„Kto panu służy wiernie, ten mu za to pierdnie” – powiada ludowe przysłowie. I rzeczywiście, to prawda, zwłaszcza gdy pan ma niedostatki w zakresie kindersztuby. Ale tłumaczenie obecnego stanu stosunków ukraińsko-polskich tylko brakami w zakresie kindersztuby byłoby ślizganiem się po powierzchni zjawisk – chociaż nie da się ukryć, że w przypisywaniu Ukraińcom pewnej dzikości obyczajów niepodobna przesadzić.
Ilustruje to choćby realistyczna scena uczty z filmu „Ogniem i mieczem” według powieści Henryka Sienkiewicza. Podczas tej uczty podpici kozaccy pułkownicy proponują swoim gościom poprzerzynanie gardeł, by im „prosta strawa kozacka” łatwiej przez gardło przechodziła.
Dotknięty tymi niewybrednymi żartami wojewoda Kisiel, który dopiero co wręczył Bohdanowi Chmielnickiemu hetmańską buławę, pyta świeżo kreowanego hetmana, czy zaprosił ich na ucztę, czy na zniewagi. Ale – jak pamiętamy – wojewoda Kisiel sam był sobie winien – bo zachowywał się naiwnie, niczym dzisiaj Naczelnik Państwa, co to jeszcze niedawno wydawał na Majdanie kabotyńskie okrzyki „Sława Ukraini!” i „Herojam sława!” – a dzisiaj ogłasza, że odda order Jarosława Mądrego.
Tymczasem Jeremi Wiśniowiecki radził inaczej – że klemencję można okazać zwyciężonym, to wtedy – kto wie? – może nawet będą wdzięczni, natomiast w przeciwnym razie tylko się ich rozzuchwali.
Dotychczasowe postępowanie – bo trudno nazwać to „polityką”, jako że polityce powinien przyświecać jakiś cel – władz warszawskich wobec Ukrainy było po prostu głupie i polegało na łaszeniu się do Ukraińców, a przede wszystkim – na futrowaniu tamtejszych oligarchów, czym się tylko dało. Oligarchowie zaś, z prezydentem Zełeńskim, który też jest przecież wynalazkiem oligarchy Igora Kołomojskiego, na czele, dopuszczali polskich lizusów do konfidencji, aż do proklamowania w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego.
Z tą chwilą Polska przestała być potrzebna zarówno Niemcom, które wróciły do polityki Cesarstwa Niemieckiego z roku 1917, kiedy to utworzyły Ukraińską Republikę Ludową, by szachować Rosję i  trzymać w ryzach Polaków – jak i Ukraińcom, którzy marzą o następstwach tego strategicznego partnerstwa, jakich nie udało się im uzyskać za Adolfa Hitlera. Teraz Hitler już nie żyje, więc jest szansa, że te następstwa się pojawią. W tej sytuacji Kijów odrzucił wszelkie pozory kurtuazji wobec Polski i pokazał swoją prawdziwą naturę.
Właśnie prezydent Zeńłeński ogłosił, że wyda specjalny dekret o stworzeniu ukraińskiego panteonu, w którym Ukraińcy umieszczą takich herojów, jakich im się tylko będzie podobało – bo nikt – jak oznajmił prezydent Zełeński – nie będzie Ukraińcom dyktował, jaką mają pisać sobie historię, ani – jakich herojów mają kochać i czcić.
Tymczasem Polacy nieśmiało popiskiwali, że niektórych herojów nie uznają, podczas gdy Ukraińcy akurat w nich sobie upodobali, akurat im stawiają pomniki i akurat ich nazwiskami nazywają ulice. Myślę, że zdania nie zmienią, bo każdy lubi co innego; jedni na przykład lubią szampana, a inni – jak im nogi śmierdzą.
W  związku z tym niedawni słudzy Ukrainy czują się dzisiaj zawiedzeni. Ale sami są sobie winni, bo głupota powinna być ukarana. Tego domaga się rządząca światem zasada przyczynowości, według której  określone przyczyny muszą rodzić określone skutki. No i właśnie ich doświadczamy – nie tylko banda idiotów, która Ukraińcom udostępniała za darmo zasoby całego państwa – ale również – wszyscy obywatele. Oni też ponoszą część winy, że durniów wysunęli do władzy, chociaż nieznaczna mniejszość, która doświadczała wyzwisk, że „ruskie onuce” i tak dalej – ostrzegała przed następstwami głupoty, między innymi w postaci konfliktu narodowościowego, który lekkomyślny naród polski sobie zafundował, a który prędzej, czy później i raczej prędzej, niż później – się objawi, może nawet w straszliwej postaci kolejnej „wołynki”.
Warto dodać, że prezydent Zełeński ogłosił swoją decyzję w sprawie „panteonu” następnego dnia po zakończeniu w Gdańsku konferencji, która teoretycznie była poświęcona „odbudowie Ukrainy” – ale sądząc na podstawie zawartych tam umów – znaczna ich część nie dotyczy żadnej „odbudowy”, tylko „wspierania wysiłku wojennego”, to znaczy – futrowania Ukrainy dostawami i pieniędzmi, z których – jak się szacuje – 30 procent jest rozkradane przez oligarchów, którzy dzięki temu wykupują sobie w Polsce przedsiębiorstwa.
Obywatel Tusk Donald mało jaja nie zniósł, żeby zaprezentować to jako jeszcze jeden wielki sukces – chociaż –  w odróżnieniu od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – prezydent Zełeński z nim chyba akurat niczym się nie dzielił, słusznie uważając, że tak czy owak zrobi on wszystko, co mu Reichsfuhrerin każe. Podobnie z kawalerami ukraińskich orderów ze stajni Naczelnika Państwa, panem Błaszczakiem i innymi sojuźnikami Kijowa, chociaż im stosowne pouczenia chyba wydawali Amerykanie – i to cała różnica.
Jeśli tedy wierzyć komunikatom z Gdańska, Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje przekazała Ukrainie 10 mld euro. Kto tę sumę pokryje? Teoretycznie ma być ona pokryta z ruskich reparacji, ale to zwykłe dzielenie skóry na niedźwiedziu, bo prawdopodobieństwo, że Rosja wypłaci Ukrainie jakieś reparacje, równa się zeru.
Zatem mamy dwie możliwości: albo Unia wyłoży tę forsę ze składek unijnych bantustanów, albo – co jest najbardziej prawdopodobne – z pożyczki, którą zaciągnie Komisja Europejska na refundację wydatków poniesionych przez firmy na „odbudowę Ukrainy”. Krótko mówiąc – unijne bantustany tak czy owak same będą musiały zapłacić za radosny przywilej „odbudowy Ukrainy”, czyli – futrowania tamtejszych oligarchów, którzy każdą forsę przytulą.
   Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj dodatkowo wstrząsany jest aferą szpitalną. Teoretycznie powinna uderzać ona w Volksdeutsche Partei, a w szczególności – w prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego – ale właśnie dlatego mamy do czynienia z totalną mobilizacją całej rządowej koalicji i aparatu propagandowego, żeby sprawę nie tyle może zamieść pod dywan – bo to już niemożliwe – ale żeby poukręcać łeb każdemu wątkowi śledztwa, bo każdy z nich może w każdej chwili eksplodować sprawami odpryskowymi, więc odpowiedni nadzór nad śledztwem nabiera zasadniczej wagi.
Nic tedy dziwnego, że obywatel Żurek Waldemar z całym stadem prokuratorów, dwoi się i troi, żeby wykazać, iż „sygnaliści”, to typy o zerowej wiarygodności, podczas gdy najbardziej wiarygodny jest obywatel Trzaskowski Rafał – oczywiście jeśli nie liczyć Wielce Czcigodnego obywatela Giertycha Romana, chociaż – o ile mi wiadomo – nie przeprowadził on jeszcze drobnej operacji chirurgicznej, która otworzyłaby mu drogę do powiększenia grona autorytetów moralnych.
                     Stanisław Michalkiewicz    
PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU