Rozpoczynamy druk nigdzie nieopublikowanych wspomnień — zapisu dziejów jednej polskiej rodziny, wyimka polskich losów. Tragiczna historia naszych ziem, w wielu wypadkach przerwała ciągłość międzypokoleniowych relacji, dlatego tak ważne są dzisiaj opowiadania o tym, jak było; jak było naprawdę…

 

O Autor­ce „Książ­ki Babci”

Kry­sty­nie Kra­mar­skiej — Any­szek (1911 — 1987)

 

Kry­sty­na Kra­mar­ska jako stu­dent­ka 5 roku UJ, Kra­ków 1935

“Książ­ka Bab­ci” to wspo­mnie­nia naszej bar­dzo kocha­nej bab­ci (Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek 1911 — 1987), któ­ra chęt­nie i czę­sto opo­wia­da­ła nam o prze­szło­ści. Chło­nę­li­śmy te opo­wie­ści jako cen­ną wie­dzę o życiu nor­mal­nym, tym sprzed komu­ni­zmu. Tam­te cza­sy wyda­wa­ły się wspa­nia­łe, nawet ide­al­ne, a opo­wie­ści  bab­ci były swo­istą odtrut­ką na panu­ją­ce dooko­ła komu­ni­stycz­ne zakła­ma­nie i poczu­cie bez­na­dziei. Nawet zna­jo­mi dziad­ków z tych daw­niej­szych, wojen­nych i przed­wo­jen­nych lat, któ­rzy cza­sem odwie­dza­li ich w naszym miesz­ka­niu na Sie­mi­radz­kie­go w Kra­ko­wie, wyda­wa­li się żywym dowo­dem, że życie było kie­dyś inne, sło­wo “honor” coś zna­czy­ło, kłam­stwem się brzy­dzo­no, a ludzie mie­li dla sie­bie zwy­kłą, pro­stą serdeczność.

        Opo­wie­ści słu­cha­li­śmy w latach 70. i 80. poprzed­nie­go już, choć trud­no w to uwie­rzyć, stu­le­cia.  W koń­cu bab­cia, nie mając siły powta­rzać naszych ulu­bio­nych histo­rii na okrą­gło, obie­ca­ła nam je spi­sać. Tytuł “Książ­ka Bab­ci” nada­li­śmy jako robo­czy, nie­cier­pli­wie cze­ka­jąc aż bab­cia skoń­czy pisa­nie. Nazwa już pew­nie zosta­nie, trud­no było­by ją zmie­niać po kil­ku­dzie­się­ciu latach. Bab­cia pisa­ła tak, żeby każ­dy z nas, nie­za­leż­nie od wie­ku, mógł stra­wić zawar­tą we wspo­mnie­niach wie­dzę. O wie­lu rze­czach napi­sa­ła bar­dziej oględ­nie, niż nam opo­wia­da­ła, bo komu­nizm trwał, stan wojen­ny mie­li­śmy jesz­cze przed sobą, noc­ne i cało­dzien­ne rewi­zje też. 

        Jej poświę­ce­nie i cier­pli­wość dla nas, wnu­ków, nie mia­ła gra­nic. Podzi­wia­łam to w wie­ku kil­ku­na­stu lat jako naj­star­sza wnucz­ka, uwa­ża­jąc, że bab­cia osia­ga szczy­ty cier­pli­wo­ści zaj­mu­jąc się moim młod­szym kuzy­no­stwem. Myśla­łam, że nigdy bym cze­goś takie­go nie potra­fi­ła. Ale jej przy­kład dzia­ła na mnie nawet teraz, kie­dy sama jestem pra­wie w tym wie­ku, co ona wtedy. 

        Mając kil­ka lat uwiel­bia­łam przed­po­łu­dnia spę­dza­ne z nią w naszym miesz­ka­niu, kie­dy wszy­scy inni, licz­ni, domow­ni­cy szli do swo­ich zajęć, i przej­ście spod jej opie­ki do przed­szko­la odczu­łam jako wiel­ki cios. Zde­ner­wo­wa­ła się na mnie tyl­ko jeden raz, a mia­ła wie­le oka­zji, bo miesz­ka­łam z nią przez kil­ka­na­ście lat. Ta jedy­na  oka­zja nastą­pi­ła, kie­dy, będąc w szko­le pod­sta­wo­wej, po powro­cie do domu zaczę­łam cho­dzić sta­wia­jąc sto­py jak kacz­ka. Zaob­ser­wo­wa­łam coś takie­go u kogoś idąc uli­cą i bar­dzo mi się ten dostoj­ny chód spodo­bał (pię­ty razem, pal­ce obu nóg jak naj­da­lej od sie­bie). Dosłow­nie sły­szę w tej chwi­li, po kil­ku­dzie­się­ciu latach, jak bab­cia mówi: No co ta Goś­ka!… Natych­miast zre­zy­gno­wa­łam z kacze­go cho­du, bo zda­nie bab­ci napraw­dę dużo dla mnie znaczyło.

        Nigdy nie usły­sza­łam z jej ust prze­kleń­stwa, ani żeby pod­nio­sła głos, mimo, że była sta­now­cza, cza­sem nawet upar­ta. Ale była to sta­now­czość łagod­na. Pamię­tam ją jako cichą i ser­decz­ną dla każ­de­go, kto przy­cho­dził do nasze­go miesz­ka­nia. Pamię­tam, że jej bez­po­śred­nia ser­decz­ność robi­ła wra­że­nie na oso­bach, któ­re były u nas w domu pierw­szy raz.

        Mimo, że ukoń­czy­ła przed II woj­ną świa­to­wą dwa fakul­te­ty na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim, histo­rię i geo­gra­fię, i jako pierw­sza kobie­ta w rodzi­nie zdo­by­ła wyż­sze wykształ­ce­nie, zawsze chcia­ła pra­co­wać tyl­ko w domu. Tak jak Mamu­sia, według jej wła­snych słów.

        Nie zno­si­ła podró­ży. Kra­ków był jedy­nym miej­scem na świe­cie, w któ­rym chcia­ła być. Czy­ta­ła wszyst­kie książ­ki o Kra­ko­wie, jakie uda­wa­ło się zdo­być. Była roz­ko­cha­na w epo­ce śre­dnio­wie­cza. Lubi­ła jeść i goto­wać tyl­ko pro­ste, tra­dy­cyj­ne potra­wy, któ­re zna­ła z domu. Alko­hol ani żad­ne inne używ­ki w ogó­le dla niej nie istniały.

        Miesz­ka­jąc z bab­cią pod jed­nym dachem przez wie­le lat, zna­łam ją dobrze. Wspo­mnie­nie atmos­fe­ry stwo­rzo­ne­go przez nią domu jest ze mną przez wszyst­kie lata i jest to wspo­mnie­nie bar­dzo dobre. Takie, do któ­re­go chęt­nie się wra­ca i w opar­ciu o któ­re dobrze było budo­wać całe póź­niej­sze życie. Atmos­fe­ra w domu była bar­dzo dobra mimo, że mówi­my tu o mrocz­nych cza­sach komu­ni­zmu. Nasze miesz­ka­nie wspo­mi­nam jako jasną chat­kę w ota­cza­ją­cym ją ciem­nym komu­ni­stycz­nym lesie na zewnątrz. Ze ścia­na­mi nie do zdobycia 🙂

Bab­cia Kry­sty­na Kra­mar­ska w Kra­ko­wie nad Ruda­wą, lata 30.

Za Dzie­je Klasz­to­ru PP. Nor­ber­ta­nek w Kra­ko­wie na Zwie­rzyń­cu napi­sa­ne na proś­bę Sióstr Nor­ber­ta­nek, w krót­kich prze­rwach mię­dzy pra­ca­mi domo­wy­mi i w cza­sie corocz­nych waka­cji w Rab­ce, Uni­wer­sy­tet Jagiel­loń­ski zapro­po­no­wał jej tytuł dok­to­ra, co bab­cia odrzu­ci­ła, dla­te­go że warun­kiem było zda­nie egza­mi­nu z tak zwa­nej filo­zo­fii mark­si­zmu albo z eko­no­mii poli­tycz­nej socja­li­zmu. Spra­wa zosta­ła zała­twio­na przez tele­fon. Pamię­tam minę bab­ci, kie­dy odło­ży­ła słu­chaw­kę, uzna­ła to za nie­smacz­ny żart.

        Wszyst­ko co robi­ła i jak to robi­ła wypły­wa­ło z jej głę­bo­kiej wia­ry w Chry­stu­sa. Była dla mnie wzo­rem poko­ry chrze­ści­jań­skiej, a za szcze­gól­ny tego przy­kład uwa­żam cier­pli­wość, z jaką zno­si­ła zakaz robie­nia bar­dzo wie­lu rze­czy, nawet takich jak robo­ta na dru­tach, któ­ry spadł na nią spo­wo­do­wa­ny zawa­łem ser­ca. Przy­pusz­czam, że źró­dłem cho­ro­by były przej­ścia wojen­ne. Myślę też, że na ukształ­to­wa­nie jej cha­rak­te­ru mia­ła wiel­ki wpływ szko­ła Sióstr Nor­ber­ta­nek. Była to pierw­sza szko­ła, do któ­rej bab­cia cho­dzi­ła, a sio­stry nauczy­ciel­ki z miło­ścią i sza­cun­kiem wspo­mi­na­ła do koń­ca życia, do koń­ca utrzy­my­wa­ła też z nimi kontakt.

        Bab­cia była też bar­dzo odda­na Mat­ce Boskiej, o któ­rej zawsze mówi­ła z wiel­ką czcią, i to wyda­wa­ło w jej życiu widocz­ne owo­ce. Moż­na się było od niej dużo nauczyć mimo, że sta­ra­ła się nie narzu­cać. Dzia­ła­ła przy­kła­dem i nie­złom­nym trwa­niem przy zasa­dach, w któ­re wie­rzy­ła. Patrząc na to, jak żyła, mam głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że szła dobrą dro­gą. Widzę to szcze­gól­nie wyraź­nie teraz, z per­spek­ty­wy czasu.

        Para­fra­zu­jąc to, co napi­sa­ła w Książ­ce Bab­ci o swo­jej mamie: takiej bab­ci jak ona życzy­ła­bym wszyst­kim dzieciom.

Naj­star­sza wnucz­ka Mał­go­rza­ta Kumor

***

     Te wspo­mnie­nia spi­su­ję na proś­by moich wnu­czek, któ­re czę­sto naga­by­wa­ły mnie, bym opo­wie­dzia­ła, jak to było dawniej.

Rodzi­ce moi pro­wa­dzi­li życie bar­dzo rodzin­ne. Bo też licz­na to była rodzi­na. Mama mia­ła dwie sio­stry: Wale­rię i Jani­nę, i dwóch bra­ci: Józe­fa i Kazi­mie­rza. Ojciec miał jed­ne­go bra­ta, Alfre­da. Prócz tego z róż­ny­mi dal­szy­mi krew­ny­mi utrzy­my­wa­li sta­ły kontakt.

Na Chrzcie św. dano mi imio­na Kry­sty­na Hele­na. Gdy się uro­dzi­łam jako trze­cie dziec­ko moich rodzi­ców, sio­stra mamy Wale­ria i brat Józef mie­li już kil­ko­ro dzie­ci, więc nigdy nie zabra­kło nam towa­rzy­stwa do zaba­wy, tym bar­dziej, że w odstę­pie mniej wię­cej dwóch lat poja­wiał się w rodzi­nie naszej i rodzeń­stwa mamy mały człowieczek.

W sumie bab­ka moja ze stro­ny mat­ki, Anto­ni­na z Model­skich Wil­czyń­ska, mia­ła dwa­dzie­ścia dwo­je wnu­ków. Bab­ką zosta­ła w 52 roku życia, a potem w cią­gu dwu­dzie­stu lat co roku przy­by­wa­ło jej jed­no albo dwo­je wnu­cząt i tak:

1906 Marian Wilczyński

1907 Marian Kramarski

1908 Hanecz­ka Wilczyńska

1909 Janecz­ka Kra­mar­ska i Tade­usz Florczyk

1910 Zosia Wilczyńska

1911 Kry­sia Kra­mar­ska i Maryl­ka Florczykówna

1912 Zyg­munt Wilczyński

1913 Adam Kra­mar­ski i Zby­szek Florczyk

1918 Ste­fan Kra­mar­ski i Leszek Florczyk

1920 Mary­sia Rut­kow­ska i Lucy­na Wilczyńska

1921 Halin­ka i Józik Kramarscy

1922 Wie­sław Flor­czyk i Jacek Rutkowski

1924 Zosia Rut­kow­ska i Cze­sław Florczyk

1926 Irka Wil­czyń­ska, cór­ka Kazimierza.

Bab­ka wszyst­kich nas bar­dzo kocha­ła, ale pro­si­ła, żeby­śmy nie przy­cho­dzi­li do niej rów­no­cze­śnie, ponie­waż w cza­sie w odwie­dzin trud­no nam było usie­dzieć spo­koj­nie, a sta­rusz­ka mia­ła nie­zmier­nie uroz­ma­ico­ne życie i nie dzi­wo­ta, że spra­gnio­na była ciszy.

Po swo­im ojcu Leonie Model­skim (moim pra­dziad­ku) bab­ka była wła­ści­ciel­ką grun­tu na Pół­w­siu Zwie­rzy­niec­kim, wykro­jo­ne­go z posia­dło­ści pp Nor­ber­ta­nek. Rodzi­na Model­skich z daw­na mia­ła powią­za­nia z klasz­to­rem. Szu­ka­jąc źró­deł do mojej pra­cy  Dzie­je Klasz­to­ru PP Nor­ber­ta­nek na Zwie­rzyń­cu spo­ty­ka­łam nazwi­ska moich krew­nych. W poło­wie XVIII w. Model­ski był sza­fa­rzem klasz­tor­nym, od 1748 pro­wa­dził na wła­sną rękę duży bro­war i małą cegiel­nię. W r. 1757 wstą­pi­ła do klasz­to­ru pan­na Róża Model­ska, któ­ra przed­tem pobie­ra­ła naukę w klasz­tor­nej szko­le. Potrzeb­nych sobie ludzi kon­went chęt­nie osa­dzał na wła­snych grun­tach, za wier­ną służ­bę obda­ro­wy­wał. Bab­cia Anto­ni­na czu­ła się oby­wa­tel­ką Pół­w­sia Zwie­rzy­niec­kie­go, ceni­ła sobie tę godność.

W papie­rach Nor­ber­tań­skich znaj­do­wa­łam rów­nież nazwi­ska innych moich krew­nych: Kaje­ta­na Haasa, dziad­ka mojej bab­ki Anto­ni­ny, Fran­cisz­ka Wil­czyń­skie­go, jej męża, Fran­cisz­ka Gar­gi, jej szwa­gra, a potem, już w XX w. Pio­tra Kozłow­skie­go, bra­ta mojej dru­giej bab­ki Felik­sy i jej szwa­gra Cet­ne­ra. Stąd widać, że bli­skość klasz­to­ru ode­gra­ła nie­ja­ką rolę w histo­rii mojej rodzi­ny. Nie­dar­mo tak bar­dzo jestem do nie­go przy­wią­za­na. Załą­czam aneks o rodzi­nie opar­ty na źró­dłach z archi­wum sióstr Nor­ber­ta­nek i zebra­nych w odpo­wied­nich parafiach.

Na tej ojco­wi­znie swo­jej żony, Anto­ni­ny z Model­skich, dzia­dek mój Fran­ci­szek Wil­czyń­ski posta­wił obszer­ne zabu­do­wa­nia gospo­dar­cze i pierw­szą na Pół­w­siu „wil­lę”. Zamiesz­kał w niej z rodzi­ną. Dotąd na Pół­w­siu były tyl­ko cha­ty albo dwor­ki czy­li „hor­tu­la­nie”. Ja tako­we jesz­cze pamię­tam. Wil­la dzia­dzio­wa prze­trwa­ła do 1978 roku. Przy roz­biór­ce moż­na było podzi­wiać, jakie zdro­we były jesz­cze mury: żad­ne­go partactwa.

(Wil­lę z ogro­dem przy Sena­tor­skiej 27 ode­bra­no naszej rodzi­nie, a na jej miej­scu posta­wio­no kil­ku­klat­ko­wy blok. Nasza bab­cia cięż­ko prze­ży­ła wybu­rze­nie tego domu. Zabra­ła stam­tąd gip­so­wą figu­rę Mat­ki Boskiej sto­ją­cą w niszy od stro­ny uli­cy Sena­tor­skiej, oso­bi­ście zdra­pa­ła z niej brzyd­ką far­bę i bia­łą oczysz­czo­ną figu­rę kaza­ła sobie wło­żyć do trum­ny — przyp. MK).

Pół­w­sie, a raczej Pół­wieś, czy­li odcię­ta poło­wa wsi Zwie­rzy­niec, było wte­dy wsią. O powsta­niu Pół­w­sia napi­sa­łam w mojej książ­ce Dzie­je Klasz­to­ru Nor­ber­ta­nek. Jesz­cze mój brat Marian i sio­stra Janecz­ka jako miej­sce uro­dze­nia mają poda­ne Pół­w­sie, a ja już Kra­ków. Wszy­scy uro­dzi­li­śmy się w domu dziad­ków. W mło­do­ści mojej mamy mia­sto tam jesz­cze nie doszło. Osa­dę prze­ci­na­ła jed­na sze­ro­ka dro­ga do Kra­ko­wa „Ślą­ski trakt”, obec­na uli­ca Kościusz­ki, a dru­ga dro­ga pro­wa­dzi­ła spod klasz­to­ru w stro­nę błoń, w koń­co­wej czę­ści nazy­wa­na była „kro­wią”, bo tędy prze­ga­nia­no kro­wy na pastwi­sko z dwóch klasz­tor­nych fol­war­ków, z któ­rych jeden nazy­wał się ”Eko­no­mią” i leżał naprze­ciw klasz­to­ru, nad Ruda­wą, a dru­gi pra­wie naprze­ciw obec­ne­go budyn­ku Wodo­cią­gów Miej­skich, fol­wark „Swo­bo­da”. Pierw­szy był pod zarzą­dem klasz­to­ru, dru­gi wydzier­ża­wia­no. Osa­da pocię­ta była na pose­sje, dom­ki w ogro­dach o róż­nych kształ­tach i w róż­nym sty­lu: dwor­ki, chaty.

Każ­dy miał swój odci­nek dro­gi; zna­la­złam doku­ment, gdzie poda­no z nazwi­ska­mi wła­ści­cie­li dłu­gość tych odcin­ków. Była jesz­cze bocz­na dro­ga, obec­nie uli­ca Lele­we­la, połą­cze­nie z głów­ną dro­gą, i ul. Fli­sac­ka, wio­dą­ca do szko­ły nad brze­giem Wisły. Fli­sac­ka wia­do­mo dla­cze­go tak nazwa­na, a „Lele­wel” to był pseu­do­nim powstań­czy stud­nia­rza Bore­low­skie­go, któ­ry miesz­kał wła­śnie przy tej uli­cy i zgi­nął w wal­ce o wol­ność w powsta­niu stycz­nio­wym. W związ­ku z tym odby­ła się na Pół­w­siu mani­fe­sta­cja patrio­tycz­na, z powo­du któ­rej ksie­nię zwie­rzy­niec­ką wzy­wa­no na poste­ru­nek żan­dar­me­rii jako odpo­wie­dzial­ną za tę uro­czy­stość. Jedy­ny dom pię­tro­wy, zwa­ny szum­nie „kamie­ni­cą”, stał na rogu uli­cy Fli­sac­kiej, w nim mie­ścił się zajazd. Naj­oka­zal­szym budyn­kiem był „Pałac”, z któ­rym nor­ber­tan­ki mia­ły wie­le kło­po­tu, szcze­gól­nie w cza­sie zabo­rów, bo wła­dze upa­trzy­ły go sobie jako pomiesz­cze­nie dla woj­ska albo zamie­nia­ły na szpi­tal, a zakon­ni­com kaza­ły loka­to­rów utrzymywać.

Posia­dłość Model­skich leża­ła w środ­ku fol­war­ku „Eko­no­mia”, mię­dzy obec­ną ul. Mla­sko­tów, będą­cą dro­gą „pry­wat­ną” (w moim dzie­ciń­stwie jesz­cze się tak nazy­wa­ła), ul. Sena­tor­ską, pola­mi orny­mi klasz­tor­ny­mi i doty­ka­ła błoń tu, gdzie dziś bie­gnie al. Pusz­ki­na. Mapę odbi­tą z wiel­kiej cało­ści z archi­wum nor­ber­ta­nek załą­czam: Grund Parzel­len Pro­toc­col Zwie­rzy­niec 1848, AN nr 416.

Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek (1911 — 1987)