie myśli! Bo kto kie­dy myślał o wyjeź­dzie? Tu był ich dom, apte­ka, teścio­wie, rodzi­na… Dornie­wo to było wszyst­ko co mie­li. Tak, Józio wyje­chał i rze­czy­wi­ście nie zapo­wia­da­ło się, że kie­dyś wró­ci. Ileż to już lat? Dwa­dzie­ścia sie­dem, osiem… Ale Józio to był taki rodzin­ny wyją­tek. W każ­dej rodzi­nie są wyjątki!

Wyje­chać z Kra­ju było takim samym nie­po­do­bień­stwem jak wylot na Księ­życ! Sta­szek był głu­pi, że wte­dy, po wyzwo­le­niu przez Ame­ry­ka­nów nie został na Zacho­dzie. Wró­cił. Wró­cił na swo­je nie­szczę­ście bo teraz widać było wyraź­nie, że UB coś tam do nie­go ma i wła­śnie dla­te­go Jacek ścią­gnął go na Rzeszowszczyznę.

Reklama

Takie to myśli kłę­bi­ły się Karo­lo­wi w gło­wie gdy w listo­pa­do­wą sobo­tę wie­czo­rem sie­dział dla odpo­czyn­ku w aptece.

 

Świę­ta Boże­go Naro­dze­nia 1951 minę­ły jak zwy­kle miło. Mariań­cio przy­niósł cho­in­kę, sta­ra Zosia z Helą, Felą i cio­cią Ger­tru­dą przy­go­to­wa­ły w kuch­ni róż­ne pysz­no­ści i nawet mama wsta­ła ze swo­je­go ulu­bio­ne­go fote­la żeby rzu­cić gospo­dar­skim okiem na to i owo.

I wła­śnie po świę­tach a wła­ści­wie już po Syl­we­strze 1952 przy­je­chał dość nie­spo­dzie­wa­nie Sta­szek. Co praw­da dale­ko nie miał bo pra­co­wał w Biesz­cza­dach I jako wete­ry­narz dostał nawet do dys­po­zy­cji sta­ry, woj­sko­wy gazik ale cały czas zapra­co­wa­ny, obsłu­gu­ją­cy dwa PGR‑y nie miał jesz­cze oka­zji wpaść do Dorniewa.

 

Przy­je­chał — bo jak powie­dział Karo­lo­wi — musiał. Musiał się pora­dzić, bo nie mógł już wytrzy­mać ner­wów, ocze­ki­wa­nia i niepewności.

A spra­wa była poważ­na. W każ­dym razie zepchnę­ła wszyst­kie inne na dal­szy plan. Nawet kasę!

Sta­szek był roz­trzę­sio­ny i bla­dy. Po kola­cji usie­dli z Karo­lem w salonie.

Drżą­cym gło­sem opo­wie­dział swo­ją pierw­szą roz­mo­wę z Jac­kiem — tę w cza­sie sty­py po pogrze­bie ojca.

No więc — mówił — gdy­by nie Jacek to kto wie co by ze mną było. Rozu­miesz — bez­pie­ka orga­ni­zu­je wiel­ki pro­ces Cyran­kie­wi­czo­wi i zbie­ra świad­ków, któ­rzy będą zezna­wać, że on w obo­zie współ­pra­co­wał z Niem­ca­mi. Mają już paru i chcą też mnie wziąć. Głów­nie dla­te­go, że prze­sze­dłem cały obóz — od począt­ku do koń­ca. To ma być poka­zów­ka — jesz­cze więk­sza niż ta z Tata­rem, Kirch­may­erem i inny­mi gene­ra­ła­mi! Dzi­siaj jest gorzej niż jesz­cze rok temu. Sły­sza­łeś prze­cież, że aresz­to­wa­li Gomułkę…

To jesz­cze w sierp­niu — wtrą­cił Karol — Musia pisa­ła, że spo­ty­ka­ła go tam w Kry­ni­cy pra­wie co roku. Miesz­kał bar­dzo nie­da­le­ko od ich pensjonatu.

Tak — cią­gnął Sta­szek — już pół roku sie­dzi ale pro­ce­su ani widu ani sły­chu. Coś to źle przy­go­to­wa­li. Teraz — z Cyran­kie­wi­czem — ma być ina­czej. Mają zro­bić teatr na cały kraj! Jacek mi mówił, że ten jego wiel­ki szef — Rom­kow­ski — prze do tego pro­ce­su jak cho­le­ra bo Ruscy tego chcą. A ze mną jest tak, że jak nie będę zezna­wał prze­ciw­ko Cyran­kie­wi­czo­wi to mnie zgno­ją za szpie­go­stwo — niby, że zwą­cha­łem się z impe­ria­li­sta­mi — tam jak nas wyzwa­la­li w Buchen­wal­dzie. Dia­bel­ska robo­ta. Bóg zesłał Jac­ka, że ostrzegł mnie w porę i zała­twił, że mogłem się prze­nieść tu na jego teren bo tam na zacho­dzie to by mnie już zgar­nę­li i męczy­li w tiur­mie. A ja już mam tego dość. Nie ma nocy żeby mi się Auschwitz nie śnił!

 

Wiesz — Sta­szek zni­żył głos — Jacek mi mówił, że nasz tata — wte­dy gdy roz­ma­wiał z nim przed ich ślu­bem — powie­dział mu tak:

„Słu­chaj chłop­cze — bierz moją wnucz­kę, ale musisz się nią dobrze opie­ko­wać. Idą dziw­ne cza­sy — cza­sy, jakich nie zna­my. Chciał­bym żebyś był mię­dzy nimi — mię­dzy tymi, któ­rzy będą u wła­dzy. Oni będą szu­kać takich jak ty — odważ­nych, z wojen­ną prze­szło­ścią, bez rodzin. Wej­dziesz mię­dzy nich i sta­niesz się im potrzeb­ny. Wte­dy będziesz się mógł zaopie­ko­wać rodzi­ną i będzie­cie bezpieczni!”

 

Boże — szep­nął Karol — to coś tak jak Wal­len­rod! Ale czy to moż­li­we? Prze­cież ja ojca zna­łem dobrze. On nie miał tak dale­kich hory­zon­tów! Apte­ka, sta­łe zwy­cza­je, dobrze zjeść, piw­ko a potem spa­ce­rek z faj­ką! Czy ty napraw­dę myślisz, że mógł­by powie­dzieć i przede wszyst­kim prze­wi­dzieć coś takie­go? Stasz­ku, Stasz­ku — ja wiem, że nie powi­nie­nem tak mówić! Osta­tecz­nie to jest mąż mojej cór­ki! Mój wła­sny zięć! Ale to mi się coś w gło­wie nie chce zmie­ścić! I teraz co — mówisz, że ścią­gnął cię tu żeby ochro­nić przed UB?! Prze­cież on sam jest wyż­szym ofi­ce­rem bezpieki!

- Karol — odszep­nął Sta­szek — jak się oka­zu­je nikt z nas nie znał ojca! Jak to się mogło stać? — dodał retorycznie.

 

Sie­dzie­li w mil­cze­niu ale trze­ba było coś posta­no­wić. I wyszło na to, że pój­dą pora­dzić się mat­ki. Od cza­su złe­go samo­po­czu­cia w cza­sie sty­py pani Wan­da odsu­nę­ła się od bie­żą­cych spraw. Moż­na rzec tro­chę znie­do­łęż­nia­ła. Prze­waż­nie sie­dzia­ła w swo­im fote­lu i wyszy­wa­ła jakąś makat­kę ale wię­cej tam było prze­wra­ca­nia szpu­lek i kłęb­ków niż wyszy­wa­nia. Cza­sem drze­ma­ła albo mówi­ła róża­niec a cza­sem wspo­mi­na­ła z Ger­tru­dą daw­ne cza­sy, krew­nych, któ­rzy pomar­li, koli­ga­cje, rodzin­ne spra­wy, któ­rych nikt już nie pamię­tał, nie znał ani o nie nie dbał. Wra­ca­ła do tych daw­no prze­brzmia­łych histo­rii a Ger­tru­da przy­po­mi­na­ła jej to co zapo­mi­na­ła, napro­wa­dza­ła na wła­ści­wy tor a potem mil­kła a star­sza pani cią­gnę­ła jakąś nić wspo­mnień aż gubi­ła się gdzieś i odna­leźć nie mogła. Potem przy­sy­pia­ła, a jesz­cze potem szła z wol­na do sto­łu, bo aku­rat był czas obia­du lub pod­wie­czor­ku. Lubi­ła wspo­mi­nać męża i lata z nim spę­dzo­ne. O papie­rach, kasie i poszu­ki­wa­niach nikt jej nie infor­mo­wał żeby jak to mówio­no oszczę­dzić jej zmar­twień i kło­po­tu. Hela powta­rza­ła co praw­da parę razy, że powin­ni się jej pora­dzić i popy­tać ale Tadzio i Karol byli prze­ciw­ni. „Niech­by coś komuś wyga­da­ła, a był­by nowy kło­pot” — mówi­li. Wszyst­kie­mu winien był wszech­obec­ny strach żeby ktoś się cze­goś nie dowie­dział, żeby ktoś sobie cze­goś nie pomy­ślał. Żad­nych nie­pra­wo­myśl­nych zacho­wań. Jasne, że było w tym tro­chę prze­wraż­li­wie­nia ale nie za dużo. UB mia­ło tysią­ce oczu i wybor­ny słuch.

 

Ale teraz bra­cia posta­no­wi­li poroz­ma­wiać z mat­ką bo spra­wa doty­czy­ła sfe­ry moral­no­ści a to była jej „jurys­dyk­cja”. Tak było zawsze. Od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa we wszyst­kich spra­wach doty­czą­cych zła i dobra, tego co wol­no a cze­go abso­lut­nie nie — zwra­ca­li się do matki.

- Mamu­siu — zaczął Karol — mamy pewien problem.

- Słu­cham was chłop­cy. W czym rzecz?

- Otóż Sta­szek jest zmu­sza­ny przez UB do zezna­wa­nia w sądzie nie­praw­dy. Cho­dzi o Cyran­kie­wi­cza — wie mama — obec­ne­go pre­mie­ra. Chcą go utrą­cić i przy­go­to­wu­ją pro­ces, na któ­rym Sta­szek jako były wię­zień obo­zu w Oświę­ci­miu miał­by zezna­wać, że znał Cyran­kie­wi­cza i wie, że on tam kola­bo­ro­wał z Niem­ca­mi. Gdy­by się na to nie zgo­dził — to zna­czy gdy­by nie chciał zezna­wać — to zamkną go i oskar­żą o szpie­go­stwo a to była­by bar­dzo groź­na rzecz.

- Stasz­ku — dziec­ko moje — pani Wan­da zwró­ci­ła się do naj­młod­sze­go — czy ty go zna­łeś — tego Cyrankiewicza?

- Wie mama — widzia­łem go nie­raz ale znać to go nie zna­łem. Mama wie ilu tam było ludzi. Zresz­tą my — to jest naj­star­si więź­nio­wie — trzy­ma­li­śmy się osob­no. Jego przy­wieź­li do Auschwitz póź­niej — chy­ba w 42-gim. Nie wiem czy on coś miał z Niem­ca­mi czy nie. Napraw­dę nie wiem.

- Czy Jacek o tym wie?

- Wie i poma­ga mi ale w tej spra­wie decy­du­ją wyżsi od niego.

- Jacek winien nam jest opie­kę. Tak obie­cał wasze­mu ojcu…

Osłu­pie­li!

- Skąd mama to wie? — krzyk­nę­li razem.

- Ja bar­dzo wie­le wiem…

 

- Tak, to praw­da — zaczął Sta­szek — Jacek opie­ku­je się nami. Prze­niósł mnie z Gorzo­wa tutaj, żebym był na jego tere­nie ale w tej spra­wie może mieć za krót­kie ręce.

- Czy możesz uciec za granicę?

- Nie mogę mamo. Nikt nie uciek­nie. Woj­sko pil­nu­je gra­nic. Nawet gdy­bym pró­bo­wał pod wago­na­mi to mnie znaj­dą. Mama wie, że Rosja­nie podzie­li­li Niem­cy i mają woj­ska w swo­jej stre­fie czy­li — jak to teraz mówią — w NRD.

- Czy da się to zała­twić pieniędzmi?

- Nie z UB. Gdy­by to była woj­na to co inne­go ale teraz nie. Zresz­tą i tak nie mam pieniędzy.

- Może by się zna­la­zły — powie­dzia­ła spo­koj­nie star­sza pani.

 

Karol i Sta­szek popa­trzy­li na sie­bie pyta­ją­cym wzro­kiem. W tej chwi­li uświa­da­mia­li sobie jak mało wie­dzie­li o wła­snych rodzi­cach. W powo­dzi bie­żą­cych spraw i spra­wek nigdy nie zna­leź­li cza­su żeby popa­trzeć na tych dwo­je star­szych ludzi inny­mi ocza­mi. Inna rzecz, że nikt ich do tego nie ośmie­lił. Byli zdu­mie­ni i nawet zszo­ko­wa­ni trzeź­wo­ścią umy­słu mat­ki. I jak się oka­zy­wa­ło to była kobie­ta, któ­ra wie­dzia­ła dużo wię­cej niż oni! Mało tego — mia­ła jakieś nie­zna­ne im moż­li­wo­ści! Nigdy się tego nie spo­dzie­wa­li! Tych krót­kich, rze­czo­wych pytań, zagad­ko­wej uwa­gi o pie­nią­dzach i dopusz­cza­niu moż­li­wo­ści uciecz­ki za gra­ni­cę! „Jak mało wie­my o swo­ich rodzi­cach!” — pomy­śle­li razem.

- Mamo, to co robić?

- Stasz­ku, w tej sytu­acji powi­nie­neś zro­bić to co od cie­bie żąda wła­dza. W prze­ciw­nym razie znisz­czysz sie­bie i two­ich bliskich.

- No dobrze — a jeśli na tym się nie skoń­czy? Jeśli zażą­da­ją więcej?

- O to będzie­my się mar­twić póź­niej. Na razie jest to co jest.

I jakaś wiel­ka otu­cha wstą­pi­ła w ich ser­ca. Sta­szek poczuł się tak jak po zda­nym egza­mi­nie. Cięż­kim egza­mi­nie. A poczu­li się lepiej dla­te­go ponie­waż nagle zro­zu­mie­li, że w swo­ich pro­ble­mach nie są sami i nie są zda­ni tyl­ko na wła­sne siły. Oka­za­ło się , że mają potęż­ne­go sprzy­mie­rzeń­ca — mat­kę, któ­ra wyglą­da­ło na to, że może wię­cej niż sądzi­li. Mat­ka to matka!

Ale wszy­scy czu­li, że roz­mo­wa nie może się na tym zakończyć.

- Mamu­siu — zaczął Karol — jeśli wol­no spy­tać — czy mamu­sia ma jakieś pie­nią­dze sko­ro mówi, że gdy­by było potrze­ba to by się znalazły?

- Mam.

- Rozu­miem, że tatuś zosta­wił mamu­si jakieś kwo­ty — czy tak?

- Tak.

 

- No dobrze — cią­gnął Karol podraż­nio­ny tro­chę lako­nicz­ny­mi odpo­wie­dzia­mi mat­ki — a czy nie ma to związ­ku z kasą, któ­ra podob­no jest tu gdzieś scho­wa­na w piwnicach?

- A skąd ty wiesz o kasie?

W tym momen­cie bra­cia zro­zu­mie­li, że nie wol­no im już dalej ukry­wać tego z czym żyli od pra­wie dzie­się­ciu mie­się­cy. Opo­wie­dzie­li o listach, kasie, poszu­ki­wa­niach i trudnościach.

Star­sza pani słu­cha­ła tego z przy­mknię­ty­mi ocza­mi jak­by sta­ra­jąc się nie uro­nić ani jed­ne­go sło­wa. A Karol koń­czył tak:

- Wie mamu­sia — zaraz po śmier­ci ojca było tro­chę roz­gar­dia­szu z mamu­si cho­ro­bą, nawet pra­łat Noga mówił żeby mamu­si w niczym nie zakłó­cać spo­ko­ju więc sie­dzie­li­śmy cicho. Potem spra­wa ode­szła na dal­szy plan bo były nowe spra­wy w apte­ce i cały czas ta oba­wa, że nas wyrzu­cą… Źle się sta­ło, że nie powie­dzie­li­śmy o tym i przepraszamy!

- I co z tą kasą — ode­zwa­ła się pani Wan­da — zna­leź­li­ście ją?

- Wła­śnie w tym rzecz, że nie. Tam na dole jest praw­dzi­wa staj­nia Augia­sza. Doko­pać się do cze­goś strasz­nie trud­no a nawet nie wie­my co by było gdy­by­śmy tę kasę zna­leź­li bo nie ma klucza…

Star­sza pani mil­cza­ła dłuż­szy czas i zaczę­li się nawet nie­po­ko­ić czy ta dłu­ga roz­mo­wa za nad­to jej nie zmę­czy­ła ale w koń­cu powiedziała:

- Wie­cie co chłop­cy — pozwól­cie mi się teraz poło­żyć — wró­ci­my do tego póź­niej. Zawo­łaj­cie mi tyl­ko Ger­tru­dę. Ty Sta­siu — zostań jesz­cze do jutra. Muszę się nad tym wszyst­kim zastanowić.

I na tym stanęło.

 

Nie chcie­li nale­gać. Zresz­tą ich nie­pew­ność nie trwa­ła dłu­go bo już następ­ne­go ran­ka pani Wan­da wró­ci­ła do tema­tu. Tym razem byli w więk­szym gro­nie bo oprócz Karo­la i Stasz­ka były obie sio­stry — Hela i Fela a tak­że Roma i cio­cia Gertruda.

- Przede wszyst­kim — zaczę­ła — trze­ba parę rze­czy wyja­śnić — bo jak się dowia­du­ję — były tu jakieś kon­szach­ty za moimi ple­ca­mi i bez mojej zgo­dy. Tak, byłam cho­ra ale mimo to powin­ni­ście mi powie­dzieć co się dzie­je. Karol mówił mi, że szu­ka­cie ojcow­skiej kasy. Zanim będzie­my o niej mówić muszę nawią­zać do tego co wczo­raj powie­dzia­łam o pie­nią­dzach. Otóż mój mąż, a wasz ojciec zosta­wił po sobie kil­ka rulo­nów zło­tych duka­tów. Nigdy nie były w obie­gu. Kupił je jesz­cze przed Wiel­ką Woj­ną w Wied­niu. Ory­gi­nal­nie zapa­ko­wa­ne. Mogą być do waszej dys­po­zy­cji gdy­by zaist­nia­ła palą­ca potrze­ba. Ale teraz- jak sły­szę — trze­ba z tym bar­dzo uwa­żać bo obo­wią­zu­ją jakieś nowe pra­wa i nie wol­no mówić o tym, że się posia­da zło­to. Nie wiem gdzie by to moż­na było sprze­dać bo Żydów już nie ma…

 

Rodzeń­stwo sie­dzia­ło z otwar­ty­mi usta­mi. Jesz­cze nigdy nie sły­sze­li, żeby mama tak mówi­ła. Żyli w prze­świad­cze­niu, że mamę pie­nią­dze nie inte­re­su­ją. Nigdy się tym nie zaj­mo­wa­ła. Jej sta­no­wi­sko w spra­wach domo­we­go budże­tu było mniej wię­cej takie, że pie­nią­dze mają być i koniec — krop­ka. Od pie­nię­dzy był tata. A tu nagle usły­sze­li zda­nia, któ­re mógł­by raczej wypo­wia­dać jakiś ban­kier a nie star­sza kobie­ta, któ­ra całe życie był gospo­dy­nią domową.

- Poza tym mam swo­ją biżu­te­rię, któ­rą mogę wam dać w razie potrze­by. Mnie już ona i tak nie­po­trzeb­na. Na bale się nie wybie­ram — zażartowała.

- Jeśli cho­dzi o tę całą awan­tu­rę z kasą to niech o tym powie Ger­tru­da bo ona jako jedy­na pamię­ta dokład­nie jak to było. Mnie jesz­cze wte­dy w Dornie­wie nie było.

Cio­cia Ger­tru­da sie­dzia­ła jak zwy­kle wypro­sto­wa­na z ręka­mi zło­żo­ny­mi w sta­ro­świec­ki małdrzyk.

Jej pięk­na, dzie­więt­na­sto­wiecz­na pol­sz­czy­zna zabar­wio­na lek­kim, nie­miec­kim akcen­tem była miła dla ucha i to był jeden z powo­dów dla któ­re­go słu­cha­ło się jej z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią. Opo­wia­da­ne przez nią baj­ki za ich dzie­cin­nych lat były wspa­nia­łym wspomnieniem.

 

A oto jej opowiadanie:

„Moje dro­gie dzie­ci. Wan­dzia mówi­ła mi, że zna­leź­li­ście jakieś papie­ry Fra­nia i chcie­li­by­ście się dowie­dzieć cze­goś wię­cej. Nic prost­sze­go. Aku­rat tak się zło­ży­ło, że ta histo­ria jest bli­ska moje­mu ser­cu. Pamię­tam ją jak­by to było wczo­raj wie­czór cho­ciaż może nie wie­cie ale ja mam już bli­sko sto lat!”

- Ale gdzież tam — wszy­scy prze­rwa­li chó­rem — prze­cież cio­cia jest duuużo młod­sza! Jakie tam sto lat!