Józef Wil­czyń­ski w środ­ku gru­py z tyłu, w kape­lu­szu. Z przo­du Han­ka Sawic­ka i Ste­fan Kra­mar­ski.
Za nimi, od lewej: Jan Any­szek, Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek (autor­ka Książ­ki Bab­ci), Zofia Kra­mar­ska (żona Maria­na), Józef Wil­czyń­ski, Maria Sawic­ka, Marian Kra­mar­ski, xxx.

Dla mamy było to bar­dzo przy­kre prze­ży­cie, poże­gna­ła naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę. Cio­cia Waler­cia posia­da­ła nie­zmier­ny zapas uczuć ser­decz­nych, któ­re jak dobra wróż­ka roz­snu­wa­ła woko­ło. Była bar­dzo kocha­na, ale też nie­zmier­nie kocha­ją­ca. Wuj Piotr prze­żył żonę o lat osiem­na­ście. Po przej­ściu na eme­ry­tu­rę cały czas poświę­cił swo­je­mu hob­by ogro­do­wi. Sadził, szcze­pił, krzy­żo­wał, a potem zbie­rał owo­ce swo­ich doświad­czeń; już jako wie­ko­wy pan wspi­nał się po dra­bi­nie bez żad­nych obaw. Co roku w imie­ni­ny całe mło­de poko­le­nie zja­wia­ło się u wuja z życze­nia­mi. Pędzi­ło nas tam wspo­mnie­nie szczę­śli­we­go dzie­ciń­stwa i wiel­ki sza­cu­nek dla czło­wie­ka, któ­ry wycho­wał całe dzie­siąt­ki war­to­ścio­wych oby­wa­te­li, jak się teraz mówi, spraw­dził się w życiu.

Książ­ka Bab­ci. Rodzi­na Kra­mar­skich i Wil­czyń­skich oko­ło 1910. Pierw­sza z lewej w pierw­szym rzę­dzie sie­dzi mat­ka autor­ki Książ­ki Bab­ci, Hele­na Kra­mar­ska z domu Wil­czyń­ska (1882–1955), z naj­star­szym synem Maria­nem na kola­nach. Archi­wum rodzin­ne. Józef Wil­czyń­ski trze­ci od pra­wej w tyl­nym rzę­dzie. Po jego pra­wej stro­nie Alfred Kra­mar­ski. Fir­ma Józef Wil­czyń­ski Alfred Kra­mar­ski czy­li dwaj wujo­wie autor­ki Książ­ki Bab­ci zapro­jek­to­wa­li i wybu­do­wa­li kil­ka­dzie­siąt kamie­nic i innych budyn­ków, któ­re są w tej chwi­li na liście zabyt­ków Krakowa.

Odkąd pamię­tam, pra­wie codzien­nym gościem w naszym domu był naj­star­szy brat mamy Józef Wil­czyń­ski. Oprócz wię­zów krwi łączy­ło go z mamą kole­żeń­stwo, od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa był mamy naj­lep­szym „kum­plem”. O nim trud­no pisać, bo nie­któ­rych wspo­mnień lepiej nie poru­szać, gdyż są zbyt bole­sne. Był to czło­wiek bar­dzo uda­ny i pod wzglę­dem ducho­wym i fizycz­nym. Miał pięk­ną posta­wę, męską uro­dę, nawet łysi­na nie odbie­ra­ła mu uro­ku. Oły­siał w dwu­dzie­stym któ­rymś roku życia na sku­tek sko­ku z tyniec­kiej ska­ły do Wisły. Stan wody był wte­dy niski, ude­rzył gło­wą o ska­li­ste dno, w wyni­ku cze­go chwi­lo­wo stra­cił wzrok, a potem wło­sy. Z powo­du sym­pa­tii, jaką go darzy­łam, łysi­ny nie uwa­żam u męż­czy­zny za wiel­ki brak.

Wujek Józek z zapa­łem odda­wał się spor­to­wi nie­mal od dziec­ka. Pły­wał, wio­sło­wał (wycho­wy­wał się prze­cież nad Wisłą i Ruda­wą), śli­zgał się, upra­wiał lek­ko­atle­ty­kę. Wcią­gał w to swo­ją sio­strę Hele­nę. Z począt­ku ćwi­czy­li w Par­ku Jor­da­na, któ­ry wła­śnie wte­dy został zało­żo­ny i w kwit­ną­cym sta­nie odda­ny dzie­ciom do dys­po­zy­cji. Były dostęp­ne wszyst­kie przy­rzą­dy do ćwi­czeń, orga­ni­zo­wa­no gry i zaba­wy. Mała Hela dorów­ny­wa­ła chło­pa­kom spraw­no­ścią fizycz­ną. W niczym nie dawa­ła się prze­ści­gnąć. Dr Jor­dan po stra­cie swo­je­go dziec­ka chciał innym przy­spo­rzyć dużo sił i zdro­wia, cho­dził więc po ścież­kach par­ku i cie­szył się swo­im dzie­łem, a dzie­ci śpie­wa­ły mu:

Pan pro­fe­sor Jor­dan niech tak dłu­go żyje,
póki komar wody z morza nie wypije.
Koma­rze, koma­rze pij wodę powoli,
niech się nasz pro­fe­sor naży­je do woli…

Jedy­ne, do cze­go nie pali­ła się mama, to do pły­wa­nia, cho­ciaż miesz­ka­ła tak bli­sko Wisły, a może wła­śnie dla­te­go. Wisła wte­dy pochła­nia­ła wie­le ofiar. Zaraz za klasz­to­rem była w rze­ce mała wysep­ka, woko­ło niej two­rzył się zdra­dli­wy wir, a tak­że pia­ska­rze wydo­by­wa­ją­cy pia­sek roz­ko­py­wa­li dno. Miej­sce do kąpie­li dla kobiet było osob­no i tak kie­dyś na oczach mamu­si uto­pi­ła się jej kole­żan­ka Blan­ka, mają­ca sze­ściu bra­ci, któ­rzy kąpa­li się w miej­scu prze­zna­czo­nym dla męż­czyzn i nie zdą­ży­li jej ura­to­wać. Mama i tak ryzy­ko­wa­ła, bo z bra­tem Józe­fem pły­wa­ła w łód­ce jako ster­nik, a że nie umia­ła pły­wać, swo­je bez­pie­czeń­stwo zawie­rza­ła mu zupeł­nie. Józef rze­czy­wi­ście był bar­dzo opie­kuń­czy. Będąc mło­dym chłop­cem na widok psa pędzą­ce­go z pia­ną na pysku, nie mając innej moż­li­wo­ści uciecz­ki, prze­rzu­cił Hele­nę (tyl­ko o dwa lata młod­szą od sie­bie) przez mur, przy któ­rym bie­gła ścież­ka i sam wysko­czył na mur w oba­wie, że pies jest wście­kły. Na szczę­ście oka­za­ło się, że pies zjadł żabę, stąd ta pia­na, a Hele­na nie­co się podra­pa­ła spa­da­jąc w krza­ki. Gdy Marian jako dora­sta­ją­cy chło­pak ze swo­im przy­ja­cie­lem Kaz­kiem zaczął cho­dzić na pla­żę, Mamu­sia była temu prze­ciw­na. Kazek, świet­ny rysow­nik, potem archi­tekt, zro­bił zabaw­ną, a bar­dzo podob­ną kary­ka­tu­rę Maria­na wcho­dzą­ce­go do balii z podpisem:

Nie bój się, Mateń­ko, nie pój­dę na plażę,
słu­cham już twej rady i do balii włażę.
Lecz mama z pew­no­ścią o tem nie zamarzy,
że łatwiej uto­nąć w balii niż na plaży.

Nie bar­dzo to było smacz­ne, ale Kazek był miłym i ser­decz­nym chłop­cem, jakoś przy­schło. Dla nas, dzie­ci, rze­czy­wi­ście wysta­wia­no na taras balię z wodą i mogli­śmy się chla­pać do woli, bo na tym domo­wym tara­sie było tak gorą­co w słoń­cu, jak na roz­pa­lo­nej bla­sze. Potem Józek zapi­sał się do towa­rzy­stwa gim­na­stycz­ne­go „Sokół”, jeź­dził kon­no, polo­wał. Stąd miał dużo róż­nych przy­gód oprócz tego nie­for­tun­ne­go sko­ku do Wisły. Kie­dyś w cza­sie polo­wa­nia jeden z uczest­ni­ków wpa­ko­wał w nie­go przez pomył­kę cały nabój śru­tu, na szczę­ście nie był to strzał śmier­tel­ny. Czuł przy­jem­ność w poko­ny­wa­niu trud­no­ści, spe­cjal­nie lubił naro­wi­ste konie.

Potra­fił grać na każ­dym instru­men­cie, naj­le­piej na skrzyp­cach. Był uta­len­to­wa­nym archi­tek­tem, łatwo zyski­wał ludz­ką życz­li­wość, więc wkrót­ce po roz­po­czę­ciu samo­dziel­nej pra­cy stał się dobrze sytu­owa­nym czło­wie­kiem (wyżej zazna­czy­łam, że po śmier­ci dzia­dzia Fran­cisz­ka, finan­se bab­ci nie sta­ły świetnie.)

Józef i Anna Wil­czyń­scy. Zdję­cie pod­pi­sa­ne przez autor­kę Książ­ki Bab­ci, Kry­sty­nę Kramarską-Anyszek.
Józef i Anna Wil­czyń­scy. Zdję­cie pod­pi­sa­ne przez autor­kę Książ­ki Bab­ci, Kry­sty­nę Kramarską-Anyszek.

W wie­ku lat dwu­dzie­stu pię­ciu oże­nił się z cio­tecz­ną sio­strą swo­jej mat­ki (bab­ki Anto­ni­ny) czy­li ponie­kąd swo­ją ciot­ką, nie­zwy­kle uro­dzi­wą bru­net­ką (sam był blon­dy­nem) i oto­czył ją dobro­by­tem. Rodzi­nę wpro­wa­dził do domu Wil­czyń­skich (wcze­śniej zazna­czy­łam, że według pro­jek­tu dzia­dzia każ­de dziec­ko mało mieć wła­sny dom, zbu­do­wa­ny przez ojca. Gdy zacho­ro­wał, miał dopie­ro lat 56 i domy dla dwoj­ga, pro­jekt wyda­wał się cał­kiem real­ny). Dom stał przy ul. Emaus, tam, gdzie teraz mie­ści się „Cari­tas” dla nie­do­ro­zwi­nię­tych chłop­ców. Mię­dzy okna­mi od stro­ny wałów Ruda­wy jest z cegieł uło­żo­ny napis „Wil­czyń­ski”. Potem Józef pobu­do­wał się naprze­ciw rodzin­ne­go domu przy ul. Sena­tor­skiej pod nr 17 i na pierw­szym pię­trze zamiesz­kał z rodzi­ną w pięk­nym miesz­ka­niu. W ogro­dzie trzy­mał oswo­jo­ną sar­nę, w dużej klat­ce orła, po podwór­ku spa­ce­ro­wa­ły pawie.

Wujek Józek i cio­cia Anna z Mag­dziń­skich mie­li pię­cio­ro dzie­ci: Maria­na, Hanecz­kę, Zosię, Zyg­mun­ta czy­li Mund­ka, i Lucy­nę. Ale życie rodzin­ne dziw­nie im się nie uło­ży­ło i wła­ści­wie wujek był nie­szczę­śli­wym czło­wie­kiem, co przy­spa­rza­ło dużo zgry­zot mat­ce (bab­ce Anto­ni­nie), dla któ­rej był zawsze bar­dzo kocha­ją­cym synem. Sta­rzy ludzie wie­rzy­li w prze­sąd, że mał­żeń­stwo z krew­ną nie wró­ży nic dobre­go, a w tym wypad­ku z powo­du bli­sko­ści pokre­wień­stwa trze­ba było aż pozwo­le­nia papie­ża. Ale ja nie wie­rzę w te gad­ki, bo mię­dzy cio­cią Waler­cią i wujem Pio­trem też było pokre­wień­stwo, a sta­dło było bar­dzo uda­ne (mat­ka wuja Pio­tra z domu Zadu­ra i mat­ka cio­ci Waler­ci też były cio­tecz­ny­mi sio­stra­mi i mło­dzi musie­li mieć pozwo­le­nie kurii, aż pro­boszcz się zde­ner­wo­wał, że nie mogą sobie zna­leźć innych panien, tyl­ko w rodzinie).

Maniuś i Hanecz­ka Wil­czyń­scy. Dzie­ci Józe­fa Wil­czyń­skie­go i Anny Mag­dziń­skiej. Zdję­cie pod­pi­sa­ne przez autor­kę Książ­ki Bab­ci, Kry­sty­nę Kramarską-Anyszek.

Wujo­stwo Józe­fo­wie prze­ży­li wiel­ki ból, gdy w cią­gu jed­ne­go roku 1924 stra­ci­li dwo­je doro­słych dzie­ci: szes­na­sto­let­nią Hanecz­kę, uta­len­to­wa­ną pia­nist­kę, któ­ra wła­śnie mia­ła jechać na sty­pen­dium do Wied­nia i zazię­biw­szy się na popi­so­wym kon­cer­cie zmar­ła na zapa­le­nie opłuc­nej w mar­cu 1924 i osiem­na­sto­let­nie­go Maria­na, ucznia szko­ły śred­niej, któ­ry po spóź­nio­nej ope­ra­cji śle­pej kisz­ki zgasł na zapa­le­nie otrzew­nej. Po tym cio­sie ciot­ka nie potra­fi­ła się nigdy podźwi­gnąć. Odsu­nę­ła się od wszyst­kie­go; dla niej pozo­stał tyl­ko cmen­tarz i kościół. Dzieć­mi zaję­ły się jej dwie sio­stry, Józe­fa i Anto­ni­na Magdzińskie.

Mąż, zna­czy wujek Józek, prze­pro­wa­dził się do osob­nych pokoi, wła­ści­wie dom jako ogni­sko rodzin­ne prze­stał ist­nieć. Każ­de świę­ta Boże­go Naro­dze­nia, rodzin­ne świę­ta, zaognia­ły nigdy nie zaskle­pio­ną ranę. Prze­rwa­ły się kon­tak­ty z ciot­ką i jej dzieć­mi, cho­ciaż uczu­cia wuja pozo­sta­ły nie­zmien­ne; zawsze bar­dzo kochał swo­ją rodzi­nę; dobrze, że w tym osa­mot­nie­niu zna­lazł opar­cie w mat­ce i rodzeństwie.

Wuj dużo pra­co­wał spo­łecz­nie, był sta­le czyn­ny w Radzie Miej­skiej, w Sądzie Przy­się­głych, w Radzie Opie­ki nad Kop­cem Kościusz­ki, nale­żał do wie­lu komi­te­tów. Sza­cu­nek ludz­ki wszę­dzie mu towa­rzy­szył, na licz­nych doku­men­tach moż­na zna­leźć jego pod­pis. Był rów­nież rze­czo­znaw­cą w spra­wach budow­la­nych. Budo­wał bar­dzo dużo. Nie potra­fię wyli­czyć wszyst­kich obiek­tów wznie­sio­nych przez wuj­cia Józia w Kra­ko­wie i na pro­win­cji, zali­cza się do nich wie­le wil­li na Sal­wa­to­rze, na Zwie­rzyń­cu, pra­wie cała ul. B. Pru­sa. Moż­na by w archi­wum miej­skim przej­rzeć pla­ny, ale na to trze­ba czasu.

Mia­sto Kra­ków: gmin­na ewi­den­cja zabytków:

https://www.bip.krakow.pl/?dok_id=57315

W chwi­lach odprę­że­nia lubił prze­by­wać wśród mło­dzie­ży, był dow­cip­ny i hoj­ny. Gdy brat Ste­fan jako kil­ku­na­sto­let­ni chło­piec zało­żył klub spor­to­wy „Orzeł”, wuj ogło­sił się jego patro­nem i czę­sto się­gał do kie­sze­ni, aby klu­bo­wi uzu­peł­nić braki.

Dowo­dem łatwo­ści współ­ży­cia z ludź­mi była duża, a nie­wia­do­ma licz­ba chrze­śnia­ków. Od cza­su do cza­su zja­wiał się ktoś zupeł­nie nie­zna­ny i metry­ką udo­wad­niał, że inż. Józef Wil­czyń­ski jest jego chrzest­nym ojcem. Oczy­wi­ście taka wizy­ta zawsze wuj­ka nie­co kosz­to­wa­ła. Przez dłu­gie lata trzy­mał konie do wyjaz­du. Czę­sto strach było nam nimi jechać, bo wystar­czy­ło na wiej­skiej dro­dze, aby dziec­ko znie­nac­ka wysta­wi­ło gło­wę zza pło­tu, konie sta­wa­ły dęba, że woź­ni­ca kładł się na koź­le, aby zaha­mo­wać i zaosz­czę­dzić nam lądo­wa­nia w rowie przy­droż­nym. Kie­dyś kupił becz­kę wina u o.o. Kame­du­łów na Bie­la­nach i wła­do­wał do brycz­ki. Pło­chli­wy koń prze­ra­żo­ny odgło­sem pod­ska­ku­ją­cej becz­ki w takim pędzie zje­chał z bie­lań­skiej góry, że poła­mał sobie nogi i trze­ba było go zastrzelić.

Z cza­sem tem­pe­ra­ment wuja zma­lał, zaczął cho­ro­wać na ser­ce, nie chciał się pod­dać cho­ro­bie. Po śmier­ci żony Anny (±1938) oże­nił się dru­gi raz ze Sta­ni­sła­wą Gór­ską, zna­ną wam ciot­ką Sta­sią, i wyje­cha­li do Mie­cho­wa, aby tam uło­żyć sobie życie. Z Mie­cho­wa kie­dyś, kie­dyś, wywo­dzi­ła się rodzi­na Wil­czyń­skich. W papie­rach nor­ber­tań­skich Wil­czyń­scy zamiesz­ka­li na Pół­w­siu Zwie­rzy­niec­kim figu­ru­ją już w koń­cu XVII w.

Wkro­cze­nie Niem­ców do Pol­ski w r. 1939, i to tak dale­ko w głąb kra­ju, uwa­żał za coś nie­sły­cha­ne­go. Sta­rał się przy­sto­so­wać do warun­ków oku­pa­cyj­nych, ale ser­ce było już zbyt spra­co­wa­ne i prze­sta­ło bić 22.II.1942 r.. Syn Zyg­munt spro­wa­dził cia­ło ojca do gro­bu rodzin­ne­go na cmen­ta­rzu sal­wa­tor­skim. Cór­ki wuja Józe­fa i cio­ci Anny: Zofia z Wil­czyń­skich Micho­rec­ka i Lucy­na Babul­ska miesz­ka­ją w Kra­ko­wie, Zyg­munt prze­niósł się do Warszawy.

Dru­gi brat mamy, Kazi­mierz (na okład­ce Książ­ki Bab­ci w pierw­szym rzę­dzie, w środ­ku), żył wła­ści­wie w cie­niu star­sze­go bra­ta. Ojciec osie­ro­cił go w wie­ku lat dzie­się­ciu, brat wkrót­ce potem oże­nił się; Kazi­mierz cho­wał się wśród samych kobiet. Pierw­sza woj­na świa­to­wa skom­pli­ko­wa­ła mu życie. Star­szy brat i szwa­gro­wie t.zn. mój ojciec i wuj Piotr mie­li wte­dy powy­żej trzy­dzie­stu lat, to byli ludzie doj­rza­li, któ­rzy potra­fi­li wytwo­rzyć jakąś samo­obro­nę, mie­li pewien hart, a i tak ta wiel­ka zawie­ru­cha odbi­ła się na ich póź­niej­szym życiu. Dla Kazi­mie­rza, mło­de­go i nie­śmia­łe­go chłop­ca, wcie­le­nie do woju­ją­cej armii musia­ło być strasz­li­wym prze­ży­ciem. Nie miał żad­nej cechy potrzeb­nej do wojacz­ki, ani spry­tu, ani tupe­tu, ani zuchwal­stwa. Wte­dy w bitwie na roz­kaz pój­ścia do ata­ku, żoł­nie­rze pod­nie­ce­ni wód­ką rusza­li z bagne­ta­mi nało­żo­ny­mi na kara­bi­ny i powin­ni byli ten bagnet z zim­ną krwią wpa­ko­wać w cia­ło prze­ciw­ni­ka, czło­wie­ka, któ­ry nic im nie zawi­nił, oprócz tego, że słu­żył w innej armii, a nie­raz był tak samo Pola­kiem, tyl­ko z inne­go zabo­ru. Na samą myśl do tej pory prze­cho­dzą po mnie dresz­cze i sądzę, że żoł­nie­rze mogli to robić albo w z a m r o c z e n i u alko­ho­lo­wym, albo z okrop­ne­go stra­chu o swo­je życie sta­wa­li się „boha­te­ra­mi”. Pisząc to powo­du­ję się nie samą wyobraź­nią, ale sło­wa­mi ojca, któ­ry powie­dział, że na woj­nie nie było wstręt­niej­szej rze­czy jak roz­kaz „na bagnety”.

Mama, jako naj­ener­gicz­niej­sza z osa­mot­nio­nych kobiet jeź­dzi­ła śla­dem bra­ta. Gdzieś koło Nowe­go Iczy­na w Cze­chach zna­la­zła go w szpi­ta­lu. Na szczę­ście dla wszyst­kich woj­na się skoń­czy­ła, mógł wró­cić do prze­rwa­nej nauki. Mimo zda­nych egza­mi­nów nigdy nie był samo­dziel­nym przed­się­bior­cą budow­la­nym. Jakiś czas pra­co­wał na pro­win­cji przy odbu­do­wie Gali­cji, potem jako pod­wład­ny swe­go bra­ta. Bar­dzo cicho prze­szedł przez życie, a żył tyl­ko 38 lat. Był wyso­ki i przy­stoj­ny, co moż­na powie­dzieć o wszyst­kich z rodu Wil­czyń­skich kobie­tach i męż­czy­znach. Nie przy­po­mi­nam sobie Wil­czyń­skie­go o niskim wzro­ście. Oże­nił się z Wik­to­rią Gąsłow­ską i to było dru­gie wese­le, któ­re pamię­tam z dzie­ciń­stwa. Odby­wa­ło się rów­nież w naszym miesz­ka­niu, bo u rodzi­ców ciot­ki było zbyt mało miej­sca, a bab­cia też wte­dy mie­ści­ła się już tyl­ko w poko­ju z kuch­nią. Cio­cia Wisia, dru­ga bra­to­wa mojej mamy, w prze­ci­wień­stwie do pierw­szej, była blon­dyn­ką, na odmia­nę wujek Kazek miał ciem­ne wło­sy. Ona i sio­stra mamy Jani­na pra­co­wa­ły przed ślu­bem w biu­rze, jako jedy­ne kobie­ty tej gene­ra­cji w naszej rodzi­nie. Kazi­mie­rzo­wie mie­li tyl­ko jed­no dziec­ko: cór­kę Ire­nę. W wie­ku lat sze­ściu stra­ci­ła ojca, wkrót­ce jako dziew­czyn­ka zosta­ła zupeł­ną sie­ro­tą. Gdy się uro­dzi­ła, ja mia­łam już pięt­na­ście lat i jesz­cze lubi­łam bawić się lal­ka­mi. Czę­sto zbie­ga­łam na par­ter do wujo­stwa, aby zamiast lal­ką nacie­szyć się małą Irką.