Piątek wieczorem, Terminal B na Paryskim CDG. Tutaj kołuje EasyJet z Krakowa.
W terminalu czeka na nas Andrzej z kolegą, również rycerzem JPII. On już drugi raz odbiera mnie z lotniska. Taka wyprawa na CDG i powrót do miasta to w piątkowym szczycie wyrwa czasowa na 3-4 godziny. Jesteśmy wdzięczni, do wyrzutów sumienia włącznie.

Do poniedziałku rano będziemy pomieszkać u Małgosi i Andrzeja.
W sobotę rano, jedziemy wszyscy do polskiego kościoła Polskiej Misji Katolickiej przy Rue Saint-Honoré. Kilka przystanków metrem 12 i wysiadamy na Concorde. Iglica na środku placu, obok park Tuileries, dochodzący aż do Luwru, wzdłuż rue Rivoli. I tu szok. Samochody, nie-ekologiczne wyrzutki społeczne, tłoczą się karnie na jednym pasie. Resztę zajmują przemieszczający się w surrealistycznej ciszy rowerzyści. Takiego Paryża nie znamy. Będziemy widzieć to samo w szeregu innych miejsc w centrum. Jedno jest pewne, wyznawcy religii CO2 są zadowoleni, choć cała reszta ma pod górkę, a ponoć ma być jeszcze dużo lepiej i ciekawiej.

W kościele uroczysta msza z okazji święta Niepodległości, przy pełnej asyście Rycerzy Jana Pawła II-go. Ja występuję w pożyczonej mantulli. Na mszy pojawiają przedstawiciele naszej ambasady i poczty sztandarowe francuskich kombatantów; przecież Francja świętuje l’Armistrice.

Wieczorem zdołamy się jeszcze wybrać do Krzysia i Marysi. Okazuje się, że Pan Krzysztof akurat ma urodziny. Na szampana mogę jeszcze tylko popatrzeć, choć czas oczekiwania skurczył się do jakichś sześciu tygodni.

Na następny tydzień przenosimy się do Polskiego Seminarium w Issy-les-Moulineaux. Kombinujemy z Panią Basią jak zrobić tą mini przeprowadzkę. Dziś zaczyna się mój wykład i nie zdążyłbym przewieźć całego naszego majdanu do Issy, a potem dojechać na czas do Cachan, pod Paryżem. Stanie na tym, że Pani Basia weźmie bagaż podręczny, a ja przyjadę po resztę po zajęciach.

Polskie seminarium w Paryżu ma długą historię, sięgającą końca II-giej wojny światowej. Wychowało ponad stu kapłanów. Do obecnego budynku w Issy przeniosło się jednak dopiero w 1996. Od 2002 roku działało tutaj „Studium Filozoficzno-Etyczno-Społeczne”, które współpracowało z Katolickim Uniwersytetem w Lublinie. Ze strony PMK koordynował studium ówczesny proboszcz na Condorde, Wacław Szubert. Ze strony KUL-u prof. Włodzimierz Dłubacz. Wykłady były otwarte i sam byłem na wielu z nich.
Studium może poszczycić się ponad 1200 absolwentami. Pani Basia jest w tej grupie. Spora grupa kontynuowało naukę i zdobyło KUL-owskie tytuły magistrów filozofii. Pan Krzysio należy do tej grupy. To nie koniec, jakieś dwadzieścia osób otwarło przewody doktorskie. Nie wiem jak wiele z nich zakończyło się sukcesem, ale była to na pewno wylęgarnia polonijnych elit. Towarzystwo Filozoficzne które się zawiązało, działa do dziś i organizuje comiesięczne spotkania.
Obecnie, od 2023 roku ma tu swoją siedzibę „Studium KUL dla Polonii i Polaków za granicą”. Wolne pokoje w seminarium wynajmowane są po przystępnej cenie.

Dojazd do Cachan oznacza godzinę spędzono w dwóch pociągach. Byłem tam, w nowej siedzibie uczelni w styczniu, więc wiem, gdzie jechać i gdzie potem iść.
Rozmowa na portierni, czyli accueil, to test mego podrdzewiałego francuskiego. Okazuje się, że muszę podejść do drewnianej skrzynki dla wykładowców i pobrać listę obecności. Niewidzialna ręka przygotuje tą listę każdego dnia. Niestety, nie wyglądam na typowego francuza i jakiś pracownik próbuje mnie zatrzymać i przepytać. Ale ja akurat wyciągam moją listę ze skrzynki i on wie, że to dla wtajemniczonych i daje mi spokój. No, może mógłbym być uprzejmiejszy i się wytłumaczyć z mej tu obecności, ale w naturze ludzkiej – mojej też- jest jakiś element przekory, który akurat wygrywa.
Mam tremę, poprzednio wykład odbywał się on-line, teraz jestem w klasie z grupą dwudziestu kilku studentów. Z drugiej strony, wykładam temat trzeci raz, a jest o drugą częścią, jakby kontynuacją tego co robi ich profesor. Nie jest źle, ale przecież nie może być dobrze cały czas. Pociągi w drodze powrotnej zaczynają nagle jeździć według indywidualnego rozkładu jazdy przypominając mi, że jestem w Paryżu. W końcu docieram do Małgosi i Andrzeja. Zabieram naszą walizkę – Andrzej pomaga mi do metra- i jadę do Issy.

Budynek seminarium stoi na szczycie sporego wzniesienia i znamy tą trasę bardzo dobrze, ale nigdy nie ciągnąłem za sobą piętnaście kilo bagażu. Potrzebujemy jednak ćwiczeń i dziennej porcji kilometrów. Co cię nie zabije to cię wzmocni…
Pokoje z trzymetrowymi sufitami. Mamy w zasadzie jakby apartament, bo dwie sypialnie. Jest tu winda, kuchnia, nawet pralki. Te warunki przyciągają studentów przebywających tu w ramach Erasmusa. Jest też kaplica, a w piwnicznej części kuchnia i jadalnia, gdzie będziemy schodzić na śniadania.
Wtorek drugi dzień wykładu, a wieczorem postanawiamy zadzwonić do Karoliny i Michała. To młodsza generacja, w wieku naszych dzieci, ale jakoś nas tolerują, podobnie jak Graeme i jego żona, do których też mamy zamiar się wybrać.
Naprędce umawiamy się na obiad. Zadziwiające, bo oni mają dwoje małych dzieci. Spotykamy się w nowoczesnej dzielnicy Issy, która, jak się potem okaże, jest blisko miejsc, które też znamy. Dzieci siedzą przy stoliku zajadają frytki i coś jeszcze i kolorują obrazki. Żadnego marudzenia czy płaczu. Po dwóch godzinach naszych rozmów dzieciarnia po prostu zasypia w fotelach. Francuskie wychowanie w praktyce.

Pani Basia niespodziewanie wrzuca elektryzujący – mnie- temat: „A może kupilibyśmy tu rower?” Koło placu Republiki jest dobrze nam znany sklep rowerowy, Cycles Laurent, prowadzony przez trzecie już pokolenie pasjonatów tego sportu. To tu kupiliśmy kilkanaście lat temu jej Pinarello i tu bywaliśmy szereg razy, aby podobne, dwukołowe cuda techniki pooglądać i dotknąć. Trudno żebym nie przytaknął takiemu pomysłowi. Piszę małą specyfikację na kartce a Pani Basia, w ramach obchodu miasta odwiedzi sklep. Pierwsza runda kończy się zimnym prysznicem, bo moje apetyty wycenione zostają na osiem tysięcy Euro.
Obsługę seminaryjnego hotelu i stołówki zapewniają siostry. Spotykamy się na porannych mszach, jeśli damy radę, wieczorem o ósmej na różańcu i oczywiście przy śniadaniu.
To tam spotkamy księdza Szuberta, obecnie tutejszego emeryta-rezydenta. Dowiadujemy się o kościele Saint-Louis d´Antin, w sercu Paryża, w którym 4-5 księży spowiada 12 godzin dziennie. Imponujące jak na nację, która rzekomo z katolicyzmem nie chce mieć nic wspólnego. Po śniadaniu, ksiądz Wacław właśnie tam się wybiera. Zabiera kawałek bagietki – to będzie jego obiad w przerwie od konfesjonału.
Mamy jechać do Klimów. Gdzieś w naszej okolicy jest stacja kolejowa Meudon. To koło Lidla, do którego w dawnych czasach jeździliśmy na zakupy. Jakiś kilometr z okładem od seminarium. Idziemy przećwiczyć trasę do stacji.
Europa, można by powiedzieć, jest dużo bardziej kompaktowa w porównaniu z Kanadą.
Linia kolejowa i stacja, jakby wciśnięte między z budynkami mieszkalnymi. Ulice kręte i wąskie, a do tego wszędzie remonty.
No i stacja Meudon istnieje i Pani Basia postanawia stąd podjechać do Paryża, a wieczorem udać się w kierunku przeciwnym, do Vélizy.
Po chwili wraca – pociągi odwołane do trzeciej. Zaczepia jakąś młodą parę. Do placu d´Italie można dojechać autobusem. Idziemy za nimi i Pani Basia zostaje na przystanku.

Wracam do Issy. Kondycja na pewno mi się poprawia, bo znowu jest pod górkę a ja idę szybciej niż dwa dni temu. Zanim pojadę na uczelnię mam jeszcze zadanie kupienia jakichś win w sklepie Nicolas. Znowu do centrum na dół i potem do Seminarium pod górę.
W sklepie oglądam półki pełne win, sporo nalepek w stylu Nowego Świata i mnie nie znanych. Przy francuskich klasykach oczy jednak wychodzą mi z orbit. To z powodu cen. Nicolas nie należy do najtańszych sklepów, ale ceny jakby się podwoiły. A ja narzekałem na nasze LCBO.

Wybieram białe wino z okolic Anjou, na bazie winogron chenin blanc. Będzie podobne do sąsiedniego Vouvray. Może lekko słodkie, z owocową nutą. Nie spotkałem nikogo, kto by miał coś przeciwko Vouvray.

Potrzebujemy jeszcze jednego wina. Dla odmiany sięgam na wschód od Chateauneuf du Pape; Beaumes–de-Venise. Butelka ma symbol papieskich kluczy, tak charakterystyczny dla tamtejszych marek. Istotna jest też obecność winogron grenache. To główny składnik słynnych win papieskich. Podobne wino, wyprodukowane kilka kilometrów dalej kosztuje dużo mniej, choć w smaku nie ustępuje słynnym winom tuż zza miedzy. I nie zawiedziemy się, gdy kilka dni później butelka zostanie otworzona do obiadu.
Po zajęciach wracam się do Vélizy; jest już po siódmej. Na WhatsAppie niepokojący wpis od Graeme´a, że Pani Basia jeszcze do nich nie dotarła… Jakoś się dodzwaniam; ona właśnie wychodzi…, no to ja będę wcześniej na miejscu, a miało być odwrotnie!
Gdy docieram do stacji Viroflay, jest ciemno i pada. Stąd jeszcze jest kilka przystanków tramwajem T6 i potem błąkanie się po osiedlu, na którym nigdy nie byliśmy, w środku Vélizy. Decyduję się czekać. Kilka pociągów później zguba się pojawia.
W rękach kwiaty, torba i mini walizeczka na kółkach – której nigdy nie widziałem na oczy – z upominkami. Nie widzi mnie i zaczepia jakichś ludzi; pewno pyta, jak dojść stąd do tramwaju, który ma przystanek w podziemiach, kilka kondygnacji poniżej.

Młodzi wynajmują trzypokojowe mieszkanie, 80 m2, za jedyne 1200 €. „Princessa”, która u nas w lecie, stawiała pierwsze kroki na spacerze, już śpi. Na stole bateria win, a my nie pijemy.
Raclette wchodzi jednak wspaniale, nawet bez wina. Czas leci szybko. Spoglądam na zegarek; 23:20. Wychodzi na to, że za godzinę możemy się załapać na jakiś nocny autobus. Tramwaj i pociąg już odpadły. Pani domu jednak decyduje, że może nas podwieźć do samego Issy. Ona chwilowo też się zalicza do grupy niepijących. Za kilka miesięcy „Princessa” będzie miała rodzeństwo. Z Vélizy do Issy jest zaledwie kilkanaście kilometrów, a przed północą na drodze nie będzie ruchu.

Najbardziej stresująca część mego pobytu na uczelni skończyła się. Zostały dwa dni konsultacji, na temat projektów semestralnych a w poniedziałek prezentacja i obrona projektu na temat mego wykładu. Teraz to studenci muszą się przyłożyć.
Piątek, wracam do Issy głodny. Na malutkim straganie obok sklepu na rogu, przed stacją metra, garmażerka; pieczony udziec z jagnięcia i galaretka z nóżek, a ja od śniadania jestem na dwóch kawałeczkach bagietki z serkiem twarogowym „Madame Loik”. Skręca mnie, i myślenie o poście schodzi gdzieś na dół listy (zresztą, ponoć w mym wieku, mam już dyspensę) ale też nie wiem co Pani Basia wymyśliła?
Na stole w pokoju pudełko malin i zupka z porów. Dobra, ale kręcę nosem na wspomnienie tego jagnięcia…Pani Basia mnie kwituje;
– mogłeś kupić!

Za to, szczęście kulinarne uśmiecha się do nas w sobotę.
Małgosia z Andrzejem zapraszają nas na obiad na St. Michel. W okolicy słynnej rzeźby egzystują dziesiątki restauracji i kafejek. Wybieramy wg. menu. Najważniejszy pozycja to „Soupe à l’oignon gratinée”.

Z Panią Basią mamy wypracowany of dawna, sprawiedliwy podział ról przy jedzeniu zupy cebulowej. Ona zjada część płynną i ser z grzanki. Dla mnie zostaje grzanka z resztką sera i cebula.
Reszta dnia nie mniej ekscytująca. W domu kombatanckim na Legendre wieczornica niepodległościowa, organizowana przez Pana Krzysia. Trochę poezji i Chopin. W końcu zabierze głos redaktor Piotr Witt, także paryski korespondent radia Wnet.
Wybory mamy jeszcze świeżo w pamięci, a komentarze redaktora są ulokowane raczej po prawej stronie sceny politycznej. W pewnym momencie ktoś nie wytrzymuje i wychodzi.

Po części formalnej jest jeszcze spotkanie towarzyskie, przy zakąsce i szklaneczce wina.
Kupujemy książkę o bulwersującym tytule „Komu polska przeszkadza”. Są też „Kroniki Paryskie” i „Przedpiekle Sławy, Rzecz o Chopinie”. Nakład tej ostatniej pozycji jest, niestety, wyczerpany, istnieje jedynie audiobook. Już w domu zabierzemy się do czytania. Język redaktora jest lekki i książkę czyta się świetnie.
Rezygnujemy z drugiej części imprezy; musimy dojechać do Issy, a potem spakować się. O ósmej rano przyjedzie Andrzej i będziemy się znowu przeprowadzać. Po mszy na Concorde zabiorą nas do siebie Adaś i Tereska.
Nie możemy się spóźnić, bo dziś są urodziny Pani Tereski (znowu mamy szczęście) i już dawno zarezerwowano miejsce w restauracji. Mięsa w sosie ze smardzów podlewane nieziemskim Chablis, a ja wciąż oglądam etykietki.

Potem jeszcze ostatni wyjazd na uczelnię w poniedziałek po południu. Pan Adaś oferuje podwózkę do Paryża. Ostatnia próba zajrzenia do sklepu z rowerami nie wyjdzie; dojazd do Republiki zablokowany przez jakąś manifestację. Krążymy, aby dotrzeć do najbliższej stacji metra. Muszę wpierw dojechać do stacji przesiadkowej na RER. W metrze spostrzegam się, że jadę w przeciwną stronę. Trzeba się przesiąść i pojechać z powrotem.  To kosztuje mnie piętnaście minut. RER też się spóźnia. Profesor dostanie mego sms´a, i zaczną beze mnie, jest harmonogram.

W sobotę i w niedzielę wieczorne rozmowy rodaków.
Potem już ponownie Terminal B na Paryskim CDG.

Adieu Paris, à la prochaine fois.
Leszek Dacko