George Orwell w „Roku 1984” zapisał zdanie, które dziś brzmi jak diagnoza, a nie jak literatura: to zawsze kobiety, a przede wszystkim młode, były najbardziej fanatycznymi zwolenniczkami partii — połykaczkami haseł, amatorskimi szpiegami i tropicielkami nieortodoksji. Nie była to złośliwość. Była to obserwacja mechanizmu, który wraca zawsze wtedy, gdy władza uczy się mówić językiem opieki.

 

Współczesny totalitaryzm nie przychodzi już w mundurze. Przychodzi w języku bezpieczeństwa, wrażliwości i troski. 

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

 

Konformizm sprzedaje się jako współczucie, kontrolę przemianowuje na opiekę, a sprzeciw — na przemoc. 

 

W takim układzie instynkt, który w normalnych warunkach chroni dziecko i dom, zostaje przekierowany na abstrakcję: na hasło, na grupę, na „sprawę”. Młoda kobieta, której naturalną skłonnością jest przedkładać bezpieczeństwo nad ryzyko, staje się najwierniejszą strażniczką ortodoksji — nie dlatego, że jest gorsza, lecz dlatego, że system nauczył się trafiać dokładnie w to miejsce.

 

Skutek widać w życiu codziennym. Relacja z mężczyzną zostaje opisana jako gra o władzę. Relacja z państwem — jako wyzwolenie. 

 

Poleganie na mężu ma być słabością, poleganie na urzędzie — siłą. 

 

To odwrócenie jest skuteczne właśnie dlatego, że brzmi moralnie. Państwo, które jest scentralizowaniem nagiej władzy, występuje w roli jedynego „bezpiecznego” opiekuna. 

 

Kobieta, której wmówiono, że każdy prywatny związek jest podejrzany, oddaje się instytucji, która nie ma twarzy i nie ponosi odpowiedzialności.

 

Mężczyźni nie stoją z boku. Ci, którzy nie są w stanie konkurować na zwykłym rynku matrymonialnym, przyjmują język i postawę, które ideologia nagradza. Biolodzy ewolucyjni mówią o strategii podstępnej: naśladowaniu cech i pozycji moralnych w nadziei na dostęp. Siłę zamienia się na uległość, stanowisko na sygnał cnoty. Kultura, która karze męskość jako zagrożenie, produkuje mężczyzn dostosowanych do nowego kodeksu — i kobiety, które tego kodeksu bronią najgłośniej.

 

A w tle rozpada się rodzina. Samotne macierzyństwo, od lat jeden z najsilniejszych predyktorów ubóstwa i zaburzeń u dzieci, przestaje być wyjątkiem. W miejsce ojca wchodzi urząd. Jest w tym jednak rachunek, o którym rzadko się mówi: państwo socjalne finansują nieproporcjonalnie mężczyźni. Zamiast utrzymywać bezpośrednio kobietę i dzieci, z którymi związali życie, dotują system, który tę samą kobietę utrzymuje przez programy socjalne i jednocześnie uczy ją, że mąż jest zbędny. Zależność nie znika. Zmienia tylko adresata.

 

Na końcu tej drogi stoją dwie figury tej samej kultury: bezdzietna kobieta w średnim wieku, która kieruje instynkt macierzyński ku abstrakcyjnym sprawom i infantylizuje  grupy mniejszościowe pod szyldem sprawiedliwości, oraz mężczyzna wypchnięty z normalnego życia, którego gorycz nie znajduje już zwykłego ujścia. 

 

Nietzsche nazywał to resentymentem — zazdrością przebraną za moralność. Silni stają się źli, słabi dobrzy, a karanie przestępców zaczyna uchodzić za niesprawiedliwość. Nie chodzi o podniesienie słabych. Chodzi o ściągnięcie silnych w dół

 

Orwell widział ten typ człowieka także poza „Rokiem 1984”: ludzi, którzy teoretycznie tęsknią za społeczeństwem bez przywilejów, a w praktyce trzymają się kurczowo własnych okruchów prestiżu. Dziś ten prestiż mierzy się poprawnością haseł. Młoda kobieta, która najszybciej je powtarza, nie jest wolna. Jest najbardziej użytecznym członkiem stada.

za Liam Out Loud