Poranna kawa Pani Basi to ciągła walka gigantów. Tim Hortons kontra McDonald’s! Ostatnio szczęśliwy wybór pada na Tima. Tak więc pomimo złej prasy (poprzedni Dziennik) no i faktu, że ich kawa jest jednak droższa, to tam zawożę codziennie rano dwa i pół dolara. Dziś jednak Pani Basia nagle konstatuje, że kubek “Extra Large” od Tima jest chudszy niż ten drugi, więc nie dość, że płacimy więcej, to dostajemy mniej! Sprawdzamy w Internecie: Nie jest to jednak takie łatwe, bo istnieje kilka źródeł informacji i te się nie pokrywają. Ale wahają między 650 a 710 ml (22 a 24 oz). Robimy więc test. Wyciągam kubek z McDonalda z poprzedniego dnia, ze śmietnika i nalewamy wody ze szklanki z miarką. Wychodzi w zasadzie na to samo. Ale kubek od Tima wydaje się chudszy a ten drugi bardziej pękaty. Jak oni to robią?
***
Po piątym roku studiów, my studenci mieliśmy obowiązek praktyki przemysłowej. Wybór padł na Zakład Remontowy Maszyn Elektrycznych w Gdańsku. Tak, miało być blisko morza, tym bardziej, że przedtem nad morzem, pomimo 20-tu kilku lat, mnie jeszcze nie było. Z Gliwic pojechało nas trzech, na sześć tygodni. Dopiero na miejscu dowiedzieliśmy, że są tu też studenci z Politechniki Warszawskiej i to gdzieś z dwunastu. Przyjaźń Gliwicko-Warszawska zawiązała się momentalnie i zaraz po pracy poszliśmy na piwo. Potem było jeszcze lepiej. Nie mieliśmy jednak dość, bo po praktyce, zamiast do domu, pojechaliśmy na trzy dni do Warszawy.
Jednym z warszawskiej grupy był Antoś Baranowski. Uczestniczył w większości tych imprez gdańskich, ale trochę z boku i spokojniej, bo np. wypijał tylko małe piwo.
Potem, lata później wylądowaliśmy w Toronto. W parafii na Scarborough, wtedy jeszcze ulokowanej w kaplicy przy Seminarium św. Augustyna, pojawiał się kleryk, Polak. Kręcił się też koło nas, czasem go gdzieś podwieźliśmy i tyle. Tak wyszło, że przyszedł do nas na obiad w dzień przed święceniami. Pokazał wtedy notę biograficzną o trzech księżach wyświęcanych następnego dnia. I czytam; „Antoni Baranowski, magister inżynier elektryk, ukończył Politechnikę Warszawską”,,. Cała praktyka studencka w Gdańsku przejechała mi nagle przed oczami. Wstałem od stołu i przyniosłem paczkę zdjęć z tamtego okresu. Moja wrodzona pamięć do twarzy nie zawiodła mnie po raz kolejny!
Następnego dnia, po raz pierwszy w życiu, uczestniczyłem w ceremonii wyświęcenia człowieka na kapłana naszego Boga, przez samego kardynała Cartera. Jakimś cudem zachowała się kartka – zaproszenie na tamtą uroczystą mszę. Potem, dzień później, msza prymicyjna, tu, na Scarborough. Pamiętam błogosławieństwo rodzicielskie przed kościołem. Rok później jego Ojciec odejdzie do Pana.
Ta droga, uwieńczona kapłaństwem była długa. Do jezuitów wstąpił 26 sierpnia 1978, w rok po przyjeździe do Kanady. Kolejny rok spędził w Torontońskim Regis College. Potem filozofia w Spokane, w stanie Washington na Gonzaga Uniwersity. W 1983, już jako magister formacji jezuickiej wysłany do Espanoli, na północ Ontario. W latach 85-88 ponownie na Regis College. I wreszcie święcenia, ale już rok później jedzie do Zambii. To stamtąd dostajemy listy, pamiętam ten adres na kopercie; Zambia, Lusaca… Stamtąd też przyjeżdża co jakieś pięć lat, coraz bardziej wychudzony, po kolejnych malariach, na badania i żeby trochę podreperować zdrowie. Powrót w 2014. Najpierw ośrodek w Espanoli, teraz Parafia św. Krzyża na Manitoulin Island. Tyle, takie krótkie CV jednego jezuity.
Spytaliśmy, jeszcze ilu jezuitów jest w Kanadzie; jak wstępował, było ich około trzystu teraz około stu osiemdziesięciu. Jesteśmy z tego samego rocznika, 49.
Zawsze ożywia go rozmowa o tenisie – teraz mamy gwiazdy; Jest Igusia i jeszcze doszła Maja. Także o baseballu. Jakieś czterdzieści lat temu tłumaczył nam reguły tej gry. My, obznajmieni jedynie z koncepcją wkopywania piłki do prostokąta 2.5 na 7 metrów, za nic nie mogliśmy pojąć koncepcji inningów, choć to ponoć proste.
Siedzimy pod sosnami w Manresa, ośrodku jezuickim w Pickeringu. Ksiądz Antoni i my z Panią Basią. Wspominamy tamte dawne czasy. Jest pięknie.
***
Pan Braun ponownie u Pani Moniki Jaruzelskiej, no i słuchamy i rozmawiamy. Główny zarzut w stosunku do Pani Moniki to ten, że nigdy nie odcięła się zdecydowanie od swego ojca. Pani Monika nazywa to lojalnością wobec rodziny.
Interesujące jest to, że prawie wszystkie wywiady, które znam, są z ludźmi z szeroko pojętej prawicy. Z drugiej strony, afiliacja polityczna Pani Jaruzelskiej to SDL – to w tej roli była radną warszawską do 2024.
No i wątek Pana Gadowskiego, który, jak dotąd, nie zgodził się być gościem Pani Moniki, i to z przyczyn podobnych do tych wspomnianych wyżej. Ciekawe, że Pan Braun w czasie wywiadu obiecywał zabiegać o to, aby Pan Gadowski dał się namówić na taki wywiad. No i zobaczymy, co z tego wyjdzie?
***
Czytam w Gońcu „Lenina” w odcinkach. Akurat jest o tym jak rady zaczynają rządzić i wszystko obracane jest w perzynę. Wódka i pistolet w rękach nowej władzy, która zamiast pracować i żyć, obraduje. Nawet ich rozumiem. Robią wielki krok mentalny. Te rady, to takie mini – uniwersytety. Kierunek tych „studiów” zależy pewno od lokalnego komisarza. Poza tym oni muszą ustalić wszystko od początku. „Od początku” to znaczy, że muszą się w tej rzeczywistości odnaleźć, stworzyć niby własny, ale też zgodny z aktualną religią, jakby dekalog a takie rzeczy wykuwa się w pocie czoła i przy huku armat i pistoletów. W końcu, jak Mojżesz otrzymywał kamienne tablice to też grzmiało.
Rewolucja wybiera jednak wersję postępowania najprostszą, najpierw wielka „urawniłowka” a potem zobaczymy! Poza tym „urawniłowka” to niekwestionowalna forma sprawiedliwości. Nic, to też wszystkim po równo.
Pani Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak jest chyba na etapie takich Rad Robotniczych, bo też zaczęła od „urawniłowki”, tyle, że w Pszczynie. Pani Monika ukończyła wcześniej warszawski Uniwersytet im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który powstał na bazie słynnego ATK (Akademia Teologii Katolickiej). Sądząc po znajomości kilku osób, które tamtą szkołę kończyły, to powinna być to elita! Potem jeszcze „Uniwersytet Ignatianum” w Krakowie. Co się tu porobiło? Zacząłem to sprawdzać, bo przez chwilę myślałem, że pani Rzecznik, nabyła nauk na jakimś „Collegium Tumanum”, ale nie! I nie podejrzewam, że jezuici z Krakowa wykładali z Biblii Inkluzywnej, choć takowe według Internetu istnieją, No więc skąd to wszystko? Znamy osobiście tylko jednego jezuitę, i to człowiek nieskazitelny. Pozostaje złapać się za głowę.
***
Obserwuję Angorę od szeregu tygodni. Z jednej strony zmasowany atak na wszystko co mogłoby się nazywać prawicą, z drugiej, wręcz gloryfikacja tego co KO-wskie.
I tak sondaże niezmiennie wskazują, że najlepszym Prezydentem był Kwaśniewski. Ciekawe, bo Pan Redaktor Michalkiewicz jest zdania, że Kwaśniewski to było „wielkie nieszczęście” dla naszego kraju. A ja redaktora cenię, nie tylko za język, poczucie humoru i odwagę – on także rzadko się myli w sprawach polityki.
Wywiad z Kwaśniewskim umieszczony jest pod niewybrednym tytułem „Celem prezydenta jest robienie zamieszania”.
Drugi taki ewenement to sportowy super-man, Daniel Olbrychski. Internet ostro zareagował na jego angaż w „Rancho”. Jak na razie, wychodzi na to, że widzowie, tą rundę z realizatorami filmu przegrali, ale równocześnie dali istotny sygnał, że nabijanie w bambuko zaczyna dochodzić do stanu nasycenia.
Kolejny przykład to pan Sikorski prezentowany pod nośnym tytułem „Konserwatysta Realista” kreującym pana Radka na męża opatrznościowego i wręcz „arbiter intelligentiae” i to nie swojej przegródki politycznej.
Zresztą pan Tusk niezmiennie przedstawia się jako centro-prawicowiec i lemingi, także z naszego otoczenia, to namiętnie kupują.
Na koniec obleśność pod nagłówkiem „Hitler kochał kremówki”. Czy komuś się coś albo ktoś kojarzy?
***
10 czerwca jesteśmy ponownie u chirurga. Ramię goi się dobrze, ale Pani Basia musi zacząć ćwiczyć. Dostaje skierowanie z zaznaczeniem, że ćwiczenia mają być prowadzone do granicy bólu. Dostaje też listę fizjoterapeutów, którzy akceptują OHIP.
Mam lecieć do Paryża, ale Pani Basia, z ręką, którą powinna kilka razy dziennie podnosić i opuszczać do granic bólu, decyduje się zostać w domu.
Czekam na taksówkę na lotnisko i jest spóźniona. Kierowca się tłumaczy, że był u córki, która właśnie urodziła mu wnuczkę. Wracał Reesor rd., na której są dwa przejazdy kolejowe. No i miał pecha. Właśnie trafił pociąg towarowy, a tamte pociągi ciągną po sto wagonów albo więcej i taki szlaban jest często zamknięty przez kilkanaście minut.
***
Jeszcze z Toronto zadzwoniłem do Pana Krzysia, aby mu oznajmić, że w niedzielę będę lądował na Charles de Gaulle. Pan Krzysio się ucieszył i dodał, że Pani Marysia ma urodziny, Akurat w niedzielę! Ugryzłem się język, przecież w czasie poprzedniej rozmowy, jakieś dwa tygodnie temu, okazało się. że urodziny miała ich córka Paula. Moja teoria, że zawsze, gdy zadzwonię czy przyjadę, u nich są jakieś urodziny lub imieniny, się sprawdza. Pan Krzysio się zżyma, ale ja mam dowody!
W niedzielę po południu zaspałem po podróży i do Paryża nie dojechałem. Dzisiaj wtorek. Udaje mi się wyjść z pracy przed osiemnastą. W plecaku mam jakieś drobiazgi i butelkę Crémant z Vouvray. Tramwajem T6 do stacji i wsiadam do pociągu. Idzie mi sprawnie i chyba damy radę wybrać się z Panem Krzysiem i z szampanem na nasz murek nad Sekwaną. Dobra passa kończy się jednak na następnym przystanku. Pociąg nie rusza i przez chwilę jest cicho, a potem z głośników oznajmiają o jakimś problemie z siecią. Jak zwykle najpierw nic się nie dzieje, potem niektórzy wychodzą na peron. Dzwonię do Pana Krzysia, a on akurat w kuchni, szykuje obiad na to moje drugie już podejście, które może nie wypalić. Najpierw myśl, czy aby nie zamówić Bolta? Jestem przecież na stacji, a nie gdzieś w polu – 29 €! Znowu jakieś anonsy, w końcu słyszymy, że pasażerowie powinni się zatroszczyć o transport we własnym zakresie. Sprawdzam ponownie Bolta, cena skoczyła do 49 €. Jeszcze nigdy nie doświadczyłem tak dosłownie zależności popytu od podaży. No i myśl: taksówki może były droższe, ale takiego numeru by nie było, bo cena za kilometr byłaby stała.
Stoję chwilę przed dworcem. Widzę sznurek podjeżdżających aut. To do tych co już uruchomili aplikacje.
Wybieram wariant tańszy, czyli spróbuję wrócić pociągiem na stację wyjściową i pojechać tramwajem. Będzie dłużej, ale może tam nie mają awarii sieci. Wchodzę w tłum, który myśli podobnie i pchamy się na sąsiedni peron. Wychodzi na to, że w stronę powrotną pociągi jednak jeżdżą i jeden będzie za kilka minut.
Już z tramwaju zadzwonię ponownie do Pana Krzysia, że jestem w drodze. W słuchawce chyba zadowolenie.
Zamiast na siódmą trzydzieści będę przed dziewiątą. Zaczynamy od życzeń i od Crémant d’Alsace. Moja butelka idzie na trochę do lodówki. Jest za późno na murek, ale nie jest źle.
Przyjechawszy na obiad przed dziewiątą nie da się wrócić do Velizy metrem i pociągiem tego samego wieczoru. Pozostaje Bolt. Ceny na szczęście spadły. Pan Krzysio odprowadza mnie na krawężnik. Wsiadam i jedziemy. Budzę się pod hotelem.

Leszek Dacko

 

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU