Przy­ję­ty przez pana Freya tele­fon od Tere­ski był dla Kowal­czu­ków wspa­nia­łym, rado­snym wyda­rze­niem i Józ­ka zaraz pobie­gła do Wik­ty, żeby powie­dzieć i wspól­nie nacie­szyć się wiadomością.

        Taki mały pro­myk rado­ści potrzeb­ny był po gru­dnio­wym wstrzą­sie, o któ­rym mimo wyci­sza­nia tego przez wła­dze – cały czas, powszech­nie mówiono.

        Ten wstrząs nad­szarp­nął tak­że i tak nie za sil­ne zdro­wie pana Dornic­kie­go, któ­ry umarł po Trzech Królach.

        Dornie­wo żegna­ło go z praw­dzi­wym żalem. Wie­lu pamię­ta­ło go z cza­sów przed­wo­jen­nych, inni z cza­sów powo­jen­nych, gdy mimo swo­je­go nie­do­stat­ku sta­rał się poma­gać, tłu­ma­czył zagra­nicz­ne listy, udzie­lał kore­pe­ty­cji i zawsze był goto­wy do wysłu­cha­nia i pocieszenia.

        W całym mia­stecz­ku nie było niko­go, kto mógł­by o nim powie­dzieć złe sło­wo, więc  pogrzeb zgro­ma­dził tłu­my, któ­re  pomi­mo stycz­nio­we­go chło­du i wia­tru odpro­wa­dzi­ły go na dorniew­ski cmen­tarz, gdzie spo­czął w rodzin­nym grobowcu.

        Zaraz po pogrze­bie Wik­ta usia­dła napi­sać o tym do Tad­ka, bo prze­cież kto jak kto ale wła­śnie Tadek zawdzię­czał zmar­łe­mu tak wiele.

        Musia­ła mu też napi­sać jesz­cze i o tym, że pomi­mo zaka­zu ze stro­ny pana Freya, Edek Koza wraz ze świe­żo poślu­bio­ną Jago­dą Kowal­czuk wpro­wa­dzi­li się do domu pod lasem.

        Od same­go począt­ku, od pierw­szych słów, lek­tu­ra trans­kryp­tu zna­le­zio­ne­go zeszy­tu „pisa­ne­go zie­lo­nym atra­men­tem”, wcią­gnę­ła Tad­ka jak pasjo­nu­ją­ca powieść. Zaczął  czy­tać w piąt­ko­wy wie­czór i czy­tał calut­ką noc. Całe szczę­ście, że naza­jutrz była sobo­ta i nie musiał nigdzie iść.

        Tere­ska poszła spać, bo cią­ża tro­chę ją spo­wol­ni­ła. Wszyst­ko szło dobrze i nawet nie mia­ła spe­cjal­nych sen­sa­cji, ale coraz czę­ściej bywa­ła zmę­czo­na i nawet w cią­gu dnia musia­ła się co jakiś czas poło­żyć. Cho­ciaż na chwilkę.

        Zosta­wi­ła więc Tad­ka z jego czy­ta­niem i zasnę­ła. A Tadek czytał.

        Stro­na po stro­nie sta­ry pamięt­nik wcią­gał go w odle­gły, nie­zna­ny świat daw­nych Nie­miec, woj­ny i prze­ra­ża­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Bo pamięt­nik obej­mo­wał kil­ka­na­ście lat.

        Pisa­ny był z per­spek­ty­wy cza­su, praw­do­po­dob­nie już po woj­nie, albo w ostat­nich jej miesiącach.

        Uni­wer­sy­tec­ka biblio­te­kar­ka, któ­ra przy­go­to­wa­ła tekst zro­bi­ła to z zacho­wa­niem jak naj­więk­szej sta­ran­no­ści. Tadek podzi­wiał jej pra­cę! Było jasne, że bez jej wyja­śnień i przy­go­to­wa­ne­go opi­su, wie­lu rze­czy nie mógł­by zro­zu­mieć i z ory­gi­nal­ne­go tek­stu nie potra­fił­by wydo­być nawet poło­wy bogac­twa jego treści!

Przede wszyst­kim już na wstę­pie zazna­czy­ła, że doku­ment pisa­ny był języ­kiem dol­no­nie­miec­kim „Plat­t­düütsch”. Jego auto­ra­mi pra­wie na pew­no były dwie róż­ne oso­by. Kobie­ta i męż­czy­zna. To wyni­ka­ło ze sty­lu i dobo­ru słów. Cho­ciaż tekst roił się od nazwisk, dat i nazw miejsc, to nigdzie nie było poda­ne nazwi­sko auto­ra, czy autorów.

        Biblio­te­kar­ka robi­ła wie­le wyja­śnia­ją­cych odno­śni­ków i przy­pi­sów i widząc to Tadek zno­wu wpadł w zachwyt nad jej pro­fe­sjo­na­li­zmem, chciał wra­cać do biblio­te­ki i zmu­sić ją do przy­ję­cia wyna­gro­dze­nia, albo przy­naj­mniej zanieść kwia­ty, ale na razie musiał się uspo­ko­ić bo była noc. Czy­tał więc dalej.

        Pierw­sza część opi­su­ją­ca miesz­czań­ski dom rodzi­ny Auer­swald w Ham­bur­gu w począt­ko­wych latach doj­ścia par­tii naro­do­wo-socja­li­stycz­nej do wła­dzy, z całą pew­no­ścią pisa­na był przez kobie­tę, bo dużo w niej było opi­sów codzien­ne­go życia, jakichś wizyt, jedze­nia, stro­jów i znajomych.

        Pra­wie od razu, ze ścierp­nię­tą skó­rą,  dostrzegł wśród nich nazwi­sko Kühl. Potem, wśród wie­lu innych rzu­ci­ło mu się też w oczy nazwi­sko Blüth­ner i przez chwi­lę zasta­na­wiał się skąd je zna, ale przy­po­mniał sobie, że tak wła­śnie nazy­wał się  świe­żo poślu­bio­ny mąż jego kole­żan­ki Mili. Byli na ich ślu­bie. On też – jak mówi­ła Mila – pocho­dził z Hamburga.

        Kolej­ne czę­ści trans­kryp­tu były pisa­ne innym sty­lem i doty­czy­ły póź­niej­sze­go okre­su. Daty były tu wyraź­nie zazna­czo­ne, styl pro­sty, zda­nia krót­kie i dobit­ne i Tad­ko­wi wyda­ło się, że w trak­cie ich czy­ta­nia sły­szy mia­ro­wy krok woj­sko­wych oddzia­łów masze­ru­ją­cych po bru­ku. Widać było, że ten frag­ment pisa­ny był przez wojskowego.

        Jak­kol­wiek treść doty­czy­ła strasz­nych wyda­rzeń, to fak­ty poda­ne były jakoś bez­na­mięt­nie i nawet z pew­nym smut­kiem. Może za wyjąt­kiem tych miejsc, w któ­rych doty­czy­ły kobiet. Bo autor wspo­mnień, jakoś dziw­nie mięk­ko pisał o kobie­tach. O wszyst­kich. Tak będą­cych w służ­bie Niem­kach jak i więźniarkach.

        Sier­pień 1940 – przy­ję­cie pierw­sze­go trans­por­tu więź­niów do obo­zu w Gross-Rosen, nie­sub­or­dy­na­cja jakie­goś Schar­füh­re­ra na ram­pie przy selek­cjo­no­wa­niu przy­by­łych, obiad z komen­dan­tem obo­zu Rödlem, list od mat­ki, kon­na wyciecz­ka do lasu… Wszyst­ko to mie­sza­ło się w jakiś nie­sa­mo­wi­ty splot śmier­ci, służ­by, obo­wiąz­ków i codzien­ne­go życia obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go. Życia widzia­ne­go ocza­mi nie­miec­kie­go oficera.

        Potem nastę­po­wał szcze­gó­ło­wy opis inne­go miej­sca, któ­re musia­ło być filią głów­ne­go obo­zu. Nazy­wa­ło się Fün­fte­ichen. Tu, głów­ną posta­cią wspo­mnień był nie­ja­ki Gal­lasch, Haupt­sturm­füh­rer,  do któ­re­go autor wspo­mnień żywił jak naj­głęb­szą nie­chęć. To prze­bi­ja­ło w każ­dej wzmian­ce o nim.

        Tadek czy­tał z wypie­ka­mi na twarzy.

        Wte­dy też natknął się na coś co mogło być wyja­śnie­niem nazwi­ska auto­ra dokumentu.

        To było zda­nie, któ­re nastę­po­wa­ło po krót­kim opi­sie śmier­ci dwóch więź­nia­rek, zabi­tych przez Gal­la­scha drew­nia­ną pał­ką przy wej­ściu do kuchen­nych maga­zy­nów. Brzmia­ło tak:

        „Żaden Kühl nie zni­żył­by się do kole­żeń­stwa z taką kre­atu­rą! Ja też tego nie zrobię!”

        Tadek przerwał.

        — Cie­ka­we, że przy tak szcze­gó­ło­wym przy­go­to­wy­wa­niu tek­stu, biblio­te­kar­ka nie zwró­ci­ła na to uwa­gi – pomy­ślał — a może zwró­ci­ła, tyl­ko nie chcia­ła mi nicze­go sugerować.

        W mia­rę dal­sze­go czy­ta­nia powo­li zaczął sobie budo­wać kolej­ność wydarzeń.

        Nad ranem miał już pra­wie goto­wy obraz.

        Pierw­sza część wspo­mnień pisa­na była przez kobie­tę. Bał się nawet przy­pusz­czać, ale nie­któ­re frag­men­ty wyraź­nie wska­zy­wa­ły na to, że tą autor­ką mogła być jego wła­sna mat­ka — Kri­sta Auerswald!

        To przy­pusz­cze­nie ści­snę­ło mu gar­dło i nagle poczuł napły­wa­ją­ce do oczu łzy. Dobrze, że Tere­ska już spa­ła, bo od tam­tych, daw­nych, szkol­nych cza­sów gdy Edek Koza wrzesz­czał mu w twarz „kapo!!!”, a on poka­zał Tere­sce zapła­ka­ną twarz, obie­cał sobie, że już nigdy wię­cej tego nie zro­bi i nigdy wię­cej nie poka­że jej swo­jej słabości.

        No więc wyglą­da­ło na to, że jego mat­ka pocho­dzi­ła z dość chy­ba sza­cow­nej, ham­bur­skiej rodzi­ny, a jej dwaj bra­cia słu­ży­li w „Die Schutz­staf­fel der NSDAP”, co z wyraź­ną dumą zazna­czo­ne było parę razy.

        Potem nastą­pi­ła jakaś kata­stro­fa, ale ten frag­ment tek­stu był pra­wie nie­czy­tel­ny. Dal­sze czę­ści pamięt­ni­ka pisa­ne były pra­wie na pew­no przez Ste­fa­na Küh­la, domnie­ma­ne­go ojca Tadka.

        Wyni­ka­ło z nich, że Kühl był ofi­ce­rem SS i jed­nym z zastęp­ców komen­dan­ta filii obo­zu Gross-Rosen w Fünfteichen.

        W lutym 45-go, już po likwi­da­cji obo­zu, Rosja­nie urzą­dzi­li na pozo­sta­wio­nym  tere­nie kolej­ne pie­kło. Tym razem pod suro­wym okiem i żela­zną pię­ścią osła­wio­ne­go NKWD.

        To wła­śnie wte­dy na kart­kach wspo­mnień poja­wi­ło się nazwi­sko Świe­tli­cyn, ale tak znie­kształ­co­ne, że przy­go­to­wu­ją­ca trans­krypt biblio­te­kar­ka w róż­nych miej­scach poda­wa­ła je ina­czej. Raz brzmia­ło po pol­sku, raz po nie­miec­ku, a jesz­cze w innym miej­scu cał­kiem niezrozumiale.

        Czy cho­dzi­ło o Ludwi­ka Świe­tli­cy­na, któ­ry według pana magi­stra Freya miał być praw­dzi­wym ojcem Tad­ka, trud­no było powie­dzieć. Wie­le na to wska­zy­wa­ło. Otóż według auto­ra pamięt­ni­ka, Ludwik Świe­tli­cyn miał być jed­nym ze straż­ni­ków w świe­żo utwo­rzo­nym, sowiec­kim obo­zie dla Niem­ców, rzą­dzo­nym przez NKWD.

        Świ­ta­ło już gdy prze­rwał czy­ta­nie i odło­żył tekst. Czuł mętlik w gło­wie. Świa­do­mość swo­jej nie­wie­dzy o tam­tych mrocz­nych cza­sach była pra­wie nie do znie­sie­nia. Dla­cze­go tak mało wie­dział? Nikt nigdy nie mówił o jakichś sowiec­kich obo­zach zakła­da­nych w miej­scu tych nazistowskich.

        W szko­le wie­le mówio­no o zbrod­niach Niem­ców. Poda­wa­no ogrom­ne licz­by zabi­tych i zaka­to­wa­nych, ale zawsze pokre­śla­no, że to były ofia­ry tyl­ko nie­miec­kie­go faszy­zmu. Nikt nigdy nie wspo­mniał ani jed­nym sło­wem o jakich­kol­wiek ofia­rach Sowietów.

        W poga­dan­kach, rela­cjach i wspo­mnie­niach „nie­zwy­cię­żo­na Armia Czer­wo­na” zawsze była nieskazitelna!

        A na pyta­nie o NKWD odpowiadano:

        „Orga­ny bez­pie­czeń­stwa były zbroj­nym ramie­niem partii!”

        I to wszyst­ko. To musia­ło wystar­czyć. Zresz­tą i tak nikt, nigdy nie śmiał­by nawet zapy­tać o jakieś pro­wa­dzo­ne przez nich obo­zy kon­cen­tra­cyj­ne! Nigdy!

        Myśląc o tym Tadek nie mógł się uspo­ko­ić, ale nagle cała jego uwa­ga zwró­ci­ła się w  innym kie­run­ku, bo zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie, w ciszy sobot­nie­go ran­ka, z sypial­ni roz­le­gło się gło­śne woła­nie Tereski.

        Docho­dzą­cy z sypial­ni krzyk Tere­ski roz­po­czął wspa­nia­ły dzień, w efek­cie któ­re­go mło­dzi mał­żon­ko­wie zosta­li rodzi­ca­mi dwóch, tłu­stych chło­pa­ków, któ­rzy cho­ciaż  przy­szli na świat tro­chę za wcze­śnie to jed­nak byli tak duzi i sil­ni, że nie musie­li iść do inku­ba­to­ra. Od razu też zaczę­li się wiel­ki­mi gło­sa­mi doma­gać jedze­nia i Tere­ska mia­ła „peł­ne pier­si roboty”.

        Cho­wa­li się dosko­na­le i rado­ści było co nie­mia­ra. Nade­szły wspa­nia­łe cza­sy gdy dzie­ci coraz wyraź­niej spo­glą­da­ły, wszyst­ko je inte­re­so­wa­ło i rosły jak na drożdżach.

        Tadek dokoń­czył stu­diów, został przy­ję­ty do dok­to­ranc­kiej gru­py pro­fe­so­ra Sach­sa i zaczął pra­cę nad roz­pra­wą doktorską.

        Z Pol­ski przy­cho­dzi­ły listy, w któ­rych tak Józ­ka jak i Wik­ta pro­si­ły o zdję­cia, roz­pły­wa­ły się w czu­ło­ściach i skar­gach, że nie mogą zoba­czyć wnu­ków. Listy peł­ne były napo­mi­nań, żeby  „sło­necz­ka” wycho­wać na dobrych Pola­ków, a nie na jakichś „szko­pów” i żeby mówi­ły po pol­sku i żeby nie cze­kać z chrzcinami.

        Wszyst­kie te listy, prze­stro­gi i rady Tere­ska czy­ta­ła ze zmien­ny­mi uczu­cia­mi, ale po pew­nym cza­sie jakoś samo­rzut­nie przy­szedł im do gło­wy pomysł żeby może poje­chać i ochrzcić dzie­ci w dorniew­skim koście­le. Tere­ska ucze­pi­ła się tego pro­jek­tu z ogrom­nym entuzjazmem.

        —Ooo, to by było wspa­nia­le! Zoba­czy­li­by­śmy rodzi­ców, Dornie­wo, zna­jo­mych! Poszli­by­śmy z dzieć­mi nad rzecz­kę, pospa­ce­ro­wa­li naszy­mi dróż­ka­mi… mówi­ła. Pla­no­wa­ła, marzy­ła i cza­sa­mi jej oczy zacho­dzi­ły łza­mi, cza­sa­mi śmia­ła się weso­ło, a jesz­cze kie­dy indziej sta­wa­ła się tak nie­cier­pli­wa, że Tadek musiał ją mity­go­wać i uspokajać.

        — Poje­dzie­my, poje­dzie­my – mówił spo­koj­nie – ale muszę to jakoś przy­go­to­wać. Wiesz prze­cież, że wte­dy, przed wyjaz­dem dosta­łem pasz­port w jed­ną stro­nę i dopraw­dy  nie wiem jak Pola­cy zare­agu­ją na to, że wzię­li­śmy nie­miec­ki azyl. Daj mi tro­chę cza­su. Zresz­tą i tak – nawet jeśli poje­dzie­my – to dopie­ro w lecie, bo prze­cież  nie będzie­my jechać w takiej zimnicy.

        Był luty 1973 roku.

Poje­cha­li w czerw­cu. Było dużo roz­mów jak jechać i wresz­cie sta­nę­ło na samochodzie.

        — Będzie wygod­nie, a przy oka­zji coś zoba­czy­my – tłu­ma­czył Tadek — poje­dzie­my przez Dre­zno, Wro­cław, Kraków…Byłaś tam kiedyś?

        Nie, nie była! A poza tym pomysł wyda­wał się jej cie­ka­wy i nawet pocią­ga­ją­cy, bo oprócz rado­ści zoba­cze­nia rodzin­nych stron doszła też mała, intry­gu­ją­ca myśl, że może przy­jem­nie by było przy­je­chać do Dornie­wa autem! Coś ją deli­kat­nie łasko­ta­ło, że to mogło­by być nawet bar­dzo przy­jem­ne! Pod­je­chać pod kościół samo­cho­dem, wysiąść z bliź­nia­ka­mi, przejść wzdłuż głów­nej nawy i kątem oka spoj­rzeć na daw­ne koleżanki!

        Jakoś bar­dzo jej się ta myśl spodobała!

        Zaraz też zaczę­ła pla­no­wać co sobie „musi” kupić, w co się ubie­rze, co przy­go­tu­je dla dzie­ci i jakie kupi prezenty.

        O niczym innym nie mogła już myśleć.

        — Jedzie­my do Pol­ski! – mówi­ła bliź­nia­kom – jedzie­my do bab­ci i dzia­dzia! Jedzie­my do Dorniewa!

        A pra­wie pół­to­ra­rocz­ne dzie­ciacz­ki patrzy­ły na mamę okrą­gły­mi ocza­mi i też się śmia­ły. Zupeł­nie tak jak­by rozumiały!

        Tadek cały czas oba­wiał się przej­ścia gra­ni­cy i co będzie z wyjaz­dem z Pol­ski, ale pocie­szał się, że jadą z nie­miec­ki­mi doku­men­ta­mi podró­ży, autem na nie­miec­kich nume­rach i dzieć­mi uro­dzo­ny­mi w Repu­bli­ce Fede­ral­nej. Trze­ba powie­dzieć, że wobec nie­prze­wi­dy­wal­no­ści pol­skich władz gra­nicz­nych wszyst­ko to mia­ło nie­wiel­kie zna­cze­nie, ale mimo to posta­no­wi­li zary­zy­ko­wać. Tadek pocie­szał się, że nowa, pol­ska wła­dza nie będzie już wra­cać do tam­tych nie­chlub­nych spraw 68-go roku, ale pew­no­ści nie miał nikt. Dobrym sygna­łem było to, że w pol­skim kon­su­la­cie, otrzy­mał pol­skie wizy bez żad­nych ceregieli.

        Wyje­cha­li tuż przed świę­tym Janem. Pogo­da był wspa­nia­ła, czerw­co­wy świat śmiał się do nich rado­śnie i wszyst­ko ukła­da­ło się tak jak pla­no­wa­li, a na gra­ni­cy nie było żad­nych trudności.

        Gdy dojeż­dża­li do Rze­szo­wa, tuż za Dębi­cą zaczął padać, cie­pły, let­ni deszcz. Wzdłuż dro­gi jecha­ło dwóch rowe­rzy­stów. Było już pod wie­czór. Tadek jechał szyb­ko, chciał ich wymi­nąć, zro­bił ruch kie­row­ni­cą, ale auto pośli­zgnę­ło się, ude­rzy­ło w jed­ne­go z nich, potrą­ci­ło dru­gie­go, a potem wpa­dło na mięk­kie pobo­cze, prze­wró­ci­ło na dach i znieruchomiało.

        Pokrwa­wio­ny i ze zła­ma­ną nogą Tadek zdo­łał się wygrze­bać z prze­wró­co­ne­go samo­cho­du, ale Tere­ska z dzieć­mi tkwi­ła tam nadal.

        Prze­jeż­dża­ją­cy ludzie zatrzy­my­wa­li się, cho­dzi­li wokół wra­ku, sta­ra­li się otwo­rzyć drzwi, ale na próż­no. Gro­zę sytu­acji wzma­ga­ły docho­dzą­ce z wnę­trza roz­bi­te­go auta jęki. Tadek zachwiał się na zła­ma­nej nodze, dopadł do drzwi, szarp­nął, ale zaraz upadł, ktoś go odcią­gnął, ktoś inny pole­ciał po pal­nik, po noży­ce do cię­cia bla­chy, a wszy­scy byli jak w gorącz­ce bo już wie­dzie­li, że oprócz mat­ki, uwię­zio­ne są malut­kie dzie­ci i nie wia­do­mo czy żyją. W koń­cu nad­je­cha­ła mili­cja i straż pożar­na i wresz­cie, po pra­wie godzi­nie uwol­nio­no całą trój­kę. W mię­dzy­cza­sie nad­je­cha­ła karet­ka pogo­to­wia, ale lekarz, od któ­re­go czuć było wód­ką, nie mógł zbyt wie­le zro­bić, więc na sygna­le, w asy­ście radio­wo­zów poje­cha­no do rze­szow­skie­go szpitala.

        Jeden z bliź­nia­ków nie żył, dru­gi z roz­bi­tą głów­ką był w cięż­kim sta­nie, a Tere­ska mia­ła uszko­dzo­ny krę­go­słup i w szpi­ta­lu zosta­ła unie­ru­cho­mio­na. Zresz­tą i tak nie mogła wyko­nać żad­ne­go ruchu, bo obie nogi i jed­na ręka były bezwładne.

        Dra­mat był tak para­li­żu­ją­cy, że nawet pie­lę­gniar­ki pła­ka­ły. Przy­by­ły repor­ter z „Nowin Rze­szow­skich” poro­bił zdję­cia i pró­bo­wał roz­ma­wiać z Tad­kiem, ale ten rzu­cił się jak ran­ny żbik, zaczął krzy­czeć, że nie daje zgo­dy na robie­nie zdjęć i ich publikowanie.

        Roz­pę­ta­ła się awan­tu­ra, w wyni­ku któ­rej mili­cja wyrzu­ci­ła repor­te­ra na zbi­ty pysk, a ten odgra­ża­jąc się wykrzy­ki­wał, że pój­dzie do Komi­te­tu Woje­wódz­kie­go na skargę.

        Z potrą­co­nych przez Tad­ka rowe­rzy­stów jeden nie żył, a dru­gi miał otwar­te zła­ma­nie kości udo­wej, ale „poza tym był w porządku”.

        Wia­do­mość o wypad­ku dotar­ła do Dornie­wa dopie­ro rano. Edek Koza wpadł do Kowal­czu­ków i trzy­ma­jąc „Nowi­ny Rze­szow­skie” od pro­gu zaczął krzy­czeć co się stało.