Pań­stwo­we gim­na­zjum żeń­skie. Kra­ków 21.V.1926. Kla­sa V f. Książ­ka Bab­ci. Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek pisze: Potem uczęsz­cza­łam do filii gim­na­zjum pań­stwo­we­go (obec­nie Kró­lo­wej Wan­dy), któ­ra mie­ści­ła się w klasz­to­rze PP Pre­zen­tek przy ul. św. Jana 7. Tam kie­dyś uczy­ła się też moja mama. Na zdję­ciu Kry­sty­na Kra­mar­ska w środ­ku, z przodu.
Pań­stwo­we gim­na­zjum żeń­skie. Kra­ków 21.V.1926. Kla­sa V f. Książ­ka Bab­ci. Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek: Potem uczęsz­cza­łam do filii gim­na­zjum pań­stwo­we­go (obec­nie Kró­lo­wej Wan­dy), któ­ra mie­ści­ła się w klasz­to­rze PP Pre­zen­tek przy ul. św. Jana 7. Tam kie­dyś uczy­ła się też moja mama.

W szko­le u Norbertanek

Do szko­ły P. P. Nor­ber­ta­nek zapi­sa­ła mnie mat­ka w roku 1917. Sama wycho­wy­wa­na w szko­le klasz­tor­nej P. P. Pre­zen­tek, z któ­rej wynio­sła bar­dzo miłe wspo­mnie­nia, chcia­ła, aby dzie­ciń­stwo moje i sio­stry mojej Jani­ny upły­nę­ło w podob­nie miłej i zdro­wej atmosferze.

Szko­ła P. P. Nor­ber­ta­nek była szko­łą pry­wat­ną, ale nie eli­tar­ną. Sio­stry nie prze­bie­ra­ły wśród zgła­sza­ją­cych się dzie­ci, tak że ele­ment był roz­ma­ity. 50% było dzie­ci z inte­li­gen­cji, a 50% z rodzin rze­mieśl­ni­czych i rol­ni­czych, tzn. oby­wa­tel­skich ze Zwie­rzyń­ca, gdzie każ­dy gospo­darz miał kawa­łek pola. Szko­ła obej­mo­wa­ła mło­dzież ze Zwie­rzyń­ca, z Pół­w­sia Zwie­rzy­niec­kie­go i Woli Justow­skiej, zasięg jej posze­rzał się w stro­nę wsi, do mia­sta się­gał naj­da­lej do pla­cu Kos­sa­ka. Przez cały czas poby­tu w szko­le nigdy nie zauwa­ży­ły­śmy, aby sio­stry robi­ły róż­ni­ce mię­dzy uczen­ni­ca­mi i trak­to­wa­ły je mniej lub bar­dziej przy­chyl­nie ze wzglę­du na sta­no­wi­sko rodziców.

Sióstr uczą­cych było kil­ka­na­ście i wszyst­kie mia­ły peł­ne kwa­li­fi­ka­cje do wyko­ny­wa­nia zawo­du nauczy­ciel­skie­go, mało tego, sio­stry mia­ły swo­je spe­cjal­ne kie­run­ki, stąd poziom naucza­nia był napraw­dę wyso­ki, toteż po przej­ściu potem do szkół śred­nich i wyż­szych nie odczu­wa­ły­śmy żad­nych trud­no­ści czy bra­ków. Byłam małą dziew­czyn­ką, gdy mój wuj dok­tor Piotr Flor­czyk, zna­ny w Kra­ko­wie peda­gog, oświad­czył mojej mat­ce, że trud­no zna­leźć lepiej przy­go­to­wa­ne do zda­wa­nia „kwa­li­fi­ki” (egza­min spe­cja­li­stycz­ny nauczy­ciel­ski) nauczy­ciel­ki, jak zakon­ni­ce Nor­ber­tan­ki. A wuj był czło­wie­kiem bez­stron­nym i raczej suro­wym, więc jego pochwa­ła wypo­wie­dzia­na pod adre­sem naszych nauczy­cie­lek spra­wi­ła mi wiel­ką radość. Bo prze­cież te wła­śnie sio­stry nauczy­ciel­ki były przez nas kocha­ne, były nam bli­skie i dotąd wspo­mi­nam je ze wzruszeniem.

Pre­fek­tą w cza­sie moje­go poby­tu w szko­le była sio­stra Hia­cyn­ta BOTHE, oso­ba bar­dzo kul­tu­ral­na, zrów­no­wa­żo­na, ogrom­nie deli­kat­na, świet­nie nas rozu­mie­ją­ca, może dzię­ki duże­mu poczu­ciu humo­ru. Nigdy nie widzia­łam chmu­ry na jej twa­rzy, nigdy nie sły­sza­łam jej pod­nie­sio­ne­go gło­su, a jed­nak mia­ła wiel­ki na nas wpływ, a jej wska­zów­ki zapa­mię­ta­ły­śmy na zawsze. W szko­le uczy­ła geo­gra­fii, ale swój świa­to­po­gląd prze­ka­zy­wa­ła nam pod­czas godzin t.zw. „egzor­ty”. Było to coś w rodza­ju obec­nej lek­cji wycho­waw­czej. Nauka moral­no­ści w opar­ciu o ety­kę kato­lic­ką. W egzor­tach bra­ły udział uczen­ni­ce wszyst­kich klas jed­no­cze­śnie. Tam dowie­dzia­ły­śmy się o roli czło­wie­ka w spo­łe­czeń­stwie, o współ­ży­ciu z inny­mi ludź­mi opar­tym na miło­ści bliź­nie­go, wyro­zu­mia­ło­ści dla cudzych błę­dów, wszyst­ko poda­ne w sło­wach pro­stych, jasnych, łatwo docie­ra­ją­cych do naszej świa­do­mo­ści. Nie było tam naka­zów i zaka­zów, była tyl­ko zachę­ta do pra­cy nad sobą i pro­mien­ny uśmiech, dla któ­re­go każ­da z nas godzi­ła się na róż­ne pró­by. Moim dzie­cię­cym rozu­mem poję­łam, że nie po to żyję, aby mnie było dobrze, ale żeby innym było dobrze ze mną. Czę­sto odczy­ty­wa­łam wpi­sa­ne do pamięt­ni­ka sło­wa: Roz­wiń się w peł­ny, pięk­ny kwiat, ale pamię­taj, że za wzo­rem słoń­ca, życiem swym bla­ski masz rzu­cać w świat. Taka wła­śnie świe­tla­na i rzu­ca­ją­ca bla­ski mię­dzy swo­je uczen­ni­ce była nasza Prefekta.

Wycho­waw­czy­nią moją przez pierw­sze dwa lata była s. Got­fry­da JęDRZE­JOW­SKA, nauczy­ciel­ka mło­da, weso­ła, ener­gicz­na, (po odzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści spo­lsz­czy­ła swo­je imię na Bogu­mi­ła). Mia­ła świet­ne podej­ście do dzie­ci, łatwo wpro­wa­dzi­ła nas w szkol­ny rygor, a pierw­sze wia­do­mo­ści poda­ła nam tak bez pato­su, że zda­wa­ło nam się, że to cią­gle zaba­wa. A to już była praw­dzi­wa nauka w praw­dzi­wej szko­le. I to już pozo­sta­ło nam na potem, że nauki nie uwa­ża­ły­śmy za cięż­ki obo­wią­zek, ale za bar­dzo miłą koniecz­ność. W szko­le było jak w domu, wszyst­kie uczen­ni­ce wywo­ły­wa­ne były po imie­niu, nazwi­ska uży­wa­no tyl­ko w ofi­cjal­nych momen­tach, n.p. przy roz­da­wa­niu świa­dectw. Noty były dla zwy­cza­ju, nagro­dą za dobrą odpo­wiedź była pochwa­ła nauczycielki.

W trze­cim roku wycho­waw­stwo naszej kla­sy obję­ła s. Cze­sła­wa WOJCIECHOWSKA i ona pro­wa­dzi­ła nas do 7 kla­sy. Uczy­ła pol­skie­go, histo­rii, nie­miec­kie­go i muzy­ki (muzy­ka czy­li gra na for­te­pia­nie była przed­mio­tem nad­obo­wiąz­ko­wym). Sio­stra Cze­sła­wa była dla mnie naj­bar­dziej kocha­ną nauczy­ciel­ką, któ­ra z cza­sem sta­ła się przy­ja­ciół­ką. Przez wszyst­kie lata stu­diów w szko­le śred­niej i na uni­wer­sy­te­cie odwie­dza­łam ją, aby omó­wić swo­je pla­ny, posłu­chać mądrej rady i ucie­szyć ją suk­ce­sa­mi w nauce, któ­re w dużej mie­rze były jej zasłu­gą. Wpo­iła we mnie zami­ło­wa­nie do sys­te­ma­tycz­nej pra­cy. Wiersz wpi­sa­ny przez nią do moje­go pamięt­ni­ka był apo­te­ozą pracy:

Gdy­by kto spy­tał, co nam daje zdrowie,
co uszla­che­nia i co nas wzbogaca,
pew­nie mu każ­dy to samo odpo­wie: praca.
O, bo gdzie pra­ca na stra­ży stoi,
życie się dwoi, czas skraca.
Kto igłą, pió­rem, pra­cu­je, od tego głód się odwraca
i nawet wte­dy, gdy mło­dość prze­kwi­ta, zakwi­ta praca.

Sio­stra Cze­sła­wa swo­iście, ale spra­wie­dli­wie oce­nia­ła postę­py. Pamię­tam, kie­dyś dosta­łam od niej po łapie za pomył­kę w cza­sie popi­su muzycz­ne­go, a rów­no­cze­śnie pochwa­łę za moją pew­ną posta­wę w tym momen­cie, dzię­ki któ­rej słu­cha­ją­cy nie zorien­to­wa­li się w potknię­ciu. Byłam bar­dzo żywa i nie­cier­pli­wa, a jed­nak potra­fi­ła mnie okieł­znać. Raczej poważ­na niż weso­ła, ale zawsze pogod­na i rów­na, karzą­ca w mia­rę, a rów­no­cze­śnie pobłaż­li­wa, kocha­na i kocha­ją­ca. W przed­dzień ślu­bu przed­sta­wi­łam jej swo­je­go narze­czo­ne­go, a potem sta­le utrzy­my­wa­łam z nią kontakt.

Od innych przed­mio­tów były inne spe­cja­list­ki: od rachun­ków s. s. Józe­fa BARANØWNA, Fran­cisz­ka BACZYń­SKA. Pierw­sza powol­na, z lek­ka mówią­ca przez nos, będą­ca uspo­so­bie­niem spo­ko­ju, uczy­ła mnie tyl­ko rok; dru­ga, bar­dzo drob­na, wręcz malut­ka, ruchli­wa, szyb­ka i bystra, uczy­ła mnie przez dwa lata i w moich dzie­cin­nych oczach syl­wet­ka jej zro­sła się z sze­re­ga­mi drob­nych, a mądrych liczb, któ­ry­mi były usia­ne nasze zeszy­ty. Sio­stra Fran­cisz­ka to cho­dzą­ca cier­pli­wość z wyro­zu­mia­łym uśmie­chem na ustach. Świet­nie wygim­na­sty­ko­wa­ła mój huma­ni­stycz­ny umysł, aby dawał sobie radę z arka­na­mi „wyż­szej” matematyki.

Od przy­ro­dy, zwa­nej wte­dy „histo­rią natu­ral­ną” i od fizy­ki była sio­stra Woj­sła­wa FRONIØWNA. Żad­ne psie figle nie potra­fi­ły wypro­wa­dzić jej z rów­no­wa­gi. N. p. pew­ne­go dnia jed­na z kole­ża­nek wodą kro­pi­ła notes s. Woj­sła­wy, w któ­rym wid­nia­ło świe­żo napi­sa­ne nie­do­sta­tecz­nie z fizy­ki. Zazna­czy­ła w powie­trzu krzyż i ze sło­wa­mi „A kysz, a kysz” usi­ło­wa­ła czar­no­księ­skim spo­so­bem uni­ce­stwić zły sto­pień. Sio­stra chwi­lę obser­wo­wa­ła jej zacho­wa­nie, a potem spo­koj­nym gło­sem pole­ci­ła jej wyjść za drzwi i dalej pro­wa­dzi­ła lek­cję. A gdy po jakimś wykro­cze­niu mia­ły­śmy całą kla­są zostać w kozie, sama wysnu­ła przy­pusz­cze­nie, że zbłą­dzi­ły­śmy nie­chcą­cy i uwol­ni­ła nas od kary.

Począw­szy od kla­sy pią­tej uczy­ły­śmy się dwóch obcych języ­ków. Poza tym histo­rii, geo­gra­fii, histo­rii natu­ral­nej (bio­lo­gia i che­mia) i fizy­ki. Były też robo­ty ręcz­ne czy­li „kobie­ce”, zaję­cia prak­tycz­ne zwa­ne nauką zręcz­no­ści, śpiew, kali­gra­fia, rysun­ki, gim­na­sty­ka. Od tych przed­mio­tów były sio­stry: Sta­ni­sła­wa BIESIADECKA, Aloj­za GOŁASZEWSKA, Pau­li­na KRUKIERKØWNA, Kor­ne­lia RØŻYCKA, Anzel­ma (nazwi­ska nie pamię­tam), Milo­na MAŁYSIAKØWNA, Rafa­ela KRUKIERKØWNA (uczy­ła muzy­ki). Sio­stra Sta­ni­sła­wa pro­wa­dzi­ła we wszyst­kich kla­sach język fran­cu­ski. Dow­cip­na i spo­strze­gaw­cza, była naj­we­sel­szą z naszych nauczycielek.

Sio­stry Aloj­zę i Kor­ne­lię pamię­tam jako pro­bant­ki, bo już wte­dy uczy­ły nas przez pewien czas, nim wstą­pi­ły do nowi­cja­tu. Będąc na ich obłó­czy­nach pierw­szy raz uczest­ni­czy­łam w tej uro­czy­sto­ści, któ­ra zro­bi­ła na mnie wiel­kie wra­że­nie. Pomi­ja­jąc stro­nę reli­gij­ną, jako mała kobiet­ka zauwa­ży­łam, że sio­strze Aloj­zie było bar­dzo do twa­rzy w kor­ne­cie. Była pięk­ną zakon­ni­cą peł­ną sił wital­nych i ener­gii. Sio­strę Kor­ne­lię zapa­mię­ta­łam taką: bia­ło­ró­żo­wa cera, uśmiech spo­ko­ju i dobro­ci na twa­rzy, a spoj­rze­nie raczej w głąb siebie.

Sio­stra Pau­li­na, uro­cza, postaw­na i uta­len­to­wa­na kobie­ta, była wycho­waw­czy­nią mojej sio­stry w kla­sie o rok wyż­szej od naszej. Pięk­nie gra­ła na for­te­pia­nie, mia­ła bar­dzo ory­gi­nal­ny głos niski. Oprócz przed­mio­tów, któ­rych uczy­ła w swo­jej kla­sie, w kla­sach połą­czo­nych pro­wa­dzi­ła chór na gło­sy, wta­jem­ni­cza­ła nas w teo­rię muzy­ki i sol­feż. Śpie­wu uczy­ła rów­nież sio­stra Cze­sła­wa. Tema­ty­ka była roz­ma­ita. Śpie­wa­li­śmy pie­śni reli­gij­ne, wią­zan­ki melo­dii naro­do­wych, oko­licz­no­ścio­we (imie­ni­ny, koniec roku), patrio­tycz­ne, wyjąt­ki z oper i inne, dla wyła­do­wa­nia naszej rado­ści życia. Ambi­cje sióstr były duże: dobie­ra­ły gło­sy, były par­tie solo­we, a my też, widząc ich pra­cę, poważ­nie pod­cho­dzi­ły­śmy do przed­mio­tu. Sio­stry Józe­fa, Aloj­za i Kor­ne­lia uczy­ły nie­miec­kie­go. Każ­da z sióstr oprócz zasad­ni­cze­go swo­je­go przed­mio­tu bra­ła dodat­ko­wo robo­ty, rysun­ki, kali­gra­fię albo gim­na­sty­kę, tak że w róż­nych latach z wszyst­kich wymie­nio­ny­mi sio­stra­mi mia­ły­śmy styczność.

O sio­strze Milo­nie mam naj­skrom­niej­sze wspo­mnie­nia. Była to naj­młod­sza sio­stra księ­dza Mały­sia­ka i z rodzi­ca­mi miesz­ka­ła w tym samym domu, co ja (przy Sena­tor­skiej 27 w Kra­ko­wie — przyp. wnucz­ka). Wiel­kie to było zasko­cze­nie dla mnie, gdy zna­ną sobie ze wspól­nych zabaw Hele­nę zoba­czy­łam jako probantkę.

Nauka pro­wa­dzo­na była poglą­do­wo i nie ist­nia­ło, żeby po skoń­czo­nej lek­cji, któ­raś nie rozu­mia­ła przed­mio­tu. Zwra­ca­no wiel­ką uwa­gę na wysła­wia­nie się i pismo oraz na porzą­dek, z któ­re­go na świa­dec­twie był osob­ny sto­pień. Gdy skoń­czy­ły się obo­wiąz­ko­we lek­cje kali­gra­fii, prze­pi­sy­wa­ły­śmy całe odstę­py z czy­ta­nek i przy­no­si­ły­śmy do kon­tro­li na dowód, że sta­ra­my się o pięk­no nasze­go pisma. Na robo­tach kobie­cych zdo­by­ły­śmy pod­sta­wo­we wia­do­mo­ści z zakre­su robót ręcz­nych, tyle aby­śmy w zasad­ni­czych dzie­dzi­nach nie były laika­mi. Zapo­zna­ły­śmy się z igłą, szy­deł­kiem, dru­ta­mi, nauczy­ły­śmy się cero­wać, łatać, szyć i hafto­wać oraz robić guzi­ki. Na lek­cjach robót łączo­no pięk­ne z poży­tecz­nym. Pod­czas, gdy wszyst­kie pra­co­wa­ły, jed­na (kolej­no zmie­nia­ją­ca się) czy­ta­ła jakąś powieść z lite­ra­tu­ry dzie­cię­cej i to było bar­dzo miłe. Na lek­cjach zręcz­no­ści robi­ły­śmy róż­ne dro­bia­zgi do użyt­ku i ozdo­by z papie­ru, ścin­ków mate­ria­łów i róż­nych rupieć­ków. Było to tak mod­ne dziś wyko­rzy­sty­wa­nie odpad­ków, a przy tym ćwi­czy­ły­śmy spraw­ność pal­ców, cier­pli­wość i wyra­bia­ły­śmy poczu­cie este­ty­ki i pre­cy­zję pra­cy. Naby­te w szko­le umie­jęt­no­ści spo­żyt­ko­wa­łam potem we wła­snym domu, gdyż mając gro­mad­kę dzie­ci robi­łam im zabaw­ki, ozdo­by cho­in­ko­we i.t.p.

Patrząc na spo­so­by naucza­nia w naszej szko­le z odle­gło­ści lat oce­niam jej wyso­ki poziom, bo przez te lata wła­śnie mia­łam moż­ność porów­nać ją z inny­mi szko­ła­mi. Sio­stry wkła­da­ły w naucza­nie, oprócz zami­ło­wa­nia, bar­dzo dużo pra­cy i sta­ra­ły się iść z postę­pem. Nie było przed­mio­tu, któ­ry trak­to­wa­ny był­by po łeb­kach. Zgo­da gro­na nauczy­ciel­skie­go udzie­la­ła się uczen­ni­com. W szko­le pano­wał spo­kój, a stąd dobra atmos­fe­ra do nauki.

Tyle o naucza­niu. A teraz o duchu szko­ły, któ­ry był wyso­ce patrio­tycz­ny i reli­gij­ny, a pozba­wio­ny dewocji.

Reli­gii w kla­sach niż­szych uczy­ły sio­stry, od Vtej ksiądz Mały­siak. Przez pierw­sze trzy lata uczy­ła nas s. Fry­de­ry­ka SZELIGIEWICZ, ówcze­sna Mat­ka Prze­ory­sza i ona przy­go­to­wy­wa­ła nas so I Komu­nii Świę­tej. Była to kobie­ta lat 60ciu, w wie­ku mojej bab­ki, któ­ra mimo wiel­kiej róż­ni­cy lat umia­ła zni­żyć się do nas. Peł­na prze­dziw­nej dobro­ci, po pro­stu i szcze­rze tłu­ma­czy­ła nam tajem­ni­ce wia­ry, a my mia­ły­śmy do niej wiel­kie zaufa­nie. Nie śmia­ła się z naszych błę­dów, ale cier­pli­wie je poprawiała.

W czwar­tej kla­sie, przez jeden rok, uczy­ła nas s. Urszu­la SANAK. Może nie była suro­wa. Dla mnie jed­nak wspo­mnie­nie jej wią­że się z nie­zbyt miłym prze­ży­ciem. Na pierw­szej lek­cji reli­gii zosta­łam przez nią posta­wio­na w kącie, po raz pierw­szy i jedy­ny pod­czas mego poby­tu w szko­le, ponie­waż zasko­czo­na tonem gło­su i nowym spo­so­bem pro­wa­dze­nia lek­cji nie mogłam utrzy­mać wyma­ga­nej powa­gi, jako że byłam zawsze bar­dzo sko­ra do śmie­chu. Za to do koń­ca życia nie zapo­mnę, że tema­tem lek­cji był Józef z Ary­ma­tei i jego wiel­kie zale­ty. Tyl­ko dotąd nie wiem tego, z jakich źró­deł sio­stra się o nich dowiedziała.

Od Vtej kla­sy uczył nas ksiądz Mały­siak. Bar­dzo był przez nas lubia­ny, pro­wa­dził lek­cje oży­wio­ne, kie­dy trze­ba wyma­gał, dla odprę­że­nia żar­to­wał. W szko­le był waż­ną per­so­ną. Jego imie­ni­ny obcho­dzo­no zawsze uro­czy­ście. Kan­ta­ty śpie­wa­ne dla nie­go pamię­tam do dzi­siaj. Na zakoń­cze­niu roku zawsze on roz­da­wał świa­dec­twa. Znał nas wszyst­kie dosko­na­le, a tak­że nasze rodzi­ny, był jedy­ną oso­bą, któ­ra mogła skon­tro­lo­wać nasze zacho­wa­nie poza szko­łą. Zachę­co­ne przez sio­stry w mie­sią­cach maju i paź­dzier­ni­ku przy­go­to­wy­wa­ły­śmy ołta­rzy­ki i odpra­wia­ły­śmy dodat­ko­we modli­twy do Mat­ki Naj­święt­szej, a w mar­cu do św. Józe­fa, jako opie­ku­na młodzieży.

Przez cały rok, codzien­nie rano, śpie­wa­ły­śmy godzin­ki grę­plu­jąc ręcz­nie runo przy­dzie­lo­ne nam przez sio­strę dyżur­ną. Dla tych to ulu­bio­nych godzi­nek dobro­wol­nie o godzi­nę wcze­śniej przy­cho­dzi­ły­śmy do szko­ły. Lek­cje zaczy­na­ły się o dziewiątej.

Sio­stry zawsze pamię­ta­ły o rocz­ni­cach i świę­tach naro­do­wych i wte­dy odby­wa­ły się t.zw. „poran­ki”, a dzi­siej­sze aka­de­mie. Zazna­czam, że naukę roz­po­czy­na­łam w cza­sie zabo­ru austriac­kie­go. Boha­te­rów naro­do­wych zna­ły­śmy z życio­ry­sów i foto­gra­fii. Szcze­gól­nym kul­tem oto­czo­ny był Kościusz­ko. Rotę śpie­wa­ły­śmy z wiel­kim prze­ję­ciem, gdy wytłu­ma­czo­no nam oko­licz­no­ści, w jakich powsta­ła. Umia­ły­śmy mnó­stwo pie­śni i wier­szy o ojczyź­nie i wiel­kich ludziach, łatwo nam było zor­ga­ni­zo­wać aktu­al­ny pora­nek. Pamię­tam odświęt­ny nastrój w szko­le, gdy ogło­szo­no nie­pod­le­głość Pol­ski. Trzy­ma­ły­śmy szpa­ler i wita­ły kwia­ta­mi przy­jeż­dża­ją­ca­ego z pierw­szą wizy­tą do Kra­ko­wa pre­zy­den­ta Woj­cie­chow­skie­go, kwia­ta­mi wita­ły gen. Focha.

Zdję­cie ze zbio­rów Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Sta­ni­sław Woj­cie­chow­ski, dru­gi pre­zy­dent Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej, po Gabrie­lu Naru­to­wi­czu, przed Igna­cym Mościc­kim. Pre­zy­dent Pol­ski od 20 grud­nia 1922 do 15 maja 1926.

Jeże­li cho­dzi o nasze usto­sun­ko­wa­nie się do naj­bliż­szych, i w tym wzglę­dzie sio­stry poucza­ły nas, że zgod­ne współ­ży­cie opie­ra się na usłuż­no­ści, poprze­sta­niu na małym, a nie­raz na ustęp­stwach ze swe­go ja. Pod­su­wa­ły nam pro­jek­ty poda­run­ków imie­ni­no­wych dla rodzi­ców, któ­rych war­tość pole­ga­ła na tym, że były robio­ne ręcz­nie przez nas z myślą o obda­ro­wy­wa­nej oso­bie. Nauki znaj­do­wa­ły oddźwięk w naszym postę­po­wa­niu. Bez pomo­cy star­szych same orga­ni­zo­wa­ły­śmy św. Miko­ła­ja dla s. Cze­sła­wy. Nie sztu­ka było wziąć pie­nią­dze od rodzi­ców i coś kupić, ale każ­da z nas z darów świę­to­mi­ko­ła­jo­wych coś przy­nio­sła i tak sio­stra była obfi­cie obda­ro­wa­na z tego, co było naszą wła­sno­ścią. Dowód, że zro­zu­mia­ły­śmy, na czym pole­ga wyrze­cze­nie się i przy­jem­ność dawa­nia. Sio­stry nigdy nie żąda­ły żad­nych dodat­ko­wych opłat ani skła­dek na rzecz szko­ły. Jedy­nie tyl­ko mały murzy­nek sie­dzą­cy na skar­bon­ce kiwał nam gło­wą z podzię­ko­wa­niem, gdy pie­nią­żek prze­na­czo­ny na cukier­ki, a odda­ny dobro­wol­nie na cele misyj­ne wpa­dał do jego skarbczyka.

Roz­ryw­ki: raz na rok odby­wa­ła się zaba­wa kar­na­wa­ło­wa, na któ­rej zaba­wia­ły­śmy się gra­mi towa­rzy­ski­mi i tań­ca­mi ludo­wy­mi, któ­rych uczy­ły nas sio­stry. Cza­sem bywał to „bal masko­wy” albo lote­ria fan­to­wa. Kil­ka­krot­nie bra­łam udział w przed­sta­wie­niach, cza­sem były to jed­no­li­te sztucz­ki, czę­ściej obraz­ki sce­nicz­ne, po jed­nej, dwie albo trzy wyko­naw­czy­nie. Jak wspo­mnia­łam, na wszyst­kie rocz­ni­ce naro­do­we przy­go­to­wy­wa­ły sio­stry poran­ki, gdzie część arty­stycz­ną wyko­ny­wa­ły­śmy, dobie­ra­ne według wła­snych pre­dys­po­zy­cji do śpie­wu, muzy­ki lub dekla­ma­cji. Wystę­pa­mi uczen­nic czczo­ne były rów­nież imie­ni­ny ks. Kate­che­ty i s. Pre­fek­ty. Pamię­tam takie imie­ni­ny, gdzie mnó­stwo dziew­czy­nek prze­bra­nych było za kwia­ty i każ­da trzy­ma­jąc w ręku odpo­wied­ni bukie­cik mówi­ła wiersz. Nie­któ­re tek­sty były śpie­wa­ne. Sio­stry pod­kła­da­ły pod sło­wa popu­lar­ne melo­die i w ten spo­sób stwo­rzy­ły coś w rodza­ju ope­ret­ki, w któ­rej wystę­po­wa­ły kwia­ty, moty­le i pta­ki. Naj­więk­szą uro­czy­sto­ścią był koniec roku połą­czo­ny z popi­sem i wysta­wą prac szkol­nych. Cza­sem za zezwo­le­niem kurii mat­ki nasze mogły wte­dy wejść do szko­ły i podzi­wiać mądrość swo­ich córek. Nagród nie dawa­no, wszyst­kie otrzy­my­wa­ły na pamiąt­kę obraz­ki świę­tych. Przy wyjąt­ko­wych oka­zjach były one ręcz­nie robio­ne przez sio­stry na papie­ro­wej kan­wie, ist­ne arcy­dzie­ła koron­ki. W każ­dym roku żegna­ły­śmy naj­star­szą odcho­dzą­cą ze szko­ły kla­sę, obfi­cie zakra­pia­jąc to łza­mi. Do pie­śni „Jak szyb­ko mija­ją chwi­le”, któ­rą wte­dy śpie­wa­ły­śmy, na całe życie nabra­łam uprzedzenia.

Pamię­tam jesz­cze mnó­stwo szcze­gó­łów, ale myślę, że są one mało waż­ne. Jedy­nie nale­ża­ło­by jesz­cze wspo­mnieć o s. Wero­ni­ce, któ­ra goto­wa­ła nam wybor­ne posił­ki, kie­dy po zakoń­cze­niu I woj­ny świa­to­wej we wszyst­kich szko­łach kra­kow­skich odży­wia­no dzie­ci ame­ry­kań­ski­mi dara­mi. Takiej zupy faso­lo­wej, jak goto­wa­ła s. Wero­ni­ka, nie uda­ło mi się jesz­cze nigdy odtwo­rzyć, choć gospo­da­rzę już od trzy­dzie­stu lat.

Na proś­bę sio­stry Anie­li tych tro­chę wspo­mnień spisała 
Kry­sty­na Kra­mar­ska Anyszek
mgr filo­zo­fii mat­ka pię­cior­ga dzieci

Kra­ków 1926. Kry­sty­na i Jani­na Kra­mar­skie. Książ­ka Bab­ci. Kry­sty­na Kramarska-Anyszek.