Ambasador Izraela zrzuca winę na Amerykę za wojnę z Iranem. „To nie była nasza decyzja”
Po druzgocącej porażce republikanów w amerykańskich wyborach midterm 2026 roku, w których Demokraci przejęli obie izby Kongresu, rozpoczęła się otwarta gra w przerzucanie odpowiedzialności za wojnę z Iranem. W centrum uwagi znalazły się słowa ambasadora Izraela przy ONZ Danny’ego Danona.
W wywiadzie dla izraelskiej stacji i24NEWS Danon stwierdził wprost: „Decyzja o ataku na Iran była decyzją Stanów Zjednoczonych. To nie była nasza decyzja. Wspieraliśmy amerykański wysiłek i uważamy, że była to słuszna decyzja”. Dodał też, że „bardzo łatwo jest zawsze obwiniać Izrael za wszystko. Ale tak nie jest”.
Wypowiedź ta padła w odpowiedzi na głosy z amerykańskiej strony, w tym wiceprezydenta JD Vance’a, który po wyborach otwarcie powiązał porażkę republikanów z wojną z Iranem oraz relacjami Waszyngtonu z Izraelem. Vance podkreślił, że wyborcy chcieli zakończenia konfliktu, większej uwagi poświęconej rosnącym kosztom życia oraz zmiany charakteru stosunków z Izraelem. Sam Donald Trump przyznał, że wojna „w dużej mierze” kosztowała republikanów wybory.
Danon odrzucił również próby powiązania Izraela z ekonomicznymi skutkami wojny – przede wszystkim wzrostem cen ropy i paliw, które mocno uderzyły w amerykańskie gospodarstwa domowe. Ambasador podkreślił, że Izrael „zawsze zrobi wszystko, co konieczne, by się bronić”, nawet jeśli Waszyngton zdecyduje się na porozumienie z Teheranem, które nie spełni izraelskich oczekiwań.
Problem polega na tym, że operacja wojskowa przeciwko Iranowi (w tym wcześniejsze uderzenia z 2026 roku) była ściśle skoordynowana z Izraelem. Amerykańskie uzasadnienia prawne mówiły o działaniu „na prośbę i w zbiorowej samoobronie izraelskiego sojusznika”. Teraz, gdy wojna przyniosła polityczne i ekonomiczne koszty w Stanach Zjednoczonych, strona izraelska podkreśla, że decyzję podjęli Amerykanie.
To klasyczny przykład tzw. alliance entanglement – sytuacji, w której sojusznik wpływa na decyzję o wojnie, a następnie dystansuje się od jej kosztów. Amerykańscy wyborcy, którzy w 2024 roku oddali głos m.in. pod hasłem unikania nowych wojen i obniżania cen, dostali konflikt, który podniósł ceny paliw, obciążył budżet i przyczynił się do historycznej porażki partii rządzącej.
Dla obserwatorów z Europy i Polski obraz jest szczególnie wyrazisty: wielkie mocarstwo ponosi koszty wojny, której głównym beneficjentem strategicznym jest inny podmiot, a następnie słyszy, że „to nie była nasza decyzja”. Jednocześnie Izrael zastrzega sobie prawo do dalszych działań niezależnie od tego, co zdecyduje nowy, demokratyczny Kongres i ewentualne próby dyplomatycznego wyjścia z konfliktu.
Pytanie, które pozostaje otwarte, brzmi: czy Stany Zjednoczone będą w stanie realnie postawić własne interesy (koszty życia, stabilność budżetowa, unikanie kolejnych wojen) ponad zobowiązania sojusznicze, które – jak pokazały wybory – mają coraz wyższą cenę polityczną. Danon dał jasno do zrozumienia, że Izrael swojego stanowiska nie zmieni. Teraz ruch należy do Waszyngtonu.




































































