Do Ryśka wszyscy mówili Rysiak. W czasie wojny jako młody chłopak czepiał się chłopaków z NSZ i podobno przeszedł tam niejedno. Jego ojca – dobrego, przedwojennego ślusarza – Niemcy wywieźli na roboty. Po wyzwoleniu stary Pańczak ruszył w długą, powrotną drogę do Dorniewa. Po drodze „zaanektował” jakąś porzuconą przez amerykańską armię ciężarówkę, wyładował ją „wojenną zdobyczą” i któregoś czerwcowego dnia 1945 zjawił się w Dorniewie. Ciężarówkę postawił na podwórzu a przywieziony towar zaczął powoli przepijać bo trzeba powiedzieć, że pijus był jakich mało. Rysiak wrócił z lasu i zaczęli gospodarować razem. Matki już wtedy nie było. Takie chłopskie gospodarowanie to jest jedno dziadostwo więc Pańczaki szybko dziadziały i może by nawet doszło do kompletnej ruiny gdyby nie Lusia – sąsiadka-wdowa, która przyszła i wzięła ojca i syna w garść. Od tego czasu sprawy potoczyły się lepiej. Stary Pańczak przestał pić i ludzie w Dorniewie nadziwić się nie mogli czego to baba nie może dokonać!

– Wrócił z tych robót wyposzczony, jak wilk na przednówku i tak mu baba zapachniała, że aż pić przestał żeby jej dogodzić – mówili.

Inna rzecz, że co by powiedzieć to była rzadkość i wiele kobiet chodziło do Lusi z pytaniem jak to zrobiła, ale Lusia śmiała się i mówiła, że nie wie. Tak się jakoś stało. A prawda była taka, że Pańczaki miały we krwi jakiś dziwny romantyzm, który sprawiał, że jak się kochali to już na amen! Taki był ojciec i taki był Rysiak.

Stary Pańczak przestał pić i zabrał się do roboty, a że fach swój znał więc roboty miał nie do przerobienia. Rysiak siedział u ojca warsztacie czy jak to raczej mówiono „na warstacie” i co było cięższego do zrobienia to pomagał. Ojciec szybko się zorientował, że chłopak ma talent w ręku więc wyręczał się nim gdzie i kiedy mógł, a sam siedział u żony. Rysiak pracował więc za dwóch a jeszcze wieczorami remontował ojcową ciężarówkę – starego, amerykańskiego Studebackera, którego ojciec ściągnął z pooranego alianckimi bombami niemieckiego autobahnu. I trzeba powiedzieć, że dziwnie dobrze mu to wychodziło. Studebacker chodził jak marzenie. Ludzie zaczęli go zagadywać czy by gdzieś tam nie przywiózł żwiru, cementu, a gdzie indziej pustaków i desek do budowy. W krótkim czasie dodatkowy interes zaczął się kręcić jak ta lala! Ale niedługo to trwało bo któregoś dnia Pańczaki dostali taki domiar, że aż im szczęki opadły i widmo nędzy zapukało do drzwi. Domiar był monstrualny i naprawdę nie wiadomo co by było gdyby nie interwencja kapitana Jacka Woźniaka – wtedy jeszcze kapitana, do którego przyjechał Rysiak Pańczak z prośbą o pomoc. To był rok 1949 i Jacek był już wtedy zastępcą kierownika wydziału. Rysiaka znał z czasów okupacji. Chociaż potem ich drogi trochę się rozeszły to przecież krajanami byli – jakby nie było z tego samego miasteczka. Jacek załatwił sprawę po swojemu – po prostu wrzucił nakaz płatniczy do kosza a potem połączył się z urzędnikiem, który go wystawił i zwymyślał od dywersantów!

Rysiak wrócił do Dorniewa, jak nowo narodzony ale zaraz następnego dnia złożył podanie do pracy w POM-ie i do prywatnego interesu nie wrócił. Mimo to cały czas trzymał swojego Studebackera, chuchał na niego i pucował aż ludzie się dziwili po co mu taki śliczny. A oprócz tego Rysiak kochał się w broni. Nikt naprawdę nie widział i nie wiedział, ale chodziły słuchy – a miasteczko duże nie było – że Rysiak jest fachura od broni jakich mało.

Podobno – ale to tylko podobno – umiał zrobić pistolet, karabin, naprawić zepsuty zamek, przekalibrować lufę – jednym słowem wszystko. Broń nie miała dla niego tajemnic. Rozbrajał też niewypały i podczas gdy wielu jego kolegów potraciło palce, ręce a czasem i życie przy rozbrajaniu tej zardzewiałej śmierci to Rysiak chodził nietknięty, a u niego w komórce lśnił rząd pięknych mosiężnych gilz.

Komendant MO Szczuka udawał, że nic nie wie i bywało, że i on korzystał z usług Ryśka. W okolicy pełno było poniemieckich niewypałów i Rysiek był jedynym, który nie bał się ich rozbrajać. Trudno było wzywać do każdego przypadku saperów, a ogródki trzeba było kopać, drzewka owocowe sadzić, pola orać. Nie było to zbyt często, ale było.

Tak więc Rysiak był ojcem dziecka Loni i którejś adwentowej niedzieli po sumie zjawił się w aptece z prośbą czy może się widzieć z mamą Felą. Fela zeszła na dół i przewidując jaki jest cel wizyty cała w wypiekach poprosiła Rysiaka do pokoju. Był też Karol w zastępstwie ojca i Roma, bez której taka rzecz obejść się nie mogła.

Rysiak oświadczył się o Lonię, Fela nie miała wyjścia więc oświadczyny przyjęła i ślub wyznaczono na styczeń. Nie było co czekać bo jak to iść do ołtarza z dużym brzuchem?

Młodzi zamieszkali u Pańczaków. Domek nie był duży ale czy to młodym, zakochanym trzeba coś dużego? Zwykle wystarcza im to, że są blisko siebie. I tak pod jednym dachem znalazły schronienie dwie zakochane pary. Dobrze się im wiodło bo kobiety polubiły się, razem sprzątały, gotowały i Fela, która od czasu do czasu wpadała do nich w odwiedziny nadziwić się nie mogła jaka ta jej córa gospodarna. A potem przyszedł wnuczek czy raczej wnusio, a może nawet „mnusio” i ochów i achów było co niemiara! Wszyscy zachwycali się małym tłuścioszkiem a Fela nie posiadała się z radości, że została babką!

– Jaka szkoda – mówiła teraz – że mój mąż tego nie dożył!

I znowu zbliżał się koniec roku, ale tym razem zbliżał się radośnie! Po pierwsze, w połowie listopada UB zwolniło wreszcie Staszka z zarzucanemu mu szpiegostwa! Nareszcie! Czuło się rękę Jacka – oj czuło!

Zaraz potem pojechał do swojego mieszkania w PGR Stuposiany w Bieszczadach. Musiał odetchnąć! Miał 42 lata z czego prawie sześć przesiedział w najgorszych miejscach jakie człowiek zgotował człowiekowi – najpierw w nazistowskim obozie śmierci a pod pręgierzem oskarżeń komunistycznej bezpieki. A poza tym był sam! Przeraźliwie sam. Pewnie, że zawsze mógł przyjechać do Dorniewa do Karolów, mamy i sióstr ale to nie było to. Teraz gdy czuł, że wreszcie idzie ku lepszemu i coś się w tej skostniałej, stalinowskiej rzeczywistości ruszyło – pragnienie założenia rodziny stało się pierwszoplanowe.

Na razie odpoczywał. Zdawał sobie sprawę i to bardzo wyraźnie, że bez pomocy Jacka może by i nie przetrwał. Cały czas podczas pobytu w więzieniu czuł jego opiekę. Przede wszystkim nikt go nie budził w środku nocy i nikt nie wzywał na wielogodzinne przesłuchania, z których inni wracali pobici, pokrwawieni i u kresu wytrzymałości.

W celi miał sucho i dość ciepło. To musiała być najlepsza cela jaką mieli. Klawisze też się do niego odnosili prawie przyzwoicie. Ludzie pod celą prorokowali, że dostanie wysoki wyrok, a może nawet i czapę bo takie traktowanie mogło na to wskazywać, ale Staszek wiedział swoje i nic nie odpowiadał na zaczepki. Gdy zobaczyli, że jest twardy i nie pęka dali mu spokój.

Drugim wydarzeniem końca 1954 było zwolnienie z więzienia Władysława Gomułki. To była prawdziwie wielka wiadomość bo dawała niedwuznacznie do zrozumienia, że nareszcie idzie nowe!

Matka Karola – pomimo wieku i słabego zdrowia emocjonowała się tym niezmiernie. Czasami się wydawało, że może nawet bardziej niż zwolnieniem Staszka.

– Zobaczycie moje dzieci, że teraz wszystko się zmieni! Zobaczycie! – mówiła po parę razy dziennie.

Wtedy też – już po Nowym Roku – Karol zaczął przemyśliwać czy wobec tych nieuchronnie zbliżających się nowych czasów nie podjąć ryzyka i nie poradzić się w sprawie kasy Ryśka Pańczaka. Ostatecznie już rodzina – nie obcy – a poza tym fachowiec. Nareszcie fachowiec. Nie jakieś dyletanckie rozmowy o hipotetycznym otworzeniu kasy, ale profesjonalna opinia i może przymiarka do zakończenia tej „kasowej epopei”! Ale tym razem postanowił, że nie będzie się nikogo radził. Może tylko Romy. I to wszystko. Ułożył sobie plan i któregoś wieczoru poszedł do Pańczaków niby to obejrzeć ciotecznego wnuczka i trochę pogadać ze starym Pańczakiem. Szczęśliwie się jednak złożyło, że stary z Lusią poszli gdzieś w sąsiedztwo a Lonia prała w kuchni. Rysiak robił coś w komórce i na głos Karola wyszedł przywitać.

– Dzień dobry Rysiu – co tam u was słychać?

– A nic nowego proszę pana – stara bida – dobrze, że nowej nie ma…

– Rysiu – nie mów do mnie proszę pana – przecież jesteś mężem mojej siostrzenicy!

– To jak mam mówić? Rzeczywiście Rysiak zawsze mówił do Karola „proszę pana”. Jakoś mu ten „wujek” nie mógł przejść przez gardło.

– Mów mi jak chcesz ale przecież teraz jesteśmy rodziną to jakże tak?

– No dobra – to ja będę mówił „panie Frey” – zaśmiał się Rysiak.

– Przestań. Mów mi Karol.

Rysiak wycierał zaolejone ręce. Robił coś przy swoim Studebackerze.

– Rysiu – chciałbym się ciebie poradzić.

– O co chodzi?

– Wiesz – mam w domu starą szafę, której nie mogę otworzyć bo zgubiłem klucz a przydałaby mi się na dokumenty i apteczne papiery. Nie pomógł byś mi?

– Mogę zobaczyć.

– No to wpadnij kiedyś pod wieczór.

– Załatwione.

I Rysiak przyszedł. Było już po kolacji i wszyscy rozeszli się do siebie gdy Karol zszedł z Ryśkiem do piwnicy. Po drodze tak mówił:

– Wiesz Rysiu – tak naprawdę to nie jest taka zwykła szafa. To jest kasa. Stara i klucza nie ma. Pokażę ci o co chodzi.

Karol oddychał ciężko i czuło się, że jest zdenerwowany ale odwrotu już nie było. Kości zostały rzucone.

Weszli do małej piwnicy. Rysiak rzucił okiem i aż gwizdnął.

A Karol oparł się o ścianę i powiedział takim tonem jakby wszystko stawiał na jedną kartę:

– Rysiu, jak ci się uda to otworzyć to dostaniesz ode mnie coś takiego! Jednym ruchem sięgnął za siebie i wyciągnął spod przykrycia stary karabin. Jeden z dwóch.

A Ryśkowi oczy się zaświeciły jak żbikowi. Wziął broń do ręki i powoli, ze znawstwem zaczął oglądać. I w miarę tego oglądania oczy świeciły mu się coraz bardziej. Po chwili odetchnął głębiej i powiedział:

– Wiesz Karol – za tę sztukę zrobię wszystko co będę mógł! Skąd ty to masz?

Pierwszy raz powiedział do Karola po imieniu.

Minęło parę dni i znowu któregoś wieczoru Rysiak wpadł do apteki. Tym razem z Lonią i malutkim Andrzejkiem. Lonia poszła pogadać z mamą a Rysiek zszedł na dół. Siedział tam jakiś czas. Karol zajrzał do niego po kilkunastu minutach.

– Po mojemu – zaczął Rysiak – najlepiej to byłoby tego grata wyciągnąć stąd, przewieźć do mnie na warstat i tam się z nią bawić bo tu miejsca nie za dużo. Ale wyciągnąć to wyciągnąć – to może ważyć blisko tonę!

– Rysiu – ja nie chcę żeby ktoś o tym wiedział. Wiesz jacy tu są ludzie! Będą gadać, podpatrywać. Tam są pewnie stare dokumenty a oni zrobią z tego wielkie halo!

– A pieniędzy tam nie ma? – Rysiak popatrzył z półuśmiechem.

– Eee tam – nie sądzę!

– Jak sekret to sekret. Ja tam nikomu nic powiem ale w takim razie o przewożeniu nie ma co i gadać bo wtedy narodu by się zbiegło żeby się gapić jak na Boże Ciało! Zresztą taka wywózka to też nie byłaby łatwa rzecz. Ciasno tu jak cholera! No nie wiem… trzeba będzie coś wymyślić.

A Karol zląkł się nagle, że Rysiak się wycofa i rozpaczliwie powiedział:

– Wiesz co – ja wiem, ze to może nie być łatwe ale ja ci powiem tak – jak mi tą robotę zrobisz tutaj – bez wyciągania – to ja ci dam dwa takie sztucery!

Rysiak popatrzył na niego z prawdziwym zdumieniem.

– To tu jest jakaś fabryka karabinów?

– Nie Rysiu – to są dwie sztuki, które mi zostały po dziadkach. Dam ci je. Na pewno są sporo warte. To stara broń i jak widzisz w świetnym stanie.

A Rysiak popatrzył Karolowi prosto w oczy i powiedział:

– Za dwa takie gnaty to ja mogę dać słowo, że to kasisko otworzę! Trochę mi zejdzie bo czasu dużo nie mam ale będę wpadał co jakiś czas aż skończę! Trochę mi zejdzie ale nie ma mowy – będzie otwarta!

I zeszło mu – zeszło…

Mijały miesiące i na pierwszy rzut oka nic się nie działo. Rysiak wpadał co jakiś czas ale nic nie mówił. Wpadał, posiedział trochę w piwnicy, zamienił parę słów z teściową z babcią Wandą a czasem ze starą Zosią i wychodził. Czasem coś pomógł naprawić, czasem zjadł obiad ale nic nie świadczyło o tym, że sprawa otwarcie kasy posuwa się do przodu. Karolowi mówił, że wszystko jest w porządeczku i żeby się nie martwił bo to „bajka”.

W ten sposób nadszedł rok 1956 a wraz z nim emocje i entuzjazm! Najpierw umarł Bierut i wszyscy czekali co będzie ale potem przyszło ochłodzenie bo szefem partii został Ochab, o którym niewiele wiedziano. Jeszcze później nadszedł czerwiec i walki w Poznaniu. Karol chodził jak w transie. Każdą wolną chwilę spędzał z uchem przyciśniętym do radia słuchając Wolnej Europy. Prałat Noga przychodził dzielić się wiadomościami a mama to aż się trzęsła ze wzruszenia.

I wreszcie w październiku usłyszeli w radiu głos Gomułki, który przemawiał w Warszawie!

Gomułka, Gomułka, zwolnienie prymasa i jakaś ogromna, prawie namacalna fala radości, wiary w lepsze jutro i nadziei!

A Rysiak ciągle pracował nad kasą.

Na święta dostali list od Tadziów. Życzenia, wiadomości o rodzinie i sporo serdeczności. Synowie byli w szkole a najstarszy Romek na uniwersytecie w Krakowie.

Roma czytała list na głos i ze wzruszenia od czasu do czasu ocierała oczy. Coś się przewaliło! Wraz z tymi ogromnymi zmianami w Kraju zmienił się klimat nawet w rodzinie! Całe szczęście! Ale swoją drogą – pisała Ewa – łatwo nie było bo pensja Tadzia niewielka a potrzeb tyle, że nie zliczyć.

Nic nowego. Karolowie też żyli skromnie – można powiedzieć – bardzo skromnie. Pobory kierownika apteki nie pozwalały na żadne ekstrawagancje i dawno już minęły czasy dwóch dziewczyn, które pomagały w ogrodzie i w kuchni. Zosia mieszkała i stale była czynna ale Zosia to był nieomal członek rodziny i nikt jej nie traktował jak służącej.

Właśnie! Jakby tego wszystkiego było mało – wraz z kosmicznymi zmianami w całym Kraju, przyszedł list od Józia! Pierwszy od dłuższego czasu! Pooklejany, opieczętowany paskudnymi, czerwonymi stemplami, trochę naderwany ale przyszedł! Zosia już od paru miesięcy wylewała łzy, że jej Józio przepadł i że go tam pewnie w tej Afryce jacyś ludożercy zabili i zjedli. Karolowie też się dziwili, że listy – dawniej dość częste – przestały jakoś przychodzić. Ale teraz przyszedł! Z drżeniem rąk i serca Zosia otwierała ostrożnie kopertę.