Dotąd wybuchało przeważnie na Ukrainie. Czołgi rosyjskie czy rosyjskie helikoptery nawet dość widowiskowo.

Równie widowiskowo wybuchały magazyny z amunicją w rosyjskich bazach wojskowych na okupowanym Krymie. Teraz wybuchło na przedmieściach Moskwy. Na autostradzie. Samochód konkretnie. Wewnątrz znajdować się miał główny ideolog Kremla, człowiek nazywany “Mózgiem Putina”. Historyk, profesor Moskiewskiego Uniwersytetu Łomonosowa, strateg i piewca rosyjskiego neoimperializmu, profesor Aleksander Dugin.

NA SZOSIE

Samochód prowadziła jego córka. Okazało się, że w ostatniej chwili Dugin przesiadł się do innego auta. Daria Dugin zginęła na miejscu, a fotografia ojca stojącego na szosie, trzymającego się za głowę i zapatrzonego w płonący wrak, przeszła już do historii. “Mózg Putina” wygląda na tym zdjęciu jakby sam miał zaraz eksplodować. Trudno się dziwić.
Abstrahując od samego zamachu oraz jego konsekwencji, bezpośrednich i odłożonych w czasie (innym razem, innym razem), a bardziej w odniesieniu do ataków na bazy rosyjskie na Krymie, chodzi mi po głowie pytanie, czy Amerykanie kierują ukraińskimi pociskami dosłownie? Bo, że dostarczają Ukraińcom danych wywiadowczych w czasie rzeczywistym z wykorzystaniem rozpoznania satelitarnego, nie mam wątpliwości. Że brytyjskie wojska specjalne pilnują “centrów decyzyjnych” w Kijowie, również nie wątpię. A most nad Cieśniną Kerczeńską czeka…

Ale nie o tym dziś chciałem. Dziś miało być o książce. Mianowicie Rosiak Dariusz popełnił taką jedną, a zatytułował ją “Bauman”. Krótko i treściwie. Mnie raczej byłoby wstyd zaczynać od tego nazwiska. Natychmiast można też zauważyć, że wydawca książki (Wydawnictwo Mando) potrafi rozedrzeć szaty, czyniąc rozdzieranie, powiedziałbym: afektywnym. Proszę przyznać, że poniższa, dwuzdaniowa fraza, brzmi niczym erupcja wulkanu.

GADZIŃSKOŚĆ

Czy tam jak inny szatański paroksyzm. Proszę: “Bez Baumana nie zrozumiesz świata. Bez tej książki nie zrozumiesz Baumana”.
Łoł! – i przepraszam za onomatopeję. “Grubo pojechane” – jak mawia młodzież. Wszelako co właściwie mamy tu do rozumienia, ja się pytam? Świat jaki jest, każdy widzi. Każdy rozsądny, odpowiedzialny i rozumny, bo cała reszta widzi to, co media im pokażą. Całej reszty nie interesuje, kto im wybiera pokazywane, i czemu to wybiera, co pokazuje, a nie coś innego. No, ale to już zupełnie inny wątek, fascynujący do bólu korzenia trzonowca, i do którego wrócimy nieco niżej.
Natomiast co do Rosiaka, a raczej w odniesieniu do książki Rosiaka, kto dziś nie wie, kim był, skąd wziął się i co w przestrzeni publicznej wyprawiał ów cały Bauman? Kogoś obchodzi droga marksisty i drania zarazem: “Od ideologicznego fanatyzmu do przenikliwej krytyki nowoczesności”? Nawet gdy łajdak przestaje być w jakiejś części łajdakiem, dajmy na to: ponieważ to i tamto objął nareszcie rozumem, nawet wówczas, powtarzam, czy jego akolici, zafascynowani biegiem życia niegdysiejszego łobuza, łotra i nikczemnika, czy tam jego dokonaniami na gruncie socjologii, posiadają legitymizację by wybaczyć kanalii jego niegdysiejszą gadzińskości? Uwaga: w imieniu ofiar?

PRZY ORDERACH

Proszę? Że Rosiak niczego Baumanowi wybaczać nie musi, że Bauman przyzwoitym człowiekiem był? Czy tam, że w końcu został? Że nikogo nie zabił? Że to typ ewangelicznego Szawła, który stał się Pawłem, bo chciał? Jakoś nie chce mi się wierzyć w tę niewinność po baumanowsku. Gdyby komuniści nie mordowali nas po II wojnie, “Polska” byłaby zapewne Polską, a nie tym czymś, czym jest dzisiaj (tu konieczny wtręt: ponieważ jednym czy w paru zdaniach opinii nie zamknę, zatem czym dzisiaj jest “Polska”, porozmawiamy sobie innym razem).
Nota bene: kogo osobiście zabił Jaruzelski, wiemy? Czy tam Stalin? Tacy jak oni (plus ludzie baumanopodobni) zaledwie przytulali nas do serc, mocno, i mocniej, i przytrzymywali przy orderach, póki oddechu nam nie zabrakło. Symbolicznie sedno ujmując i ujmując sedno nie symbolicznie. Dzieci tych, którzy przeżyli to przytulanie, “czerwoni” głaskali jeno po główkach, wskazując im słuszną drogę rozwoju. Czy jakoś podobnie. Też symbolicznie i także nie. Więc.
Więc, czyli do czego zmierzam. Kieruję się otóż ku spostrzeżeniu (nigdy dość tych przypomnień), że współczesną Polską rządzą – zza kulis, bo nie nominalnie przecież – potomkowie “elit”, przywiezionych do Polski na pancerzach rosyjskich czołgów. Najkrócej rzecz ujmując.

PRZESĄDZENIA

Ukształtowani intelektualnie przez rodziców, przez rodziców “patriotów” wprowadzeni do nadwiślańskiej przestrzeni publicznej, rozmnażają się bez przeszkód. Wychowują następców, ci zaś decydują, przykładowo, co oznacza termin praworządność. Definiują, co naród rozumieć ma jako sprawiedliwość, co to właściwie znaczy być uczciwym, a generalnie jak powinniśmy żyć. I meblują nam portfele. Jak to “politycy”. No przecież.
Tak było, powiadam, więc tak jest. Pani historia ma swoje prawa i dobrze je zna. A co z konsekwencjami powyższego? Wiele ich, to jedna rzecz, ale czy w bilansie ogólnym nie nazbyt wiele? Dla narodu, któremu wrogowie przez ostatnie stulecie odrąbywali głowy? Dosłownie i w przenośni? Moim zdaniem przesądzająco (rozstrzygająco) wiele i z tej właśnie przyczyny nie potrafimy dziś, większość tego nie umie (przepraszam za kwantyfikator uogólniający) – więc nie potrafimy rozpoznać powodów, dla jakich to, co pokazuje się nam, nam się pokazuje. Założenie, że dziennikarskie sito informacyjne działa samo z siebie dla siebie samego, uwłacza ludzkiej inteligencji, w każdym razie takiej, która liznęła treści głoszone przez tego czy innego ze znaczniejszych światowych medioznawców. Dajmy na to Neila Postmana (zmarły w 2003 roku amerykański medioznawca i krytyk kultury) czy Marshala McLuhana (kanadyjski teoretyk komunikacji).

TRZECH W JEDNYM

Nie umiemy, powtórzę, rozpoznać powodów, dla jakich to, co się nam pokazuje i co mówi się do nas, pokazuje się nam i mówi. Bo skąd mielibyśmy to wiedzieć? Od kogo mielibyśmy się dowiadywać? Skąd czerpać informacje, że ta akurat wiedza jest nam potrzebna, a niewiedza o tym wymiarze rzeczywistości trwale nas oślepia? Jedna z konkluzji wspomnianego wyżej McLuhana nie wzięła się przecież znikąd, a z obserwacji: “Wychowywać, to znaczy uczynić niewrażliwym na telewizję”. Zmarły w 2003 roku amerykański medioznawca i krytyk kultury Neil Postman, ujął to samo w słowach: “Po pojawieniu się telewizji, Stany Zjednoczone nie były Ameryką z dodaną do niej telewizją; telewizja nadała nowy koloryt każdej kampanii politycznej, każdemu domowi, każdej szkole, każdemu kościołowi, każdemu przemysłowi”.
W związku ze wszystkim powiedzianym wyżej, takie oto zakończenie tytułowego wątku dziś proponuję: wydawnictwo za zgodą autora (lub sam pan Rosiak) zaczyna prezentację Baumana we wspomnianej książce słowami: “Polak, żyd, komunista”. On jeden, a ich trzech? Trzech w jednym? Uwierzyć trudno, że w krótkim wskazaniu, czy tam w podsumowaniu, można tak nakłamać. Tak wiele, że aż wszystko. Spore osiągnięcie. Sto procent Polaka, sto procent żyda i sto procent komunisty? Czy jak to się tam rozkładało? Jak to możliwe, skoro to niemożliwe? Człowieka na trzysta procent normy dostajemy więc w “Baumanie”, czy jednakowoż trzysta procent łgarstwa? Czyż to nie intrygujące?

SZAMBONURKI

Otóż nie, to nie jest intrygujące. To żadne jest. Oczywiście, kto chce potwierdzenia, że w szambie cuchnie, ten głowę między okładki wepchnie. A niechby i sobie zanurkował czy popływał, czemuż mielibyśmy żałować atrakcji głupcom? Czy tam wariatom ich zwariowań? Nonsens. Więc to już ewentualnie beze mnie. Bez nas, jak sądzę.
Ale co tam książki. Każdy może dziś przy biurku usiąść, powietrza płucom dostarczyć, ulubionego sierściucha z blatu pogonić, grzywą zarzucić, klawiaturę zmaltretować, książkę napisać. “Popełnić”, jak mówią. Inna sprawa, że mało kto chce tak “popełnione” książki czytać. Bo niby po co? Co innego sieć www. O, tak. Internet, to jest dopiero królestwo nowoczesności prawdziwie postępowej. Można oszaleć – i niektórzy rzeczywiście szaleją. W tym sensie, że standardy dziennikarskie idą w kąt. Precz idą. W kubeł. W ściek.
Zapewne Odra owe standardy wsysa, Odra to dziś modna rzeka, dajmy na to w osad denny (wsysa), a po dobroci oddać nie chce. Przykład? Czytamy: “Śledztwo mające wyjaśnić przyczyny katastrofy od piątku prowadzi specjalny zespół śledczy złożony z prokuratorów Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu”. Powyższe zdanie nazwałbym stricte informacją. Jest dobrze. Więcej, więcej? Niestety.

NICNIERÓBSTWO

Niestety, nadmierna prędkość przyczyną wypadków. Już w drugim zdaniu uderzamy w mur niekompetencji, dowodzący zjawiska, o którym wspomniałem wyżej. Dziennikarska rzetelność? A czy to trzeba solić i czy się długo gotuje? Czytamy: “Z informacji Onetu wynika, że przez trzy dni długiego weekendu śledczy nie zrobili nic, by choć przybliżyć się do wyjaśnienia przyczyn katastrofy”.
Już widzę te tabuny “dziennikarzy” Złonetu, uganiających się za tłumem prokuratorów, czy lepiej: kroczących za tym czy tamtym prokuratorem przechadzającym się wzdłuż Odry. “Dziennikarzy” przyklejonych niczym rzepy do prokuratorskich pleców. “Dziennikarzy” zadających plecom podchwytliwe pytania i zaskakujących świat cały konkluzjami poświęconymi “nic nie robieniu”. Innych “dziennikarzy” też widzę, pochowanych po krzakach, obsiadających co grubsze konary, wysoko, najwyżej jak się da, w drzew nadodrzańskich koronach, wystawiających teleobiektywy i kierunkowe mikrofony, i wypatrujących niecodziennych sytuacji. Czy tam polujących na dwuznaczne zachowania “nic nie robiących” prokuratorów.
By the way: trzeba zachowanie “dziennikarzy” zrozumieć. Może któryś z obserwowanych prokuratorów zaśnie nad śniętą rybą? Usta śmiesznie rozdziawiwszy, zachrapie głośno? Czy tam zaspokoi pragnienie koktajlem ze “złotych alg”, wody z rzeki zaczerpnąwszy? Takie zdjęcie – i niech kto inny zajmuje się profesorem Roszkowskim – to dopiero będzie “HiT”.

***

Ciekawe swoją drogą, czy pan Paparazzo (to imię namolnego fotografa z filmu Felliniego “Słodkie życie”) byłby dumny z pań i panów “dziennikarzy”, czy raczej uciekałby, gdzie nie rośnie nic, nawet pieprz. I jak prędko uciekałby. Ale pomyślę o tym jutro. O ile Bóg pozwoli, a upał nie przeszkodzi. Bo między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca naprawdę wytrzymać nie idzie. W każdym razie między złotą algę a honor tak zwanego polityka nadwiślańskiego, szpilki nie wciśniesz. Tak gorąco.

Krzysztof Ligęza

Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl