Per­trak­ta­cje o zamia­nę miesz­ka­nia trwa­ły cią­gle. Wła­ści­wie mogła ona nastą­pić wcze­śniej, ale musie­li­by­śmy się prze­pro­wa­dzić na Rynek Pod­gór­ski. Sta­now­czo się temu opar­łam. Nie po to prze­nie­śli­śmy się do Kra­ko­wa, aby miesz­kać po dru­giej stro­nie Wisły, tam dla mnie nie Kra­ków. Jachur sta­rał się uzy­skać tę zamia­nę dro­gą urzę­do­wą. Dys­po­no­wał odpo­wied­nią ilo­ścią osób mogą­cą zalud­nić dużo więk­szą powierzch­nię, niż przez nas posia­da­ną. Gdy zda­wa­ło się, że wszyst­ko jest na naj­lep­szej dro­dze, przy­rze­czo­ne dla nas miesz­ka­nie przy al. Sło­wac­kie­go, co do któ­re­go Jachur otrzy­mał zapew­nie­nie, a nawet ofi­cer­skie sło­wo hono­ru jed­ne­go z urzęd­ni­ków, zajął samo­wol­nie inny lekarz z małą rodzi­ną, a w urzę­dzie orze­kli, że sko­ro już się wpro­wa­dził, to niech miesz­ka. Na takie bez­pra­wie Jachur zupeł­nie się zała­mał. Nie widzia­łam go nigdy tak roz­cza­ro­wa­ne­go. Musia­łam pod­trzy­my­wać go na duchu, że jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne, Kra­ków jest duży, więc i dla nas star­czy w nim miej­sca. Pro­si­łam go, aby zaj­mo­wał się tyl­ko pacjen­ta­mi, a mnie zosta­wił spra­wę zamia­ny. Jakoś gnie­tli­śmy się, a taka była cia­sno­ta, że Jola, chcąc sią nagle odwró­cić, zła­ma­ła sobie piętę.

Nawet Piotr, cho­ciaż dziec­ko, zda­wał sobie spra­wę z nie­do­god­no­ści tego ści­sku. W zada­niu szkol­nym na temat „Jak spę­dzi­łeś świę­ta” napi­sał: Żad­ni goście na szczę­ście do nas nie przy­je­cha­li. A prze­cież daw­niej się cie­szy­li na przy­by­cie gości, tym bar­dziej, że ci obda­ro­wy­wa­li ich upo­min­ka­mi przy tej okazji.

Na sku­tek spro­wa­dzo­nej przez Jachu­ra komi­sji z Sane­pi­du, Wydział Zdro­wia przy­znał mu na gabi­net lekar­ski gar­so­nie­rę przy ul. Rydla, jako że u nas pano­wa­ły warun­ki anty­sa­ni­tar­ne, gdy gabi­net miał połą­czo­ne funk­cje. Odle­głość od gar­so­nie­ry wyno­si­ła dwa przy­stan­ki tram­wa­jo­we. Gdy­bym i to miesz­ka­nie włą­czy­ła w swo­je obo­wiąz­ki, nie zmie­ści­ła­bym się w cza­sie, i tak musia­łam się tro­ić. Wobec tego w gar­so­nie­rze zamiesz­ka­ły Mary­na i Fifi­na, w ten spo­sób zro­bi­ło się tro­chę lepiej. I tak cały dzień były na zaję­ciach, w domu spo­ży­wa­ły posił­ki, a potem wsia­da­ły w tram­waj i noc spę­dza­ły na Rydla. Gar­so­nie­ra była przy­jem­nym pomiesz­cze­niem, nawet mia­ła kominek.

reklama

Zda­rzy­ło się w tym cza­sie, że z kolei Piotr wyka­zał swo­ją zarad­ność, jak poprzed­nio Ewa, Mary­na i Jola, tyl­ko dla Kryś­ki nie zda­rzy­ła się oka­zja, była zawsze naj­młod­szą (z córek), jak sio­stry mówi­ły „księż­nicz­ką”. Otóż pew­ne­go dnia mia­łam bar­dzo wyso­ką gorącz­kę i led­wo patrzy­łam na oczy. Nikt z domow­ni­ków nie mógł zostać ze mną, aku­rat wszy­scy mie­li coś waż­ne­go w pla­nach tego dnia, więc ura­dzo­no, że naj­mniej­szą stra­tę z nie­obec­no­ści w szko­le ponie­sie Piotr i on został w domu. Leża­łam zupeł­nie obłoż­nie, pra­wie nie­sły­szą­ca i nie­wi­dzą­ca. W pew­nym momen­cie sły­szę, że Piotr nama­wia mnie do zje­dze­nia zupy, któ­rą ugo­to­wał z toreb­ki, bo już umiał prze­czy­tać, potem zapro­po­no­wał mi dru­gie danie w posta­ci budy­niu. Nikt mu nie kazał goto­wać, to była jego ini­cja­ty­wa. Piotr potem był zuchem i har­ce­rzem i bar­dzo dobrze gotuje.

W tym miesz­ka­niu odby­ły się jeden raz imie­ni­ny Jachu­ra w 1957 r. Ścisk niko­mu nie prze­szka­dzał. Widzie­li­śmy, że goście ser­decz­nie cie­szą się z pomyśl­ne­go koń­ca naszych zabie­gów i przy­jaz­du do Kra­ko­wa. Z tego miesz­ka­nia szedł Piotr do I Komu­nii Św. w Koście­le Mat­ki Boskiej z Lour­des przy ul. Misjo­nar­skiej i Jola do Bierz­mo­wa­nia w koście­le oo Fran­cisz­ka­nów. Świad­kiem była Mary­sia Wojtowicz.

Tem­po życia więc wzra­sta­ło. Wszyst­kim nam bra­ko­wa­ło cza­su. O odpo­czyn­ku trud­no było myśleć. Jedy­nie Marian dbał o nasze kul­tu­ral­ne potrze­by i obda­rzał nas hoj­nie bile­ta­mi do teatru, tak, że my i nasze stu­dent­ki nie opu­ści­li­śmy chy­ba ani jed­ne­go spek­ta­klu. Kie­dyś byłam tak zmę­czo­na, że nie­któ­re odsło­ny prze­drze­ma­łam i widzia­łam podwój­nie oso­by wystę­pu­ją­ce. Ale w teatrze byłam. O zor­ga­ni­zo­wa­niu waka­cji nawet nie myśle­li­śmy, tacy byli­śmy zmę­cze­ni. Jed­nak zda­rzy­ła się oka­zja. Odwie­dził nas wycho­waw­ca Ewy, prof. Czar­nec­ki, nasz wier­ny przy­ja­ciel, któ­ry w mię­dzy­cza­sie został dyrek­to­rem gim­na­zjum w Szcze­ko­ci­nach. Szko­ła mie­ści­ła się w prze­pięk­nym pała­cu, oto­czo­nym par­kiem, przez któ­ry pły­nie Pili­ca. W skrzy­dłach pała­cu na okres waka­cji zain­sta­lo­wa­na była kolo­nia. Pro­fe­sor szyb­ko zapla­no­wał i zre­ali­zo­wał. Do jed­nej z sal kazał wsta­wić łóż­ka, a obia­dy zamó­wił na kolo­nii. Stwo­rzył nam świet­ne warun­ki do odpo­czyn­ku. Waka­cje upły­nę­ły nam przy­jem­nie, jedy­nie bied­na Mary­na musia­ła wcze­śniej wra­cać do Kra­ko­wa, bo zro­bił jej się zastrzał na pal­cu i trze­ba było operować.

W jesie­ni, dzię­ki pomy­sło­wi Maria­na, (mój „duży” brat) weszłam w kon­takt z pry­wat­nym biu­rem zamia­ny miesz­kań. Dosta­łam całą listę adre­sów. Cho­dzi­łam oglą­dać, nawet kil­ka razy zaczy­na­łam per­trak­ta­cje. Wresz­cie tra­fi­łam na odpo­wied­nie lokum. Jachur z Wojt­kiem (jako spe­cem od wyszu­ki­wa­nia uste­rek) prze­pro­wa­dzi­li dokład­ny wywiad i wyra­zi­li zgo­dę: ul. Sie­mi­radz­kie­go 17/4. Z wła­ści­ciel­ką szyb­ko doszli­śmy do poro­zu­mie­nia pro­po­nu­jąc jej w zamian miesz­ka­nie trzy­po­ko­jo­we, kom­fo­ro­we przy ul. Gal­la i super­kom­for­to­wą gar­so­nie­rę przy ul. Rydla. Trze­ba było jesz­cze, nie­ste­ty, zgo­dy Urzę­du Miesz­ka­nio­we­go, a ten zaczął bruź­dzić i wymie­nio­ną gar­so­nie­rę bez naszej wie­dzy przy­znał jakiejś czte­ro­oso­bo­wej rodzi­nie. Spra­wa poszła do sądu. Po naszej stro­nie sta­nął Wydział Zdro­wia, jako, że gar­so­nie­ra leża­ła w jego gestii. Po dwóch roz­pra­wach, mnó­stwie inter­wen­cji, byłam nawet na audien­cji u „ojca mia­sta”, wygra­li­śmy, ale trwa­ło to kil­ka mie­się­cy i dużo ner­wów na to poszło.

Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek. Książ­ka Bab­ci. Na Siemiradzkiego.

14 czerw­ca 1958 prze­pro­wa­dzi­li­śmy się na Sie­mi­radz­kie­go. Poma­ga­li nam Maria­no­wie, duże dziew­czyn­ki i Rysiek, a prze­wo­ził kole­ga Jachu­ra Zyg­munt Grzy­wa, po przy­ja­ciel­sku. Naj­le­piej bawił się Piotr jeż­dżąc przez pół dnia tam i z powro­tem, raz z naszy­mi mebla­mi, a potem zno­wu z mebla­mi tam­tej pani. Gdy brud­na i zmę­czo­na o godz. dru­giej po połu­dniu sta­nę­łam wresz­cie na swo­ich śmie­ciach (dosłow­nie), nie­za­wod­ny Marian powi­tał mnie z kwia­ta­mi jak try­um­fa­tor­kę. Miesz­ka­nie wyglą­da­ło okrop­nie, do tego stop­nia, że Jachu­ro­wi wyrwa­ła się skar­ga: żału­ję, że się prze­pro­wa­dzi­łem, a prze­cież tak bar­dzo dąży­li­śmy do tego. Remont wyma­gał udzia­łu rze­mieśl­ni­ków z aż jede­na­stu branż. Dosłow­nie wszyst­ko trze­ba było naprawiać.

Otwar­cie nasze­go świa­to­we­go życia nastą­pi­ło w dzie­sięć dni po prze­pro­wadz­ce, wła­śnie jak zdun zaczął prze­sta­wiać pie­ce. Ale były to imie­ni­ny Jachu­ra, czy­li tak, jak cesar­skie, musia­ły się odbyć, bo rodzi­na nie zgo­dzi­ła się na przej­ście nad nimi po cichu. Jachur bar­dzo moc­no wrósł w rodzi­nę Kra­mar­skich. Wpraw­dzie moje mał­żeń­stwo trwa­ło dopie­ro 23 lata, ale jego szwa­gro­wie zna­li go już lat 33. Prze­cież nale­ża­ło uczcić suk­ces zdo­by­cia, napraw­dę zdo­by­cia, prze­strze­ni życio­wej. Wśród sadzy, cegieł, wia­der z gli­ną itp. wzno­si­li­śmy zdro­wie gospo­da­rza i uczci­li jego starania.

Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek. Książ­ka Bab­ci. Na Siemiradzkiego.

Remont trwał nie­mal pół roku, nie będę tego opi­sy­wać, bo chy­ba nie potra­fi­ła­bym. Było i tak, że spa­li­śmy w miesz­ka­niu pozba­wio­nym drzwi roz­dzie­liw­szy mię­dzy sie­bie dyżu­ry. Goto­we i posprzą­ta­ne było dopie­ro na 1 listo­pa­da. Oczy­wi­ście musia­ła być prze­rwa na waka­cje, bo w tym okrop­nym zamę­cie trud­no było wytrzy­mać. Inni domow­ni­cy mie­li cho­ciaż swo­bo­dę wycho­dze­nia z domu, ja byłam jak przy­pi­sa­na do gle­by, a rów­no­cze­śnie musia­łam pamię­tać, gdzie w razie potrze­by szu­kać danej rze­czy, w któ­rym toboł­ku. Obia­dy dzie­ci nosi­ły mi z baru, a że było to w sezo­nie wiśnio­wym, więc pra­wie codzien­nie pie­ro­gi z wiśnia­mi i nie znu­dzi­ły mi się, zawsze chęt­nie je zjadam.

Na waka­cje wyje­cha­li­śmy do leśni­czów­ki w Bystrej Pod­ha­lań­skiej całą rodzi­ną w kom­ple­cie, aby choć na chwi­lę unik­nąć wido­ku tego bała­ga­nu. Po powro­cie dal­szy ciąg remon­tu. Na tym tle usi­ło­wa­nie pro­wa­dze­nia osia­dłe­go życia, a była już naj­wyż­sza pora. Ewa robi­ła dyplom i potrze­bo­wa­ła dużo miej­sca na roz­kła­da­nie rysun­ków roz­ma­itej wiel­ko­ści, a przy tym ze wzglę­du na ogrom pra­cy w nie wło­żo­nej musia­ły to być miej­sca bez­piecz­ne. Jed­na plan­sza mia­ła takie roz­mia­ry, że jak Ewa z Mary­ną nio­sły ją na Poli­tech­ni­kę, widać im było tyl­ko nogi, jak­by plan­sza sama szła.

Od wrze­śnia Mary­na była na trze­cim roku medy­cy­ny, Jola prze­szła do liceum J. Jotey­ki na Pod­wa­le 7, tam, gdzie kie­dyś było semi­na­rium mojej sio­stry, Kryś­ka była w szó­stej, a Piotr w trze­ciej kla­sie. Jachur wresz­cie otrzy­mał pokój na gabi­net, każ­dy miał swój kąt i dru­gie­mu nie wcho­dził w dro­gę, każ­da rzecz znaj­do­wa­ła się na wła­ści­wym miej­scu, skoń­czy­ło się wiecz­ne szu­ka­nie. Loka­to­ra­mi naszy­mi była ciot­ka Sta­sia, któ­ra pro­si­ła o odstą­pie­nie jej służ­bów­ki. Bar­dzo jej na tym zale­ża­ło, mia­ła już dość kąto­wa­nia u obcych ludzi, zapra­gnę­ła mieć wła­sne okno i wła­sne drzwi, nie prze­ra­ża­ło jej nawet to, że w służ­bów­ce nie było pieca.
W poko­ju Ewy i Mary­ny zain­sta­lo­wa­ła się Fifi­na na razie, aż do zna­le­zie­nia wła­sne­go poko­ju. Przy­by­ło mi wpraw­dzie pra­cy przy sprzą­ta­niu, ale jak­że byłam zado­wo­lo­na widząc pogod­ne twa­rze wszyst­kich domow­ni­ków. Skoń­czy­ły się lata tłu­ste, prze­szły lata chu­de i zaczę­ły się zwyczajne.

Tyl­ko Jachur jesz­cze nie uchwy­cił nor­ma­le­go try­bu, bo nie mógł uzgod­nić godzin pra­cy z porą obia­du i dzie­ci nosi­ły mu obia­dy do przy­chod­ni na Plac Sikor­skie­go. Nie było to odpo­wied­nie jedze­nie dla tak inten­syw­nie pra­cu­ją­ce­go czło­wie­ka. Mary­na, jako już pół lekarz pro­te­sto­wa­ła prze­ciw tak nie­hi­gie­nicz­ne­mu odży­wia­niu i bun­to­wa­ła mnie, abym się nie zga­dza­ła i bym prze­ła­ma­ła opór nasze­go „Kozio­ron­ka” i już lepiej pokłó­ci­ła się z nim tro­chę, żeby tyl­ko ustą­pił. Wresz­cie posta­wi­ły­śmy na swoim.

Pies był z nami bar­dzo krót­ko. Wśród tego bała­ga­nu remon­to­we­go, gru­zów, dru­tów i roz­bi­tych szyb nie mógł zro­zu­mieć, dla­cze­go od nie­go wła­śnie wyma­ga­my porząd­ku. Zaś znaw­cy orze­kli, że jest on z ras wiel­kich psów. W sie­ro­ciń­cu potrze­ba było psa jako stró­ża, więc odda­li­śmy go tam. Na pew­no wśród dzie­ci dobrze się czuje.
Wkrót­ce unor­mo­wał się tryb nasze­go życia, do dobre­go łatwo się przy­zwy­cza­ić. Po roku mia­łam wresz­cie docho­dzą­cą pomoc i czę­ściej mogłam czuć się panią. Dzie­ci poza­wie­ra­ły przy­jaź­nie, przy­cho­dzi­ły do nich kole­żan­ki i kole­dzy, do dużych duzi, do małych mali, dom był cią­gle pełen mło­dzie­ży. Z nauką nie mia­ły trudności.
Kry­sty­na i Piotr zaczę­li brać lek­cje gry na for­te­pia­nie. Mama czy­li ja pozna­ła nowe człon­ki­nie Komi­te­tu Rodzi­ciel­skie­go, bo jako nie­pra­cu­ją­ca zawo­do­wo byłam nie­ja­ko wyty­po­wa­na do tej pra­cy, rów­no­cze­śnie w trzech szko­łach, na szczę­ście u Ewy i u Mary­ny już odro­bi­łam swo­je. Dzie­ci nie robi­ły eks­ce­sów, nie bała­ga­ni­ły w miesz­ka­niu. Lubi­ły czy­tać. Piotr dostał w szko­le pierw­szą nagro­dę za czy­tel­nic­two. Otrzy­mał rów­nież nagro­dę za rysu­nek na asfal­cie. Kon­kurs odby­wał się na pl. Bisku­pim. Poza tym obo­je z Kryś­ką bra­li udział w pocho­dzie książ­ki. Kryś­ka jako Coset­te z Wik­to­ra Hugo, Piotr niósł na ramie­niu swo­je­go ulu­bio­ne­go misia z napi­sem Kubuś Pucha­tek. Takie­go misia żad­ne z dzie­ci jesz­cze nie widzia­ło. Wzbu­dził ogól­ny podziw, nawet tram­wa­jarz pytał się, czy nie nale­ży za takie­go pasa­że­ra pła­cić biletu?

W Ponie­dzia­łek Wiel­ka­noc­ny nale­ża­ło dzie­ciom poka­zać Emaus. Cała rodzi­na wybra­ła się naocz­nie zoba­czyć to, o czym dotąd opo­wia­da­ła mama. Jachur kupił Pio­tro­wi kor­ki do pisto­le­tu, na szczę­ście on, a nie ja. Chło­pak nie mógł docze­kać się, kie­dy strze­li, a my nie pozwa­la­li­śmy z oba­wy, że znisz­czy komuś poń­czo­chy i nara­zi nas na nie­przy­jem­ność. Wresz­cie na wol­nej prze­strze­ni pod cmen­ta­rzem Piotr wystrze­lił, raz, a dobrze. Proch z kor­ka roze­rwał mu rękę. Resz­tę dnia spę­dził z ojcem na pogo­to­wiu, a potem cho­ro­wał na cho­ro­bę posu­ro­wi­czą. Pamięt­ny był to Emaus.

Piotr miał już dzie­więć lat, a wie­czo­rem dobrze się czuł w towa­rzy­stwie misia Beni­ty, któ­re­go nawet ubie­rał w piża­mę i obok sie­bie ukła­dał do spa­nia. Pierw­szy mie­siąc waka­cji w r 1959 spę­dzi­łam z młod­szy­mi w Szy­ku u kuzyn­ki Zofii Paw­łow­skiej, któ­ra była tam kie­row­nicz­ką szko­ły. Stąd przy­wio­zły dzie­ci nowe­go loka­to­ra malut­kie­go kot­ka. Jachur lubi koty, więc zaapro­bo­wał. Na dru­gi mie­siąc wszy­scy poje­cha­li­śmy do Szcze­ko­cin i to były ostat­nie waka­cje spę­dzo­ne wspól­nie: rodzi­ce, dzie­ci i kot. Potem już ina­czej pla­no­wa­li­śmy waka­cyj­ny odpo­czy­nek, aby i mło­dzi mie­li roz­ryw­ki odpo­wied­nie do wie­ku. Cie­ka­wost­ką z tych waka­cji jest nasze wyży­wie­nie przy­go­to­wy­wa­ne przez byłe­go kucha­rza okrę­to­we­go. Goto­wał nie­zmier­nie tłu­sto, ilość kalo­rii jak dla mary­na­rzy, a gościom pana dyrek­to­ra tym bar­dziej nie żało­wał oma­sty. Patrząc na zupę nikt nie odgadł­by, z cze­go jest przy­rzą­dzo­na, bo pokry­wa­ła ją gru­ba war­stwa tłusz­czu. Ale nasze spryt­ne dzie­ci wymy­śli­ły na to spo­sób: przy­no­si­ły zupę w dużej bań­ce i zręcz­nie wyko­ny­wa­ły moc­ny chlust, na sku­tek któ­re­go tłuszcz wyle­wał się w krza­ki; myślę, że przy­czy­ni­li­śmy się nie­li­cho do użyź­nie­nia zie­mi w szcze­ko­ciń­skim ogrodzie.

W jesie­ni zaczę­ły się kło­po­ty. Ciot­ka podej­rza­na o nowo­twór zna­la­zła się w szpi­ta­lu, Piotr zacho­ro­wał na cięż­ką odrę, a w tym samym cza­sie zacho­ro­wał tak­że jego ulu­bio­ny kotek. Mimo wizy­ty u wete­ry­na­rza i pie­lę­gna­cji kot zdechł. Przed Pio­trem trzy­ma­li­śmy to w tajem­ni­cy, a zwło­ki kota odda­ła Mary­na do pra­cow­ni, gdzie pre­pa­ru­ją zwie­rzę­ta jako pomo­ce nauko­we dla szkół. Gdy zdro­wie­ją­cy Piotr dowie­dział się o tym, wyra­ził życze­nie, aby szkie­let kota stał u nas na sza­fie, na co oczy­wi­ście nie mogli­śmy się zgo­dzić. Dobrze, że dał sobie to wytłu­ma­czyć. Wkrót­ce przy­nie­śli zno­wu jakie­goś kota przy­błę­dę. W paź­dzier­ni­ku ciot­ka prze­ży­ła cięż­ką ope­ra­cję, dzię­ki Bogu nie był to nowotwór.

W listo­pa­dzie Ewa obro­ni­ła pra­cę. Jako mgr inży­nier archi­tekt sta­ła się doj­rza­łym człon­kiem spo­łe­czeń­stwa i oznaj­mi­ła nam, że wycho­dzi za mąż.

Na tym chy­ba skoń­czę tę moją gawę­dę. Dopó­ki dzie­ci były małe, musia­ły pod­po­rząd­ko­wy­wać się naszej woli. Czy robi­ły to chęt­nie, nie wiem, w każ­dym razie nigdy nie zacho­wy­wa­ły się krnąbr­nie i nie odczu­łam, aby nas lek­ce­wa­żo­no. Sta­ra­łam się naśla­do­wać moją mamę, któ­rej postę­po­wa­nie w sto­sun­ku do nas dzie­ci bar­dzo mi się podo­ba­ło. Nie była to ani dyk­ta­tu­ra rodzi­ców, ani cho­wa­nie nas pod klo­szem, chcie­li­śmy, aby umia­ły wybie­rać, kogo nale­ży naśla­do­wać i oce­niać słusz­nie swo­je postę­po­wa­nie. Może jestem nie­co sta­ro­świec­ka. Gdy star­sze poszły na stu­dia, z ich opo­wia­dań wywnio­sko­wa­łam, że wie­le się zmie­ni­ło w spo­so­bie bycia mło­dych ludzi, jak­by jakiś skok, któ­ry prze­sko­czył jed­no poko­le­nie. Nie wyma­ga­łam od moich dzie­ci, by były nad­mier­nie dys­tyn­go­wa­ne i nara­zi­ły się na wyśmia­nie ze stro­ny swo­ich rówie­śni­ków, ale pro­si­łam bar­dzo, żeby nie były wul­gar­ne i chy­ba osią­gnę­łam to. Wie­le razy dały mi do zro­zu­mie­nia, że liczą się ze zda­niem rodzi­ców i chęt­nie spra­wia­ją nam przyjemność.

W związ­ku z boga­tym słow­ni­kiem mło­dzie­ży wywie­si­łam w miesz­ka­niu ogło­sze­nie, że za uży­cie „wyra­zu” pła­ci się 1 zł kary. Ciast­ka kupio­ne za uzbie­ra­ną kwo­tę będą jedli ci, co nie mówi­li wyra­zów. Podej­ście nie­co dzie­cin­ne. Śmie­chu było dużo, ale osią­gnę­ło wynik. Skrom­ne kie­szon­ko­we pręd­ko by się roze­szło, gdy­by trze­ba było pła­cić kary. Dowo­dem na to jest, że Mary­na prze­rwa­ła kie­dyś wpół sło­wa i popro­si­ła o zni­że­nie jej opła­ty do 50 gr.

Ale wróć­my jesz­cze do fak­tu, że jed­no z naszych dzie­ci sta­ło się czło­wie­kiem doro­słym. No tak. Dzie­ci rosną i muszą decy­do­wać o swo­im losie. Przy­go­to­wa­nie do ślu­bu Ewy, któ­ry był jak­że waż­nym zda­rze­niem w naszej zespo­lo­nej rodzi­nie przy­pa­dło w nie­zbyt dogod­nym cza­sie, bo my, kobie­ty, a było nas prze­cież pięć, licząc w to Kryś­kę pół dziec­ko, przez cho­ro­bę ciot­ki zosta­ły­śmy pozba­wio­ne jej igieł­ki i po raz pierw­szy musia­ły­śmy bie­gać po róż­nych spół­dziel­niach i skle­pach, aby god­nie wyglą­dać w cza­sie tej uro­czy­sto­ści. Mło­dzi zała­twi­li sobie pra­cę obo­je w jed­nej insty­tu­cji, wyna­ję­li pokój na ul. Orląt 7 i nie przej­mo­wa­li się niczym. Wyży­wie­nie mia­ło być u mamy, któ­ra przy­ję­ła jesz­cze jed­ne­go sto­łow­ni­ka. Piotr widząc, ile zacho­du wyma­ga­ją przy­go­to­wa­nia, zapy­tał mnie, dla­cze­go tyl­ko ja się tru­dzę, a mama Ryś­ka nie? Sko­ro mu wyja­śni­łam, że jestem mat­ką pan­ny mło­dej, a taki jest zwy­czaj, chwi­lę pomy­ślał, po czym zde­cy­do­wał: na moim wese­lu odpocz­niesz sobie. Miał wte­dy 10 lat.

Ślub odbył się w koście­le św. Szcze­pa­na, 27 grud­nia 1959 r. Pan­na mło­da w dwu­czę­ścio­wym kom­ple­cie z pięk­nej, bia­łej angiel­skiej weł­ny, z bukie­tem bia­łych goź­dzi­ków przy­wo­dzi­ła mi wspo­mnie­nie podob­nej chwi­li sprzed dwu­dzie­stu lat, chy­ba była tak­że nie­co prze­ra­żo­na, jak ja, jak­że histo­ria czę­sto się powta­rza. Wese­le trwa­ło cały dzień. Goście, a było oko­ło 35 osób, bawi­li się w trzech poko­jach: doro­śli, mło­dzież i dzie­ci. Zgro­ma­dzi­li się naj­bliż­si oboj­ga mło­dych. Gdy roze­szli się póź­nym wie­czo­rem i Ewa wyszła razem z nimi, odczu­łam wiel­ką pust­kę i żal, że rodzi­na się roz­dwo­iła i że obcy czło­wiek zabrał nam dotąd tyl­ko „naszą” Ewu­nię. Taki to porzą­dek rzeczy.

Zosta­ła nam prze­cież duża gro­mad­ka, a Ewa i Rysiek przy­cho­dzi­li codzien­nie na obiad. Dzie­ci rosły, sta­wa­ły się coraz bar­dziej samo­dziel­ne. Zawsze mogły liczyć na nas i na nasz ser­decz­ny udział w ich zamia­rach, nie­po­wo­dze­niach i kło­po­tach. A te ostat­nie rosły razem z dzieć­mi, według przy­sło­wia pra­ba­bek: małe dzie­ci mały kło­pot, duże dzie­ci duży kło­pot. Na pew­no bar­dziej pra­gnę­łam szczę­ścia moich dzie­ci, niż kie­dy­kol­wiek swo­je­go. Życie to bar­dzo zawi­ła dro­ży­na i nigdy się nie wie, co kry­je za następ­nym zakrę­tem. Spo­tka­ło nas wie­le róż­nych doznań, trze­ba było roz­wią­zy­wać róż­ne pro­ble­my, zaska­ki­wa­ły nie­spo­dzian­ki, prze­ży­li­śmy wię­cej, niż mie­ści­ło się w naszej wyobraź­ni, ale to nie może być tema­tem ogól­nie rozpowszechnionym.

Życzę Wam, byście na dro­dze Wasze­go życia napo­tka­ły mało wybo­jów i nie­wy­gód, by towa­rzy­szy­ła Wam ludz­ka życz­li­wość i dużo, dużo słoń­ca, aby­ście mogły uśmie­chać się do wszyst­kich i mimo wszystko.

Szczęść Wam Boże!
Wasza Bab­cia
Kry­sty­na Kra­mar­ska Anyszek
Kra­ków, 24.2.1982