Redaktorowi Lisiewiczowi (chyba) puściły nerwy. W jednym z ostatnich numerów (29) „Gazety Polskiej”, Pan Braun awansował z „ruskiej onucy” na „ruskiego szmaciarza”. Rozumiem co rozeźliło Lisiewicza: prezydent Lech Kaczyński został ponoć umieszczony na liście „twórców kłamstwa jedwabieńskiego” za to, że podjął decyzję o wstrzymaniu ekshumacji ofiar w Jedwabnem w kluczowym momencie, na wniosek rabina Schudricha. Ekshumacja mogła pomóc ustalić sprawców mordu na mieszkańcach Jedwabnego, przypuszczalnie wskazując na Niemców i oczyszczając Polaków. Ale nagle naciśnięto hamulec, w wyniku czego Polacy w dalszym ciągu figurują na liście zabójców – przynajmniej w mniemaniu pewnych środowisk, nie wyłączając Gazety Polskiej i kilku prezydentów.


 

Więcej! Pan Lisiewicz woli rząd Tuska od ewentualnego rządu Pana Brauna! Przy „ruskiej swołoczy”, Tusk to ponoć polski patriota!” – prawie że cytuję. Rozumiem, że panu Lisiewiczowi może być nie po drodze z Panem Braunem, ale szkoda, że nie podał jakichś przykładów patriotyzmu Tuska, bo gubię się w domysłach.
Rozumiem też, że Braun psuje szyki samemu Prezesowi. Jeszcze kilka miesięcy temu (pisałem o tym) w Rzeszowie na zjeździe PiS-u Prezes snuł plany odebrania Braunowi elektoratu – który on rzekomo niesłusznie zawłaszczył. Wiemy już, że elektorat okazał się, jak dotąd, nieposłuszny. Z drugiej strony, jeśli tęgie głowy jak pan Lisiewicz, dopuszczają grzeszną myśl, że taki Braun mógłby stanąć – o zgrozo – na czele następnego rządu, to też o czymś świadczy!

***

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Prezydent Nawrocki miał pod koniec lipca czas na krótki wypoczynek w Juracie. Przy okazji „Super Express” zaoferował małą sondę – ocenę dotychczasowej Jego prezydentury. Były trzy kategorie odpowiedzi. Dobra, zła i wisi mi to.
Głosuję i mogę zobaczyć wyniki. Otóż dobra ocena to 40%, zła 56%. Pozostałe 4%.
Zakładam, że tak głosują fani „Super Expressu”.

Trudno się dziwić; tytuł nad tekstem brzmiał: „Karol Nawrocki z rodziną poszedł na mszę. Tak potraktował innych po wyjściu z kościoła”. Słowo „potraktował” zostało wytłumaczone w tekście: „Po nabożeństwie prezydent Nawrocki aktywnie nawiązywał kontakt z obywatelami, pozując do zdjęć, rozdając autografy i rozmawiając z ludźmi, co zostało odebrane jako gest otwartości i dostępności”. Zaglądam do Słownika Języka Polskiego. Potraktować kogoś można dobrze albo źle. Większość definicje ma jednak nutę pejoratywną. Pewno się czepiam, ale wiadomo, że wiele osób czyta tylko tytuły.

Oglądam nowsze sondaże: jeden na Interii wymienia 56% pozytywnych notowań.
Z kolei w sondażu Instytutu Badań Pollster, 47% ankietowanych dobrze oceniło prezydenta Karola Nawrockiego.
Warto dodać, że według sondaży na najlepszego prezydenta w post-komunistycznej Polsce, na pierwszym miejscu niezmiennie utrzymuje się Kwaśniewski.
To Prezydent Kwaśniewski przeprosił za zbrodnię w Jedwabnem 10 lipca 2001 roku podczas uroczystości w 60-tą rocznicę mordu. Nie wiem czy się to w jakiś sposób koreluje, ale chyby nie, bo przepraszał także Komorowski, a on w rankingach popularności zajmuje dalszą lokatę.

***

Po powrocie z europejskich wojaży początkiem kwietnia, zastaliśmy trawniki zryte przez miejski traktor usuwający śnieg. Niegdysiejsze bobcaty miały pług i rozstaw osi odpowiadające szerokości chodników. Obecne mają rozstaw osi o jakieś czterdzieści centymetrów szerszy i nijak nie mogą się zmieścić na tutejszych trotuarach. Pomijam już fakt, że mają dużo większe koła i stosowną moc pod maską, co prowadzi pracowników do grzechu traktowania traktorka jak porsche. Pieprzyć już ten trawnik miejski – nasz problem to murek oporowy, który podchodzi dość blisko chodników i mógłby zostać uszkodzony w kopnym śniegu. Oznaczam więc murki i krawężniki na podjeździe pomarańczowymi tyczkami z odblaskami. Facetów to chyba irytuje, bo trudno tych tyczek nie zauważyć, więc orzą trawę po drugiej stronie.
Zakładam też, że jakiś urzędas z Miasta musiał dostać premię albo może i awans za zlikwidowanie tych bobcatów. Kosztorysy środków stałych się pewnie poprawiły. Nikt za to nie śmie spojrzeć na koszty operacyjne, bo miasto, planowo, do końca czerwca usuwało te trawnikowe szkody na osiedlach zatrudniając prywatnych podwykonawców. Do naszego trawnika dotarli w połowie lipca. Części pracy nie dokończyli, bo w dziurach pozostałych po zimie zagnieździły się osy. Za to po poprawieniu ostatniej części trawnika znikł nasz sygnał internetowy. Kilka godzin później pojawił się człowiek z Bella. Urządzenie pomiarowe oszacowało miejsce uszkodzenia na 16 metrów od domu. To akurat tam, gdzie kontraktorzy poprawiali trawnik!
Kabel został przecięty tuż przy chodniku. Ci od trawnika machnęli łopatą i po kablu. Nie bardzo wierzę, że nie wiedzieli, ale trudno. Uszkodzenie nastąpiło dziesięć centymetrów od płyty, czyli zostało bardzo mało miejsca na naprawę. Pracownik Bella miał ochotę pociągnąć prowizoryczny kabel, gdzieś po drzewach, ale trochę się uparłem, obiecałem mu pomóc i facet się zgodził.
Ten kabel to światłowód, więc wymagający specjalnego narzędzia do perfekcyjnego przecięcia i połączenia przewodu. Udało się i po godzinie pracy mieliśmy Internet. Kabel muszę jednak zagrzebać głęboko, bo wielkie traktory znowu przyjadą tu gdzieś w grudniu i ponownie rozjadą trawniki.
Miasto twierdzi, że tych węższych chodników jest w Toronto jakieś trzydzieści procent, ale to widać za mało, aby utrzymać na stanie traktorki stosownej wielkości. Taniej jest rozwalać trawniki i potem je naprawiać. Nareszcie rozumiem lepiej, co to jest zrównoważony biznes.

***

Mąż znajomej Pani Basi jest, a raczej był, entuzjastą rowerów elektrycznych. Miał bowiem pecha i uległ poważnemu wypadkowi. Nikt w niego nie wjechał, przewrócił się sam. Skutki straszne: wybita kość ze stawu barkowego – choć to najmniejszy problem – oprócz tego zmiażdżona kość udowa i rozwalony staw kolanowy. Dwa miesiące później, po kilkugodzinnej operacji, wstawieniu dwóch szyn i mnóstwa śrub, aby złożyć kawałki kości udowej i uratować poważnie uszkodzone kolano, lekarze mówią, że pacjent powinien być szczęśliwy, bo zapewne będzie mógł chodzić. O rowerze czy nartach nie będzie już mowy. W niedalekiej przyszłości na pewno będą konieczne następne zabiegi, by tamte śruby usunąć i całkowicie wymienić poważnie uszkodzone kolano.

Jeżdżę też na rowerze więc się interesuję. Nowoczesne rowery kolarskie, a takim dysponuję, ważą rzędu 7-9 kilo. Rama z włókna węglowego to mniej niż dwa funty. Każde koło niecałe kilo, reszta to przerzutki, hamulce, kierownica i siodło. Upadki na rowerze są zawsze niebezpieczne, lecz dwufuntowa rama nie zmiażdży kości udowej. Ale rowery elektryczne to 20-26 kilo, z ciężką baterią, najczęściej w ramie. Efekt uderzenia jest o wiele gorszy, do tego dochodzi prędkość jaką może każdy, także ten niewprawiony, osiągnąć. Sprawdzam statystyki wypadków. Te na elektrykach zdarzają się ok. 35 % częściej. Na rowerze klasycznym, prędkość jest wykładnią formy fizycznej i wieku delikwenta. Na elektryku, każdy potrafi nacisnąć gaz do dechy. Nie bez znaczenia jest profil wiekowy. Wyścigówkami jeżdżą częściej młodzi, a na elektryka może wsiąść każdy, także ci co jeszcze chcą uchodzić za młodych, mimo, że już nimi nie są.
Podobny problem dotyczy hulajnóg elektrycznych. W czasie, gdy zaczęły zyskiwać popularność, stały się wręcz plagą paryskich ulic. Jednoślady te nagminnie używano do transportu dwóch osób, co oczywiście było nielegalne. Dopiero kilka poważnych wypadków zmusiło miasto do radykalnego podejścia do przepisów.

Warto zastanowić się jak na te trendy patrzą zwolennicy zrównoważonego transportu? Przecież elektryczny rower to ekologiczny środek transportu więc już w założeniu musi być dobry, nawet jeśli na dworze jest minus dziesięć. Wspominałem o tym w poprzednim dzienniku przy okazji rozważań na temat Trzaskowskiego strategii rozwoju Warszawy. Wspomniał o tym nonsensie Pan Wilk w niedawnym wywiadzie u „Towarzyszki Panienki”.

Wyznawcy zielonego ładu postulują ograniczenie prędkości ruchu samochodów do 30 km/godz., co oznacza praktyczne zamrożenie śródmieści, ale za to więcej ścieżek, bo to ma poprawić bezpieczeństwo elektrycznych jednośladów. Ignorują jednak statystyki, które jasno pokazują, że większość wypadków wydarzyła się bez udziału innych pojazdów. Tak zresztą było w opisanym powyżej zdarzeniu.
Miasto Toronto zaadoptowało uaktualnioną strategię dotyczącą pojazdów mikro mobilności. Warto się z nią zapoznać:
https://www.toronto.ca/services-payments/streets-parking-transportation/transportation-projects/micromobility/developing-a-micromobility-strategy/
Wydaje się, że o ile elektryczne hulajnogi są w Toronto praktycznie nielegalne, elektryczne rowery należą do grupy środków transportu, które są ważną częścią planu, zwanego „Net Zero Strategy”. Ciekawe, że ten plan wydaje się być podobny do tego co wprowadza w Warszawie pan Trzaskowski.

***

Pani Katarzyna Niewiadoma – Phinney po raz drugi mocno zaznaczyła swoją obecność na Tour de France Femmes. Tym razem, w końcowej klasyfikacji była druga, ze stratą minuty i osiemnastu sekund, ale na Mont Ventoux pokazała co potrafi. Zwyciężczyni wyścigu, Holenderka Demi Vollering dojechała za nią z podobną stratą, bo minuty i szesnastu sekund. Góralka z Ochotnicy Górnej była na Mont Ventoux jak u siebie. Rodzinna gmina odwdzięczyła się pomysłem „Kasia Niewiadoma Ochotnica Challenge”. Na okolicznych stromych drogach powstał szlak rowerowy, łącznie 117 km w 16 odcinkach. Trasy są zróżnicowane – od łatwych po ekstremalnie trudne. To właśnie tu polska kolarka trenowała, zanim weszła do światowej czołówki. W Internecie można już znaleźć relacje ze szlaku. Są raczej zapierające dech w piersiach.

Leszek Dacko