Zaczę­ło się ponad 700 lat temu, w owych bajecz­nych cza­sach mądrych kró­lów i dziel­nych ryce­rzy. Pol­ska dziel­ni­co­wa powo­li wstę­po­wa­ła na dro­gę ku zjed­no­cze­niu, Krzy­ża­cy mości­li się nad Noga­tem, a w dale­kiej Zie­mi Świę­tej nad kró­le­stwem krzy­żow­ców zapa­dał zmierzch. Wła­śnie wte­dy w malut­kiej Wie­licz­ce pewien bez­i­mien­ny czło­wiek zabrał się za pogłę­bia­nie studni…

Legen­dar­ne początki

Stud­nia wysy­cha­ła, tym­cza­sem czer­pa­na z niej sło­na woda była bez­cen­nym surow­cem w pobli­skiej warzel­ni. Opła­ca­ło się spró­bo­wać, wyci­snąć z wnę­trza zie­mi jesz­cze tro­chę solan­ki. Czło­wiek zszedł ostroż­nie na dno stud­ni, obej­rzał drew­nia­ne cem­bro­wa­nie, po czym zaczął kopać. W pew­nym momen­cie szpa­del zazgrzy­tał na czymś twar­dym. Kamień? W zasa­dzie tak, do tego bez­cen­ny, bo sło­ny. Bez­i­mien­ny czło­wiek natra­fił na bry­łę soli kamien­nej, zaś jego odkry­cie sta­ło się począt­kiem sław­nej na całym świe­cie Kopal­ni Soli „Wie­licz­ka”.

W latach 80. XIII wie­ku pod­kra­kow­ska osa­da docze­ka­ła się pierw­sze­go szy­bu wydo­byw­cze­go (nie­ist­nie­ją­cy już szyb Gory­szow­ski), a w roku 1290 otrzy­ma­ła pra­wa miej­skie. W śre­dnio­wiecz­nych doku­men­tach wzmian­ku­je się ją pod dum­ną nazwą „Magnum Sal”, czy­li „Wiel­ka Sól”.

Odkry­cie „soli twar­dej” było tak donio­słe, że aż obro­sło legen­dą. Według opo­wie­ści Wie­licz­ka zawdzię­cza­ła sło­ne bogac­two Kin­dze, cór­ce węgier­skie­go kró­la Beli IV Arpa­da. Kró­lew­na nie chcia­ła w posa­gu ani zło­ta, ani innych kosz­tow­no­ści, lecz kopal­nię w kra­ju Mara­mu­resz. Do jed­ne­go z jej szy­bów wrzu­ci­ła zarę­czy­no­wy pier­ścień. Klej­not wraz z pokła­da­mi soli w cudow­ny spo­sób „zawę­dro­wał” do Pol­ski i odna­lazł się w pierw­szej sol­nej bry­le wyko­pa­nej z wie­lic­kiej zie­mi. Kin­ga zosta­ła żoną pia­stow­skie­go księ­cia Bole­sła­wa V Wsty­dli­we­go. W każ­dej legen­dzie tkwi ziar­no praw­dy – na sól kamien­ną natra­fio­no od Kra­ko­wem za pano­wa­nia tej wła­śnie pary. W ten oto spo­sób naro­dzi­ła się Kopal­nia Soli „Wie­licz­ka” – bez­cen­ne dzie­dzic­two, jeden z pierw­szych 12 obiek­tów wpi­sa­nych na Listę UNESCO (1978).

Szczyp­ta geologii

Począt­ki wie­lic­kiej kopal­ni się­ga­ją śre­dnio­wie­cza, jed­nak dzie­je wie­lic­kiej soli są znacz­nie dłuż­sze. By je poznać, musi­my cof­nąć się w prze­szłość o ok. 13,5 mln lat, do epo­ki nazy­wa­nej przez geo­lo­gów mio­ce­nem. Przed czo­łem wypię­trza­ją­cych się Kar­pat powsta­ło zapa­dli­sko, w nim zaś poja­wi­ło się morze. Nie­zbyt głę­bo­kie, dość cie­płe, na dnie któ­re­go wytrą­ca­ła się sól. Tysiąc­le­cie za tysiąc­le­ciem w mio­ceń­skim morzu cier­pli­wie odkła­da­ły się sło­ne war­stwy. Wresz­cie, w jed­nym z ostat­nich aktów oro­ge­ne­zy alpej­skiej mło­de góry, niczym olbrzy­mi spy­chacz, prze­su­nę­ły sol­ne zło­że na pół­noc, fał­du­jąc jego dol­ną część i łamiąc gór­ną. W ten spo­sób naro­dził się geo­lo­gicz­ny uni­kat – zło­że o nie­po­wta­rzal­nej dwu­dziel­nej budo­wie, skła­da­ją­ce się z pokła­dów oraz leżą­cych ponad nimi brył soli róż­nej wiel­ko­ści. Nie­co póź­niej, bo w okre­sie plej­sto­ceń­skich zlo­do­wa­ceń, w wie­lic­kich pod­zie­miach ufor­mo­wał się jesz­cze jeden cud natu­ry – Gro­ty Krysz­ta­ło­we. Kawer­ny wypeł­nio­ne prze­pięk­ny­mi krysz­ta­ła­mi hali­tu odkry­to przy­pad­kiem pod­czas robót gór­ni­czych w XIX wieku.

Daw­no, daw­no temu

Wie­lic­ka kopal­nia może poszczy­cić się ponad sied­mio­ma wie­ka­mi nie­prze­rwa­nej histo­rii. Ozna­cza to, że ist­nia­ła już wte­dy, gdy Jagieł­ło cią­gnął pod Grun­wald, a Kolumb odbi­jał od brze­gów Euro­py. Kopal­nia w Wie­licz­ce jest star­sza niż pierw­sza dru­ko­wa­na książ­ka i pra­wo paten­to­we. Kamien­na sól z Wie­licz­ki pod­bi­ja­ła Węgry, Cze­chy, Śląsk, Mora­wy, pły­nę­ła Wisłą na Mazow­sze. Sta­ła się dla pol­skich ksią­żąt i kró­lów źró­dłem bajecz­nych docho­dów. Sól war­ta tyle co zło­to? Dziś może nie mie­ścić się to w gło­wie, jed­nak trze­ba nam wyobra­zić sobie świat bez lodó­wek. Świat, w któ­rym sło­na przy­pra­wa nie tyl­ko doda­wa­ła sma­ku, lecz rów­nież kon­ser­wo­wa­ła żyw­ność, zapew­nia­jąc tym samym prze­trwa­nie na przed­nów­ku bądź pokła­dzie statku.

Każ­da żywa isto­ta łak­nie soli. Chlo­rek sodu (NaCl) jest nie­zbęd­ny do pra­wi­dło­we­go funk­cjo­no­wa­nia orga­ni­zmu. Dziś mamy wypeł­nio­ne po brze­gi sol­nicz­ki, nato­miast nasi neo­li­tycz­ni przod­ko­wie mie­li sło­ne bry­kie­ty. Ponad 5,5 tys. lat temu kotli­nę wie­lic­ką zasie­dli­ły ludy kul­tu­ry len­dziel­skiej. Ludzie ci byli nie tyl­ko rol­ni­ka­mi i hodow­ca­mi, ale też warzy­cza­mi. Nad poto­kiem Mali­nów­ka w Bary­czy wznie­śli warzel­nię, w któ­rej na roz­sta­wio­nych na ogniu gli­nia­nych naczy­niach bul­go­ta­ła solan­ka. Sol­ną mela­sę prze­kła­da­no następ­nie do mniej­szych naczyń i na powrót wkła­da­no do pale­ni­ska. Final­nym pro­duk­tem były sol­ne brył­ki — brykiety.

Sło­wo o soli warzonej

Czas mijał, lecz idea odpa­ro­wy­wa­nia soli ze sło­nej wody pozo­sta­ła nie­zmien­na. Oczy­wi­ście, kolej­ni miesz­kań­cy kotli­ny wie­lic­kiej eks­pe­ry­men­to­wa­li z kształ­tem i roz­mia­rem naczyń, a nawet skła­dem cera­mi­ki (w okre­sie prze­drzym­skim doda­wa­no gra­fit), lecz wciąż szło o to samo. Surow­ca warzel­niom pre­hi­sto­rycz­nym oraz wcze­sno­śre­dnio­wiecz­nym dostar­cza­ły obfi­cie biją­ce w oko­li­cy solan­ko­we źródła.

Odkry­cie soli kamien­nej nie ozna­cza­ło zaprze­sta­nia pro­duk­cji warzel­ni­czej. Ta trwa­ła aż do roku 1724. Za zamknię­ciem sta­ro­pol­skiej kar­ba­rii sta­nął pro­za­icz­ny powód: brak drew­na na opał. Powrót do soli warzo­nej nastą­pił w roku 1913, kie­dy to uru­cho­mio­no w Wie­licz­ce warzel­nię próż­nio­wą. W owych cza­sach był to ultra­no­wo­cze­sny zakład, o któ­rym z zachwy­tem roz­pi­sy­wa­ły się bran­żo­we cza­so­pi­sma. Dzia­łał do roku 2003, kie­dy to zastą­pił go skom­pu­te­ry­zo­wa­ny i przy­ja­zny śro­do­wi­sku natu­ral­ne­mu zakład uty­li­za­cji wód zasolonych.

Fir­ma z tradycjami

XIV-wiecz­na kopal­nia była pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się i świet­nie zarzą­dza­nym przed­się­bior­stwem. Wraz z kopal­nią bocheń­ską two­rzy­ła Żupy Kra­kow­skie. Nie­zwy­kle dobrym gospo­da­rzem oka­zał się Kazi­mierz Wiel­ki, któ­ry naka­zał upo­rząd­ko­wać pra­wo gór­ni­cze. Dotąd zwy­cza­jo­we przy­ję­ło postać sta­tu­tu i ure­gu­lo­wa­ło wszel­kie spra­wy: od licz­by pra­cow­ni­ków po rodza­je urob­ku. Docho­dy ze sprze­da­ży soli czy­ni­ły z kopal­ni praw­dzi­wą per­łę w koro­nie i nawet wła­dze zabor­cze (Austria­cy prze­ję­li Wie­licz­kę w roku 1772) nie szczę­dzi­ły tru­du, by utrzy­mać pod­zie­mia w dobrej kondycji.

Współ­cze­śnie wie­le mówi się o spo­łecz­nej odpo­wie­dzial­no­ści biz­ne­su. Kil­ka wie­ków temu oczy­wi­ście nikt w Wie­licz­ce nie sły­szał o CSR, ale nie nazwa sta­no­wi o fak­tach. Kazi­mierz Wiel­ki ufun­do­wał gór­ni­czy szpi­tal, kuch­nia żup­na ser­wo­wa­ła zało­dze posił­ki, a od roku 1499 żupa zatrud­nia­ła cyru­li­ka. W tym miej­scu war­to odno­to­wać, że z koń­cem XVII stu­le­cia wie­lic­kich gór­ni­ków leczy­ła Mag­da­le­na Ben­dzi­sław­ska, pierw­sza w histo­rii Pol­ski kobie­ta-chi­rurg legi­ty­mu­ją­ca się kró­lew­skim dyplo­mem. Wie­lic­ka żupa nie tyl­ko dawa­ła zatrud­nie­nie, ale też spro­wa­dza­ła do mia­sta tech­no­lo­gicz­ne nowin­ki, np. oświe­tle­nie elektryczne.

W mro­ku, w głębinie

Mrok, cisza wnę­trza zie­mi, nie­po­ję­te siły przy­ro­dy… Daw­ni gór­ni­cy musie­li być nie­ugię­ci, twar­dzi jak sło­ne ska­ły, któ­re kru­szy­li. Gór­ni­cza robo­ta wyma­ga­ła fizycz­nej tęży­zny, ale tez har­tu ducha. Przez dłu­gie stu­le­cia sól eks­plo­ato­wa­no ręcz­nie, odspa­ja­jąc od cali­zny pro­sto­pa­dło­ścien­ne blo­ki zwa­ne kłap­cia­mi. Kłap­cie ocio­sy­wa­no i for­mo­wa­no z nich wal­ce – bał­wa­ny. Obły kształt uła­twiał trans­port pod szyb, a było co prze­ta­czać. Śre­dnio­wiecz­ny bał­wan ważył nawet 520 kg (8 sta­ro­pol­skich cetnarów).

Po wybra­niu sło­nej przy­pra­wy pod zie­mią pozo­sta­wa­ły puste prze­strze­nie. Od wie­ków w Wie­licz­ce zabez­pie­cza się je drew­nem, któ­re­mu nie szko­dzi agre­syw­na natu­ra soli. Inny­mi sło­wy drew­nia­ne kasz­ty czy sto­ja­ki nie koro­du­ją jak meta­lo­we obu­do­wy. Pnie ścię­te w XV-wiecz­nym lesie? W zabyt­ko­wych komo­rach wie­lic­kiej kopal­ni po dziś dzień mają się świetnie.

„Gór­nik wie­lic­ki bar­dzo jest naboż­ny” – pisał w XIX w. wybit­ny geo­log Ludwik Zejsz­ner. Zjazd u liny w głąb szy­bu, wątłe świa­tło kagan­ków, pra­ca w pocie czo­ła. Nic dziw­ne­go, że gór­ni­cy czę­sto zwra­ca­li się do Boga i świę­tych patro­nów: Kin­gi, Bar­ba­ry, Anto­nie­go, Kle­men­sa. Świa­dec­twem ich wia­ry są pod­ziem­ne miej­sca kul­tu. Roz­sia­ne po całej kopal­ni (w sumie ponad 40) doda­wa­ły otu­chy. Naj­star­szą w cało­ści zacho­wa­ną sol­ną świą­ty­nią jest kapli­ca św. Anto­nie­go (XVII w.), a za naj­pięk­niej­szą ucho­dzi kapli­ca św. Kin­gi (XIX/XX w.).

Mitycz­ny labirynt

Wie­lic­ka kopal­nia to roz­le­gły labi­rynt komór i kory­ta­rzy wydrą­żo­nych na IX pozio­mach. Chod­ni­ków jest ok. 245 km, komór zaś ponad 2300. Naj­star­szy poziom znaj­du­je się na głę­bo­ko­ści ok. 64 m, naj­młod­szy i naj­głęb­szy zara­zem – 327 m.

Rejo­ny wyeks­plo­ato­wa­ne w śre­dnio­wie­czu oraz w cza­sach sta­ro­pol­skich cha­rak­te­ry­zu­je w ukła­dzie pew­ne­go rodza­ju swo­bo­da. Kie­ru­nek drą­że­nia dyk­to­wa­ła oczy­wi­ście sól, zaś gór­ni­cy stu­le­cie za stu­le­ciem uczy­li się wnę­trze zie­mi coraz lepiej rozu­mieć. Pierw­sze mapy wie­lic­kich pod­zie­mi pocho­dzą z lat 30. XVII wie­ku i doku­men­tu­ją wyro­bi­ska trzech ówcze­snych pozio­mów. Nary­so­wał je Mar­cin Ger­man, naj­pew­niej na pod­sta­wie nota­tek i szki­ców wybit­ne­go mate­ma­ty­ka i geo­me­try Jana Broż­ka. Pla­ny zak­tu­ali­zo­wał sto lat póź­niej Jan Got­fryd Bor­lach. Wraz z roz­wo­jem mier­nic­twa, gór­ni­cza robo­ta sta­wa­ła się coraz bar­dziej upo­rząd­ko­wa­na. Austria­cy, któ­rzy prze­ję­li Wie­licz­ką w roku 1772 (I roz­biór Pol­ski) wpro­wa­dzi­li sys­tem roz­po­zna­nia zło­ża za pomo­cą poprzecz­ni i podłuż­ni, czy­li chod­ni­ków bitych odpo­wied­nio na linii pół­noc-połu­dnie (w poprzek zło­ża) i wschód-zachód (wzdłuż złoża).

Bra­ma­mi do pod­ziem­ne­go świa­ta były i wciąż są gór­ni­cze szy­by. W ponad 700-let­niej histo­rii Wie­licz­ka posia­da­ła w sumie 26 szy­bów. Obec­nie w miej­skim pej­za­żu pozo­sta­ło ich 6: Kościusz­ko (XVIII w.), św. Kin­ga (XIX w.), Dani­ło­wicz (XVII w.), Pade­rew­ski (XIX w.), Wil­son (XX w.) oraz Regis (XIV w.). Ten ostat­ni pamię­ta cza­sy kró­la Kazi­mie­rza Wiel­kie­go i jest naj­star­szym ist­nie­ją­cym wie­lic­kim szy­bem. W daw­nych cza­sach nad szy­ba­mi pra­co­wa­ły kie­ra­ty, czy­li potęż­ne drew­nia­ne machi­ny wycią­go­we. W XIX stu­le­ciu zaczę­ły zastę­po­wać je urzą­dze­nia o napę­dzie paro­wym, wresz­cie elektrycznym.

Ponad­cza­so­wa atrakcja

Pod­ziem­ny świat zawsze fascy­no­wał. Skry­te w mro­ku tajem­ni­ce nie­zmien­nie cie­ka­wi­ły, inspi­ro­wa­ły, zdu­mie­wa­ły. Nic zatem dziw­ne­go, że pierw­si tury­ści sol­ne pro­gi prze­stą­pi­li co naj­mniej 600 lat temu. Ist­nie­ją moc­ne prze­słan­ki, by sądzić, że był wśród nich Miko­łaj Koper­nik. W tam­tych cza­sach za bilet wstę­pu słu­ży­ła zgo­da wła­ści­cie­la kopal­ni, czy­li kró­la. Stąd, jak łatwo zgad­nąć, zwie­dza­nie wie­lic­kiej kopal­ni dane było nielicznym.

Zna­na nam dzi­siaj tury­sty­ka naro­dzi­ła się wraz z moż­li­wo­ścią szyb­sze­go i bez­piecz­niej­sze­go podró­żo­wa­nia. W wie­ku XIX kopal­nia ofe­ro­wa­ła chęt­nym spa­cer po tra­sie z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. Wędrów­kę umi­la­ły poka­zy ogni ben­gal­skich, krót­ki rejs po solan­ko­wym jezio­rze czy tań­ce przy dźwię­kach sali­nar­nej orkie­stry (zało­żo­na w 1830 roku). Te ostat­nie bywa­ły nawet peł­ny­mi roz­ma­chu bala­mi – pierw­szy odbył się w I poł. XIX wie­ku w spe­cjal­nie urzą­dzo­nej komo­rze Łętów. Śmia­ło moż­na więc powie­dzieć, że wie­lic­ka kopal­nia posia­da 200-let­nie doświad­cze­nie w orga­ni­za­cji pod­ziem­nych imprez.

W roku 1774 w kopal­ni wpro­wa­dzo­no pamiąt­ko­we Księ­gi Zwie­dza­ją­cych. Na ich kar­tach auto­gra­fy pozo­sta­wi­ło wie­le zna­ko­mi­to­ści, m.in. Goethe, Sta­szic, Cho­pin, Men­de­le­jew, Matej­ko, Moniusz­ko, Orzesz­ko­wa, Asnyk, Pił­sud­ski, Pade­rew­ski, Woj­ty­ła. Pod zabo­ra­mi wizy­ta w sol­nych pod­zie­miach sta­no­wi­ła rodzaj patrio­tycz­ne­go obo­wiąz­ku. W Wie­licz­ce mówi­ło się bowiem po pol­sku, a sama kopal­nia przy­po­mi­na­ła, że Pola­cy są naro­dem wytrwa­łym i nie­zwy­kle utalentowanym.

Zmie­nia­ją się tren­dy i mody, poja­wia­ją się i zni­ka­ją filo­zo­fie oraz idee, nie­mniej uro­da Kopal­ni Soli „Wie­licz­ka” wyda­je się ponad­cza­so­wa, kom­plet­nie odpor­na na prze­mi­ja­ją­ce gusta. To, co intry­go­wa­ło tury­stów 200–300 lat temu, wciąż wywo­łu­je w gościach kopal­ni wes­tchnie­nia zachwy­tu. Na uni­wer­sal­nej liście pod­ziem­nych atrak­cji kon­se­kwent­nie figu­ru­ją zadu­ma­ne kapli­ce, malow­ni­cze jezio­ra, lśnią­ce sło­ne żyran­do­le czy rzeźby.

Gór­nik-arty­sta

Kto pierw­szy ujrzał w soli coś wię­cej niż tyl­ko cen­ną przy­pra­wę? Kto pierw­szy chwy­cił za dłu­to? Zapew­ne nigdy się nie dowie­my, bowiem daw­ni twór­cy czę­sto nie pod­pi­sy­wa­li swych dzieł. Z cza­sem ano­ni­mo­wość szczę­śli­wie prze­sta­ła nale­żeć do dobre­go tonu i zna­my z imie­nia i nazwi­ska choć­by auto­rów wystro­ju kapli­cy św. Kin­gi. Bra­cia Józef i Tomasz Mar­kow­scy oraz Anto­ni Wyro­dek – jeden po dru­gim, przez pra­wie sto lat, wyku­wa­li w sło­nej ska­le figu­ry świę­tych, zgrab­ne łuki bocz­nych ołta­rzy czy posadz­kę. Byli gór­ni­ka­mi, artystami-samoukami.

Isto­tą rzeź­bie­nia w soli od wie­ków pozo­sta­je pra­gnie­nie ser­ca oraz owo spe­cy­ficz­ne postrze­ga­nie kopal­ni jako cze­goś wię­cej, niż tyl­ko miej­sce pra­cy. Współ­cze­śni wie­lic­cy gór­ni­cy nie tyl­ko wciąż rzeź­bią w sło­nej ska­le, ale też modlą się w pod­ziem­nych kapli­cach oraz wita­ją sło­wa­mi „Szczęść Boże”. Od roku 1964 nie wydo­by­wa­ją soli kamien­nej, zaś od roku 1996 nie pro­du­ku­ją na ska­lę prze­my­sło­wą soli warzo­nej, lecz wciąż pra­cu­ją: zabez­pie­cza­ją bez­cen­ne komo­ry i chod­ni­ki, chro­nią zaby­tek i leżą­ce nad nim mia­sto oraz udo­stęp­nia­ją tury­stom dzie­dzic­two z Listy UNESCO.

Na zdro­wie

O lecz­ni­czych walo­rach soli prze­ko­ny­wa­li Hipo­kra­tes, Galen i Para­cel­sus. Sło­ną przy­pra­wą oczysz­cza­li rany, doda­wa­li ją do mik­stur. W XIX wie­ku fizyk sali­nar­ny dr Feliks Bocz­kow­ski zało­żył w Wie­licz­ce zakład kąpie­lo­wy. Solan­ko­we kąpie­le zale­cał pacjen­tom cier­pią­cym na roz­ma­ite cho­ro­by – od wrzo­dów po histe­rię. Bocz­kow­ski, jako lekarz trosz­czą­cy się o gór­ni­ków, szyb­ko zauwa­żył, że ci rzad­ko kie­dy uskar­ża­ją się na dole­gli­wo­ści zwią­za­ne z dro­ga­mi odde­cho­wy­mi. Był na dobrym tro­pie, jed­nak jego marze­nia o peł­nym wyko­rzy­sta­niu uzdro­wi­sko­wych walo­rów Wie­licz­ki i jej pod­zie­mi prze­pa­dły w wojen­nej zawie­ru­sze (raba­cja galicyjska).

Do pomy­słu kura­cji kopal­nia­nym mikro­kli­ma­tem powró­cił w poło­wie XX wie­ku prof. Mie­czy­sław Sku­li­mow­ski. Na V pozio­mie kopal­ni zało­żył uni­ka­to­we sana­to­rium aler­go­lo­gicz­ne „Kin­ga”. Współ­cze­śnie kura­cju­sze korzy­sta­ją z dobro­dziejstw sub­ter­ra­ne­ote­ra­pii na głę­bo­ko­ści 135 m (III poziom kopal­ni). Uzdro­wi­sko Kopal­nia Soli „Wie­licz­ka” pro­wa­dzi pod zie­mią reha­bi­li­ta­cję pul­mo­no­lo­gicz­ną, któ­ra poma­ga nie tyl­ko pacjen­tom z ast­mą, POChP czy aler­gia­mi, ale też oso­bom bory­ka­ją­cym się ze skut­ka­mi COVID-19.

Autor: Anna Wło­dar­ska

Opra­co­wa­nie: Maria Szpara