Dla wie­lu z nas Japo­nia koja­rzy się z ojczy­zną Samu­ra­jów, kra­jem kwit­ną­cej wiśni i bar­dzo malow­ni­czą przy­ro­dą. Jest to rze­czy­wi­ście kraj egzo­tycz­ny, o dłu­giej i czę­sto skom­pli­ko­wa­nej histo­rii, prze­ple­cio­nej licz­ny­mi wewnętrz­ny­mi woj­na­mi (bo Japo­nia zawsze była tak tro­chę na ubo­czu, z naszej per­spek­ty­wy). Pla­nu­jąc wypra­wę do Japo­nii oczy­wi­ście obej­rza­łem mnó­stwo cie­ka­wych fil­mów doku­men­tal­nych, rów­nież o jej histo­rii, ale… nie myślę, że zosta­łem eks­per­tem w tej dzie­dzi­nie, dla­te­go ten aspekt pomi­nę mil­cze­niem. Nato­miast chciał­bym się podzie­lić pew­ny­mi oso­bi­sty­mi obser­wa­cja­mi, jakie, wraz z Agniesz­ką i gru­pą przy­ja­ciół poczy­ni­li­śmy pod­czas tej naszej pierw­szej, krót­kiej wypra­wy do Japo­nii. Piszę „pierw­szej”, bo mam nadzie­ję na kolej­ne. Moje komen­ta­rze mogą być tro­chę zróż­ni­co­wa­ne i nie­ko­niecz­nie uło­żo­ne w porząd­ku chro­no­lo­gicz­nym, ale posta­ram się oddać atmos­fe­rę tego nie­zwy­kłe­go kraju.


Gdzie są śmieci?
Pierw­sze, co rzu­ca się w oczy to wszech­obec­na, nie­zwy­kła czy­stość i porzą­dek. Jest takie powie­dze­nie, że coś dzia­ła jak w „szwaj­car­skim zegar­ku”. Byłem w Szwaj­ca­rii wie­le razy i jestem gotów stwier­dzić, że „japoń­ski zega­rek” jest jesz­cze bar­dziej wyre­gu­lo­wa­ny. Już pierw­sze­go dnia poby­tu w Tokio zauwa­ży­li­śmy, że na uli­cach nigdzie nie widać koszy na śmie­ci, ale jed­no­cze­śnie nie ma śmie­ci na uli­cach… Jak to moż­li­we? Roz­wią­za­nie zagad­ki jest pro­ste: Japoń­czy­cy po pro­stu nie śmie­cą! Jak już mają coś do wyrzu­ce­nia to zabie­ra­ją śmie­ci ze sobą i wyrzu­ca­ją je do spe­cjal­nych pojem­ni­ków przy super­mar­ke­tach, gdzie od razu odby­wa się ich segre­ga­cja na odpa­dy i surow­ce wtór­ne. Jeśli gdzieś (a zda­rza­ło się to nie­zwy­kle rzad­ko) widzie­li­śmy jakiś porzu­co­ny śmieć, to na pew­no nie pozo­sta­wił go Japończyk.

Jedze­nie i pale­nie? Nie na ulicy!
Nie do pomy­śle­nia jest dla Japoń­czy­ków pale­nie papie­ro­sów na uli­cy. Takie zacho­wa­nie jest w bar­dzo złym tonie i świad­czy o bra­ku sza­cun­ku dla innych. Pali się w wyzna­czo­nych miej­scach, gdzie każ­dy wyrzu­ca „peta” do obszer­nej popiel­nicz­ki (a nie jak u nas na uli­cę lub na traw­nik). Podob­nie jest z jedze­niem i piciem na uli­cy. To zna­czy owszem, „stre­et food” jest nie­zwy­kle popu­lar­ne i dosko­na­łej jako­ści, ale nikt nie pozwa­la sobie na nie­takt jedze­nia czy picia cho­dząc po uli­cy. Oczy­wi­ście widzia­łem kil­ku jedzą­cych pie­szych, ale byli to tury­ści, gdyż rodo­wi­ty Japoń­czyk tak nie postę­pu­je. Zwy­cza­jem jest spo­ży­wa­nie zaku­pio­nej na uli­cy żyw­no­ści sie­dząc na ław­kach (czy w innych spo­koj­nych miej­scach), ale spa­ce­ro­wać z nią nie wypada.

Patrz w górę, patrz w dół
Wspo­mnia­łem o „stre­et food”. Jedze­nie w Japo­nii jest feno­me­nal­ne! Bar­dzo zdro­we i ape­tycz­ne, jest w dużej czę­ści opar­te na owo­cach morza. Moż­na jeść wszyst­ko bez oba­wy, bo Japoń­czy­cy są napraw­dę czy­stym naro­dem, a potra­wy są świe­że i bar­dzo ład­nie poda­ne. W mie­ście peł­no jest małych restau­ra­cji, któ­re czę­sto mogą pomie­ścić tyl­ko od 3 do 10 osób. Jest ich tak wie­le, bo ze wzglę­du na styl życia (bar­dzo dłu­gie godzi­ny pra­cy), więk­szość oby­wa­te­li nie gotu­je na co dzień w domu. Wszy­scy żywią się na mie­ście. Zabaw­ne jest (i w pierw­szym momen­cie war­to się do tego przy­zwy­cza­ić) – że cały biz­nes w Japo­nii nie kon­cen­tru­je się, (jak u nas) tyl­ko na par­te­rze budyn­ków usłu­go­wych. Wręcz prze­ciw­nie, budy­nek, któ­ry ma 10 — 20 pię­ter, może mieć na każ­dym pię­trze inny biz­nes i czę­sto szu­ka­jąc restau­ra­cji nale­ży też zadrzeć gło­wę (lub ją opu­ścić) i popa­trzeć nie tyl­ko na to, co jest na pozio­mie ulicy.

Auto­ma­ty w służ­bie narodu
Japoń­czy­cy są naro­dem kocha­ją­cym inno­wa­cje oraz zaku­py. Uwiel­bia­ją Shop­ping Mall, w któ­rych oczy­wi­ście znaj­du­ją się „food courts” ale ze zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zdro­wym i napraw­dę dobrym jedze­niem. To, co mnie w pew­nym stop­niu „rzu­ci­ło na kola­na” to fan­ta­stycz­ny pomysł na zama­wia­nie jedze­nia. Otóż każ­dy „ven­dor” ma koło swo­je­go sta­no­wi­ska maszy­nę do przyj­mo­wa­nia zamó­wień. Jest na niej kil­ka­na­ście dużych przy­ci­sków, każ­dy ze zdję­ciem potra­wy, nazwą, nume­rem i ceną. Wystar­czy przed zamó­wie­niem zde­po­no­wać kwo­tę będą­cą ceną zama­wia­nej potra­wy i naci­snąć przy­cisk. Po przy­ję­ciu należ­no­ści maszyn­ka „wyplu­wa” para­gon z zamó­wie­niem i resz­tę, jeśli nam się nale­ży (przyj­mo­wa­ny jest bilon oraz papie­ro­we bank­no­ty). Następ­nie para­gon poda­je­my uśmiech­nię­tej i kła­nia­ją­cej się eks­pe­dient­ce, któ­ra wrę­cza nam mały „buz­zer” z naszym nume­rem zamó­wie­nia. Daje to nam chwi­lę by wybrać sto­lik i już za parę minut deli­kat­na wibra­cja infor­mu­je nas, że nasz posi­łek jest goto­wy. Pro­ste i szyb­kie roz­wią­za­nie, któ­re napraw­dę bar­dzo uła­twia zama­wia­nie potraw, szcze­gól­nie tury­stom. Maszy­ny do zama­wia­nia jedze­nia to zale­d­wie jed­no z wie­lu roz­wią­zań, jaki­mi byli­śmy zachwy­ce­ni. Maszy­ny z któ­rych moż­na otrzy­mać napo­je, elek­tro­ni­kę, świe­żą bie­li­znę (!), owo­ce, prze­ką­ski – są prak­tycz­nie na każ­dym rogu. Są zawsze spraw­ne i peł­ne atrak­cyj­nych towa­rów. W wie­lu skle­pach moż­na rów­nież zapła­cić za zaku­py (nie tyl­ko spo­żyw­cze) uży­wa­jąc maszy­ny samo­ka­su­ją­cej. To zaczy­na być też popu­lar­ne ostat­nio w Kana­dzie, nato­miast maszy­na do wymia­ny pie­nię­dzy tro­chę nas zasko­czy­ła. Zamiast bie­gać po kan­to­rach czy ban­kach, wystar­czy wło­żyć bank­not (prak­tycz­nie każ­de­go pań­stwa) i maszyn­ka „wyplu­wa” lokal­ną walu­tę. Dzia­ła to też w dru­gą stro­nę. Jak chce­my zamie­nić jeny na dola­ry – żaden problem!

Toa­le­ta praw­dę Ci powie
Wra­ca­jąc do czy­sto­ści, (któ­ra zawsze świad­czy, moim zda­niem, o pozio­mie kul­tu­ry miesz­kań­ców dane­go kra­ju) muszę zde­cy­do­wa­nie napi­sać o ubi­ka­cjach, a szcze­gól­nie o tych publicz­nych. Cze­goś takie­go nigdzie nie spo­tka­łem! Sin­ga­pur sły­nie z czy­sto­ści, ale to, jak Japoń­czy­cy są w sta­nie dbać o czy­stość jest czymś ponad wszel­kie stan­dar­dy. Otóż toa­le­ty publicz­ne są bar­dzo powszech­ne, szcze­gól­nie przy wszel­kich par­kin­gach, przy auto­stra­dach, obiek­tach tury­stycz­nych czy w cen­trach han­dlo­wych. Są one po pro­stu fan­ta­stycz­nie czy­ste i pach­ną­ce ste­ryl­no­ścią (wie­lo­krot­nie widzia­łem całe eki­py sprzą­ta­czy, któ­rzy puco­wa­li taki przy­by­tek z ogrom­nym prze­ję­ciem). Są też obszer­ne (nie tyl­ko jeden pisu­ar czy łazien­ka), i spo­ty­ka­li­śmy je na każ­dym kro­ku, dzię­ki cze­mu nigdy nie mia­łem sytu­acji, że musia­łem cze­kać „za potrze­bą”. I to, co mnie napraw­dę zdzi­wi­ło to fakt, że toa­le­ty publicz­ne są w dosko­na­łym sta­nie tech­nicz­nym i wszyst­ko w nich dzia­ła. Ponad­to Japoń­czy­cy już daw­no wymy­śli­li coś, co w Pół­noc­nej Ame­ry­ce nazy­wa się „wash­let”. Jest to spe­cjal­na deska klo­ze­to­wa, któ­ra jest pod­grze­wa­na i posia­da auto­ma­tycz­ny do włącz­nik wody do mycia „pod­wo­zia” i rów­nież jego susze­nia. To nie­zwy­kle higie­nicz­ne roz­wią­za­nie eli­mi­nu­je potrze­bą uży­wa­nia papie­ru, któ­ry, jak pew­nie wie­dzą Pań­stwo z wła­sne­go doświad­cze­nia, nie zawsze gwa­ran­tu­je sku­tecz­ny rezul­tat. A prze­cież kie­dy jest wydzie­la­ny przez „bab­cię klo­ze­to­wą” na cen­ty­me­try, zwy­kle sta­wia nas to w bar­dzo krę­pu­ją­cej sytu­acji. W japoń­skich toa­le­tach czę­sto widzie­li­śmy też WC dla naj­młod­szych. Malut­ka ubi­ka­cja, pisu­ar i umy­wa­lecz­ka — wszyst­ko przy­sto­so­wa­ne do ergo­no­mii dzie­ci, a ta część toa­le­ty (wydzie­lo­na od czę­ści dla doro­słych) jest poma­lo­wa­na w dzie­cię­ce obraz­ki. Na koniec wspo­mnę o „han­di­ca­pe wash­ro­oms” — są one jak z innej baj­ki. Prze­strzen­ne, wypo­sa­żo­ne we wszyst­kie urzą­dze­nia koniecz­ne dla kom­for­tu osób nie­peł­no­spraw­nych. Od spe­cjal­nych ubi­ka­cji, pisu­arów, umy­wa­lek, sys­te­mu wzy­wa­nia pomo­cy, auto­ma­tycz­nych drzwi…. Wszyst­ko jest czy­ste i este­tycz­ne. To po pro­stu jest inny, znacz­nie wyż­szy poziom dba­ło­ści o ludzi z pro­ble­ma­mi rucho­wy­mi, co bar­dzo się nam podobało.

Kul­tu­ra ukłonu
Japoń­czy­cy od daw­na mają wpa­ja­ny spe­cjal­ny sza­cu­nek do pra­cy oraz do prze­ło­żo­nych. Nie wiem, czy źró­dło tego sza­cun­ku się­ga cza­sów feu­dal­nych, ale pole­ceń prze­ło­żo­ne­go nikt tu nie kry­ty­ku­je. Pra­ca zwy­kle jest podej­mo­wa­na z zało­że­niem, że będzie ona kon­ty­nu­owa­na aż do eme­ry­tu­ry. Wyni­ka to z men­tal­no­ści Japoń­czy­ków prze­ko­na­nych, że pra­cy się nie zmie­nia. Każ­dy pra­cow­nik jest abso­lut­nie lojal­ny fir­mie i powo­li wspi­na się po dra­bi­nie sta­no­wisk. Jed­ną z pierw­szych rze­czy, któ­rej ucze­ni są nowi pra­cow­ni­cy jest spo­sób pozdra­wia­nia kole­gów z pra­cy i prze­ło­żo­nych. Ponie­waż w Japo­nii nie ma zwy­cza­ju poda­wa­nia sobie ręki, wita się ich za pomo­cą pokło­nu. Co cie­ka­we, funk­cjo­nu­je tam kil­ka rodza­jów pokło­nów. Jeśli wita­my przy­ja­ciół, to kła­nia­my się oko­ło 15 stop­ni od pio­nu, trzy­ma­jąc ręce na szwach spodni i dopusz­czal­ne jest patrze­nie w oczy kole­gi. Kie­dy pozdra­wia­my bez­po­śred­nie­go prze­ło­żo­ne­go, ukłon musi być głęb­szy ale bez patrze­nia w oczy. Kie­dy wita­my sze­fa, to ukłon jest prak­tycz­nie 90 stop­ni od pio­nu i abso­lut­nie nie wol­no patrzeć w oczy (w takiej pozy­cji musi­my wytrzy­mać przy­naj­mniej 15 sekund!). Któ­re­goś wie­czo­ru obser­wo­wa­łem dwie grup­ki biz­nes­me­nów (każ­da po ok. 10 osób), któ­re spo­tka­ły się wie­czo­rem na dep­ta­ku. Kie­dy sta­nę­ły naprze­ciw sie­bie i zaczę­ły wymie­niać pokło­ny, trwa­ło to oko­ło 5 minut. Brzmi to zabaw­nie z per­spek­ty­wy naszej kul­tu­ry, ale w Japo­nii nikt tego nie pod­wa­ża, gdyż zako­rze­nio­ne w Japoń­czy­kach zwy­cza­je są powszech­nie szanowane.

Rodzi­na 1+0
Każ­dy z nas zapew­ne sły­szał o tym, że w Japo­nii zwy­kle nie wycho­dzi się z pra­cy przed sze­fem. I to jest praw­da. Typo­wy dzień w pra­cy może wyno­sić nawet 14 godzin, bo sze­fo­wie też się do domów nie spie­szą. Zwy­kle wyż­sza kadra mana­ger­ska pra­cu­ją­ca w biu­rach i kor­po­ra­cjach dojeż­dża do pra­cy z odle­głych czę­ści Japo­nii. Czas dojaz­du z domu do pra­cy wyno­si czę­sto 2–3 godzi­ny w jed­ną stro­nę. Dla­te­go więk­szość dyrek­to­rów nie wra­ca do domu każ­de­go dnia, a nocu­je w hote­lach modu­lar­nych. Do domu uda­ją się w piąt­ki, by spę­dzić week­end z rodzi­ną. Nato­miast w tygo­dniu, kie­dy wresz­cie mogą wyjść z pra­cy (bo szef już odpu­ścił), wycho­dzą z niej cały­mi gru­pa­mi i razem spę­dza­ją czas na mie­ście. Zwy­kle idą razem na obiad, na kara­oke czy na dziew­czy­ny. Wszy­scy ubra­ni tak samo (w czar­ne gar­ni­tu­ry, bia­łe koszu­le, czar­ne kra­wa­ty i obo­wiąz­ko­wo tor­ba busi­ness­ma­na w ręce). Przy czym poję­cie „pój­ścia na dziew­czy­ny” ma zupeł­nie inne (naj­czę­ściej) zna­cze­nie niż nam się wyda­je. Gru­py „biu­ro­kra­tów” spę­dza­ją zwy­kle czas w towa­rzy­stwie jed­nej czy dwóch pań, któ­re speł­nia­ją podob­ną role jak gej­sza w prze­szło­ści. Nie są to abso­lut­nie „panie do uciech”! Rolą tych kobiet jest zaba­wia­nia panów roz­mo­wą (i to wszyst­ko). Pew­nie nie­któ­rym trud­no w to uwie­rzyć, ale taki jest tam zwy­czaj. Może też wydać się to Pań­stwu nie­praw­do­po­dob­ne, ale 45% spo­łe­czeń­stwa w Japo­nii (według wie­lu ankiet i sta­ty­styk), nie upra­wia sek­su do 35 roku życia. Jest to ogro­my pro­blem, bo spo­łe­czeń­stwo się sta­rze­je i od lat Japo­nia ma ujem­ny przy­rost natu­ral­ny. Odse­tek miesz­kań­ców powy­żej 60 roku życia się­ga 30%, a ponie­waż śred­nia życia jest nie­zwy­kle wyso­ka (dzię­ki zdro­wej die­cie i dobrej medy­cy­nie), coraz gło­śniej mówi się, że sys­tem eme­ry­tal­ny w tym kra­ju „robi boka­mi”. Powo­dów dla któ­rych w Japo­nii jest nie­wie­le rodzin wie­lo­dziet­nych mamy kil­ka, ale naj­waż­niej­szy to zmia­na tra­dy­cyj­ne­go mode­lu rodzi­ny. Kie­dyś „pan domu” pra­co­wał i zapew­niał utrzy­ma­nie rodzi­nie, a kobie­ta pozo­sta­wa­ła w domu i wycho­wy­wa­ła dzie­ci. Dziś wie­le mło­dych, ambit­nych, dosko­na­le wykształ­co­nych Japo­nek nie akcep­tu­je tra­dy­cyj­ne­go mode­lu rodzi­ny. Chcą odno­sić suk­ce­sy zawo­do­we i rezy­gnu­ją z zawie­ra­nia mał­żeń­stwa i rodze­nia dzie­ci. Z kolei mło­dzi męż­czyź­ni boją się rów­nież odpo­wie­dzial­no­ści za rodzi­nę, a pra­cu­jąc przez dłu­gie godzi­ny są tak prze­mę­cze­ni, i nie koniecz­nie mają ocho­tę na codzien­ne obo­wiąz­ki rodzinne.

Kult gej­szy
Wspo­mnia­łem wcze­śniej o gej­szy. Panu­je powszech­nie błęd­ne prze­świad­cze­nie, że jest to odpo­wied­nik pro­sty­tut­ki. Nic bar­dziej błęd­ne­go! Gej­sza to naj­wyż­szej jako­ści „artyst­ka” do towa­rzy­sze­nia panom (tym z kla­są i z kasą). Staw­ki za takie towa­rzy­stwo były i są bar­dzo wyso­kie, czy­li ludzie nie­za­moż­ni nie mają nawet szan­sy na spę­dze­nie cza­su w tak wykwint­nym towa­rzy­stwie. By zostać gej­szą, nale­ży przejść wie­lo­let­nie szko­le­nie, któ­re trwa tak dłu­go jak uzy­ska­nie dyplo­mu lekar­skie­go. Gej­sze są kształ­co­ne w spe­cjal­nych domach (Geisha House – Okiya) pod okiem doświad­czo­nej nauczy­ciel­ki (naj­czę­ściej eme­ry­to­wa­nej gej­szy). Zwy­kle po 3–4 latach szko­le­nia mło­da dziew­czy­na otrzy­mu­je niż­szy sto­pień wta­jem­ni­cze­nia okre­śla­ny jako „maiko”. W następ­nych kil­ku latach jest ona zwy­kle na posłu­gach u praw­dzi­wej gej­szy, dopó­ki w spe­cjal­nej cere­mo­nii nie zosta­nie wynie­sio­na do stop­nia gej­szy. W cią­gu tych wie­lu lat dziew­czy­ny prze­cho­dzą tre­ning, uczą się gry na instru­men­tach, pro­wa­dze­nia roz­mów, ety­kie­ty parze­nia her­ba­ty, i tań­ca. Każ­dy ich ruch jest wystu­dio­wa­ny i każ­de zda­nie jest wypo­wia­da­ne z uwa­gą i wiel­kim wyczu­ciem by pano­wie, któ­rzy pła­cą za ser­wis czu­li się wyjąt­ko­wi. Oczy­wi­ście gej­sze wio­dą życie samot­nic i jest to wła­ści­wie ogrom­ne poświę­ce­nie. Sko­ja­rze­nie gej­szy z pro­sty­tut­ką nastą­pi­ło po tym, jak Ame­ry­ka­nie opa­no­wa­li Japo­nię po woj­nie i wie­le pań lżej­szych oby­cza­jów prze­bie­ra­ło się za gej­sze, by świad­czyć usłu­gi zupeł­nie inne i nie pole­ga­ją­ce na śpie­wa­niu czy na grze na instru­men­cie. Nato­miast auten­tycz­na gej­sza jest cha­rak­te­ry­stycz­nym ele­men­tem japoń­skiej kul­tu­ry, cen­nym z uwa­gi na brak jej odpo­wied­ni­ka w innych krajach.

Szyb­ko, coraz szybciej
Japoń­czy­cy są mistrza­mi w wie­lu dzie­dzi­nach, a ogrom­ne wra­że­nia wywarł na mnie poziom ich komu­ni­ka­cji. Kie­dy pierw­sze­go dnia spa­ce­ro­wa­li­śmy po głów­nych uli­cach Tokio byłem wła­ści­wie tro­chę zasko­czo­ny tym, że nie są one tak zatło­czo­ne jak się spo­dzie­wa­łem. Gdzie­nie­gdzie tłu­mek, ale ogól­nie dało się przejść, tym bar­dziej, że Japoń­czy­cy prze­strze­ga­ją spo­so­bu poru­sza­nia się po mie­ście. Cho­dzą lewą stro­ną chod­ni­ka, pośrod­ku któ­re­go bie­gnie wypu­kły pas, pozwa­la­ją­cy łatwo wyczuć kie­dy wej­dzie­my na dru­gą, „nie­wła­ści­wą” stro­nę. Kie­dy posta­no­wi­li­śmy sko­rzy­stać z metra i weszli­śmy do pod­zie­mia, oka­za­ło się, że pod więk­szo­ścią głów­nych ulic cią­gną się gigan­tycz­ne, pod­ziem­ne pasa­że, po któ­rych poru­sza się znacz­nie wię­cej osób niż po powierzch­ni. Powód jest pro­sty: wygo­da. Nie ma wpły­wów atmos­fe­rycz­nych, nie ma potrze­by cze­ka­nia na świa­tłach, shop­ping jest dosko­na­ły i łatwo dostać się do kolej­nych sta­cji metra. Kie­dy weszli­śmy na sta­cje metra – w pierw­szym momen­cie prze­ży­li­śmy szok. 5 — 6 linii w róż­nych kie­run­kach. Ruch jak w ulu. Jak zna­leźć kie­ru­nek? Gdzie kupić bilet? Kil­ka ner­wo­wych chwil, dresz­czyk na ple­cach…. Ale szyb­ko przy­szło uspo­ko­je­nie. Każ­da linia ma inny kolor i zna­ki kie­ru­ją­ce w tym samym kolo­rze. Wyraź­ne i bar­dzo gęste ozna­ko­wa­nie. Auto­ma­ty do kupo­wa­nia bile­tów w kolo­rze odpo­wied­niej linii. Wystar­czy­ło wło­żyć bank­not w auto­mat i naci­snąć wyma­ga­ną cenę za prze­jazd, a bilet i resz­ta wypa­da­ły od razu. Pocią­gi jeż­dżą z dużą czę­sto­tli­wo­ścią, i cze­ka­nie na kolej­ny nie trwa dłu­żej niż kil­ka minut. W cza­sie jaz­dy non stop infor­ma­cje po japoń­sku i po angiel­sku oraz wie­le tablic wyświe­tla­ją­cych nazwy bie­żą­cej sta­cji i kolej­nej. Nie­zwy­kła punk­tu­al­ność. Nikt w metrze nie roz­ma­wia. Tele­fo­ny są ści­szo­ne i nawet gdy dzwo­nią, nikt ich nie odbie­ra. Owszem, ludzie czy­ta­ją e‑maile i tek­stu­ją, ale wsty­dem było­by zakłó­ca­nie spo­ko­ju innym podróż­nym. No cóż — po prze­jażdż­ce wszy­scy stwier­dzi­li­śmy, że toron­toń­skie metro jest 200 lat za czar­nym lądem! Japoń­skie metro jest tak roz­bu­do­wa­ne (w każ­dym mie­ście, w któ­rym byli­śmy), że prak­tycz­nie posia­da­nie samo­cho­du jest zbęd­ne. Mało tego: cała Japo­nia jest połą­czo­na sie­cią szyb­kich pocią­gów, osią­ga­ją­cych pręd­kość ponad 300 km na godzi­nę! Są tak punk­tu­al­ne, że suma spóź­nień wszyst­kich pocią­gów w całej Japo­nii nie prze­kra­cza 38 sekund ROCZNIE! To nie­sa­mo­wi­te, bo Japo­nia stwo­rzy­ła te wszyst­kie roz­wią­za­nia komu­ni­ka­cyj­ne w bar­dzo górzy­stym kra­ju (75% to góry), pomi­mo kolo­sal­nych znisz­czeń pod­czas od II woj­ny świa­to­wej. Zaczy­na­li prak­tycz­nie od zera. Dziś myślę, że Toron­to ma chy­ba naj­gor­szy i naj­sła­biej roz­wi­nię­ty sys­tem metra w porów­na­niu do wie­lu miast, któ­re mia­łem przy­jem­ność odwie­dzić. A prze­cież nie mia­ło tak tra­gicz­nych doświad­czeń wojen­nych jak Japo­nia. Wspo­mnę rów­nież o auto­stra­dach: to kolej­ny feno­men! Podzi­wia­li­śmy dosko­na­łe i bar­dzo spek­ta­ku­lar­ne roz­wią­za­nia, szcze­gól­nie w dużych mia­stach. Wie­lo­po­zio­mo­we esta­ka­dy, a jed­no­cze­śnie łatwość poru­sza­nia się. I uwa­ga – nawierzch­nia wytrzy­mu­je tutaj wie­le lat. Widocz­nie nikt nie dosy­pu­je do asfal­tu pia­chu, by zapew­nić sobie co roku nowy kon­trakt na naprawy.



Pra­ca i dyscyplina
Japoń­czy­cy są od dziec­ka wycho­wy­wa­ni do pra­cy w gru­pie. To da się zauwa­żyć na każ­dym kro­ku. Bar­dzo czę­sto widzie­li­śmy wyciecz­ki szkol­ne w róż­nym wie­ku, któ­re odwie­dza­ły te same zabyt­ki co my, ucząc się o kul­tu­rze swo­je­go kra­ju. W gru­pie pano­wał nie­praw­do­po­dob­ny porzą­dek. Nikt nie krzy­czał, nie rzu­cał śmie­ci nie bie­gał bez opa­mię­ta­nia. Prze­ciw­nie — peł­na dys­cy­pli­na. Taki spo­sób wycho­wa­nia dzie­ci prze­kła­da się na przy­szłe całe życie Japoń­czy­ka — jed­nost­ka zawsze powin­na się pod­po­rząd­ko­wać gru­pie. Ludzie tam mają też nie­praw­do­po­dob­ny sza­cu­nek do pra­cy. Pra­cę uwa­ża­ją za dobro samo w sobie, nie­waż­ne jaka by ona była. Obser­wo­wa­li­śmy kobie­tę kie­ru­ją­cą ruchem na ścież­ce wio­dą­cej do Pała­cu Cesar­skie­go. Za każ­dym razem, kie­dy ktoś nad­cho­dził czy nad­jeż­dżał na rowe­rze, naj­pierw był pokłon. Póź­niej powi­ta­nie i życze­nia dobre­go dnia oraz gest wska­zu­ją­cy kie­ru­nek. Sta­ła ona w jed­nym miej­scu i jej pra­ca była dokład­nie tyl­ko taka, mono­ton­na, ale Japon­ka wyko­ny­wa­ła ją z takim samym zaan­ga­żo­wa­niem przez wie­le godzin. Aż trud­no mi sobie wyobra­zić jak by to wyglą­da­ło w Kanadzie.

Wir­tu­al­na terapia
Moim zda­niem ogrom­na pre­sja śro­do­wi­ska, by pod­po­rząd­ko­wać się gru­pie oraz nor­mom spo­łecz­nym pro­wa­dzi do wie­lu pro­ble­mów psy­cho­lo­gicz­nych. Japo­nia sta­ty­stycz­nie ma naj­wyż­szą licz­bę samo­bójstw na świe­cie. Być może jest to pozo­sta­łość po cza­sach samu­ra­jów, kie­dy wojow­nik, nie wyko­naw­szy swo­ich zadań w spo­sób ocze­ki­wa­ny przez mistrza okrył się hań­bą (praw­dzi­wą lub wyima­gi­no­wa­ną) i popeł­niał sep­pu­ku, czy­li w dra­stycz­ny spo­sób odbie­rał sobie życie. Ale fak­tycz­nie – pre­sja, by być ide­al­nym ogni­wem w wiel­kiej mach­nie jest ogrom­na i czę­sto pew­nie zbyt natar­czy­wa. Dla­te­go wie­le osób ucie­ka w świat wir­tu­al­ny. Japoń­czy­cy uwiel­bia­ją gry kom­pu­te­ro­we, ale nie u sie­bie w domu, bo tam brak na nie miej­sca. Wszę­dzie spo­ty­ka­my ogrom­ne „arka­dy” dla gier, w któ­rych jest po kil­ka­set maszyn, razem wytwa­rza­ją­cych jazgot nie do wytrzy­ma­nia. Japoń­czy­cy uwiel­bia­ją rów­nież komik­sy, któ­re pozwa­la­ją im prze­nieść się w świat fan­ta­zji, mniej restryk­cyj­ny i suro­wy niż rze­czy­wi­stość. Na ryn­ku ist­nie­je ogrom­na licz­ba komik­sów oraz gier „sek­su­al­nych”, w któ­rych moż­na wybrać sobie dziew­czy­ną ide­al­ną (o wyma­rzo­nych kształ­tach, inte­lek­cie czy nawet spo­so­bie ubra­nia się). Mło­dzi chłop­cy mają z taką super dziew­czy­ną „wyima­gi­no­wa­ny seks” a czę­sto zabie­ra­ją je na „wyima­gi­no­wa­ną rand­kę”. Innym anti­do­tum na ich stres są absur­dal­ne tele­tur­nie­je tele­wi­zyj­ne. Nie­któ­re pole­ga­ją na tym, by jak naj­bar­dziej i publicz­nie upo­ko­rzyć prze­ciw­ni­ka w grze, oczy­wi­ście ku zado­wo­le­niu widzów. Ten rodzaj zacho­wa­nia, któ­ry nie jest sza­blo­nem w codzien­nym życiu, jest takim wen­ty­lem bez­pie­czeń­stwa w tym (w grun­cie rze­czy) dobrze zor­ga­ni­zo­wa­nym świe­cie. Od lat kore­spon­du­ję z mło­dym Japoń­czy­kiem, któ­ry kil­ka razy w napi­sał do mnie, że jego kole­dzy są zapa­trze­ni w Pół­noc­ną Ame­ry­kę – moim zda­niem dzię­ki fil­mom z Hol­ly­wo­od. Po powro­cie z Japo­nii napi­sa­łem mu, że moim zda­niem Japoń­czy­cy nie powin­ni brać przy­kła­du z USA, gdyż ten kraj bory­ka się z wie­lo­ma pro­ble­ma­mi któ­re w Japo­nii nie ist­nie­ją. Na przy­kład prze­stęp­czość — w Japo­nii jest ona mini­mal­na. Na 120 milio­nów miesz­kań­ców w wię­zie­niach odby­wa karę jedy­nie ok. 50,000 osób, nato­miast miejsc dla ska­za­nych jest aż 90,000. W USA, na oko­ło 330 milio­nów miesz­kań­ców w wię­zie­niach prze­by­wa ponad 2,1 milio­na osób! Sta­ty­stycz­nie rzecz ujmu­jąc, 4% popu­la­cji miesz­kań­ców Zie­mi (USA) posia­da 25% więź­niów w glo­bal­nej licz­bie wszyst­kich więź­niów na świe­cie! W Japo­nii w cią­gu ostat­nich 10 lat przy­rost prze­stęp­czo­ści spo­wo­do­wa­ny jest celo­wy­mi naru­sze­nia­mi pra­wa przez oso­by star­sze i samot­ne (po 65 roku życia), któ­re w ten spo­sób chcą dostać się do wie­zie­nia gwa­ran­tu­ją­ce­go im dar­mo­wy „wikt i opie­ru­nek”. Być może w pierw­szej chwi­li brzmi to zabaw­nie, ale fak­tycz­nie poka­zu­je, że samot­na sta­rość wca­le nie jest zabawna.

Wszech­obec­ne dary morza
Die­ta japoń­ska zawie­ra w sobie bar­dzo dużo owo­ców morza pod róż­ny­mi posta­cia­mi. Od ryb, poprzez sko­ru­pia­ki i mał­że do glo­nów. Japoń­czy­cy spo­ży­wa­ją pra­wie 60% wszyst­kich ryb łowio­nych na świe­cie. Kocha­ją oni ryby świe­że, pro­sto z morza i rze­czy­wi­ście są one łatwo dostęp­ne. W wie­lu miej­scach moż­na tra­fić na tar­gi ryb­ne, na któ­rych nie tyl­ko moż­na zro­bić zaku­py do domu, ale rów­nież zjeść coś świe­że­go przy­go­to­wa­ne­go na miej­scu. Kie­dy przy­glą­da­łem się róż­nym dziw­nym stwo­rom mor­skim, zasta­na­wia­łem się czy miał­bym odwa­gę ich spró­bo­wać. Ale po chwi­li waha­nia uzna­łem, że sushi i sashi­mi są lep­szym wybo­rem. I muszę stwier­dzić, że za każ­dym razem była to uczta dla pod­nie­bie­nia. Wszyst­ko świe­że, pysz­ne i bar­dzo roz­sąd­ne cenowo.



Samot­ne ryżo­we pola
Oprócz ryb, ryż jest jed­nym z głów­nych skład­ni­ków japoń­skiej die­ty. Aż 90% zapo­trze­bo­wa­nia ryżu w Japo­nii jest lokal­ne­go pocho­dze­nia. Pozo­sta­łe 10% impor­to­wa­ne jest głów­nie z Korei Połu­dnio­wej. Róż­ni­ca pomię­dzy pro­duk­ta­mi jest zasad­ni­cza. Japoń­ski ryż jest kle­isty i ide­al­nie nada­je się na sushi czy do ben­to box. Ryż Kore­ań­ski jest syp­ki i jest głów­nie uży­wa­ny do pro­duk­cji pasz. Pra­ca rol­ni­ka w Japo­nii jest nie­zwy­kle trud­na i jest to poma­łu wymie­ra­ją­cy zawód. Mło­dzi ludzie ucie­ka­ją za karie­rą do miast, szu­ka­jąc pra­cy w admi­ni­stra­cji i dużych kor­po­ra­cjach. Pra­cę na roli uwa­ża­ją za zbyt trud­ną i nie­atrak­cyj­ną. Dla­te­go po śmier­ci rol­ni­ka nie­rzad­ko jego dom pozo­sta­je pusty na zawsze. Rząd zabie­ga o to, by domy te odzie­dzi­czy­li praw­ni spad­ko­bier­cy, np. dzie­ci rol­ni­ków. Ci nato­miast odma­wia­ją przy­ję­cia takie­go spad­ku, gdyż wią­że się to z koniecz­no­ścią wnie­sie­nia opła­ty od masy spad­ko­wej w wyso­ko­ści pra­wie 40% war­to­ści domu. Mło­dych na to nie stać, bo nie stać ich też na kup­no miesz­kań w mie­ście. Taka sytu­acja rodzi duży pro­blem, i wie­le domów jest po pro­stu wybu­rza­nych, by uwol­nić grunt pod zasiew ryżu.

Kuli­nar­ny bon-ton
Japoń­czy­cy bacz­ną uwa­gę zwra­ca­ją nie tyl­ko na to, co się je, ale też jak się je. Są oni este­ta­mi i jedze­nie nawet w przy­pad­ku „fast food” jest poda­wa­ne w spo­sób bar­dzo ele­ganc­ki. Nato­miast w japoń­skiej restau­ra­cji, gdy jest ser­wo­wa­ny tra­dy­cyj­ny posi­łek, będzie on poda­ny w posta­ci całej serii małych por­cji przy­sta­wek i przy­sma­ków, plus tro­chę dania głów­ne­go. Cha­rak­te­ry­stycz­ną cechą japoń­skiej kuch­ni jest róż­no­rod­ność. Por­cje skła­da­ją się z wie­lu roz­ma­itych skład­ni­ków. Kie­dy spy­ta­li­śmy nasze­go prze­wod­ni­ka czy we wła­snym domu też jedzą śnia­da­nia poda­wa­ne w taki spo­sób, z uśmie­chem odpo­wie­dział, „już nie”. Obec­nie domi­nu­je omlet, grzan­ka i kawa! Taki objaw globalizacji.

Kul­tu­ra zamknię­tych drzwi
Japo­nia jest kra­jem zasad­ni­czo mono­kul­tu­ro­wym. “One People, One Empi­re, One Leader”. Skąd my to zna­my? Nie­ste­ty, Japo­nia w swo­jej dłu­giej histo­rii mia­ła też mrocz­ne cza­sy, kie­dy była sojusz­ni­kiem Hitle­ra, dzie­ląc tę samą ide­olo­gię eks­pan­sji oraz popeł­nia­jąc bestial­skie mor­dy i maso­we gwał­ty w Chi­nach na ogrom­ną ska­lę. Dziś nikt do tych nie­chlub­nych wojen­nych cza­sów nie powra­ca, ale ta mono­kul­tu­ro­wość pozo­sta­ła. Z jed­nej stro­ny jest siłą tego kra­ju, bo dzię­ki niej ludzie myślą tak samo, tak samo postę­pu­ją, dba­ją o czy­stość i cenią sobie pra­cę w gru­pie. Z dru­giej stro­ny brak imi­gra­cji pro­wa­dzi do powol­ne­go sta­rze­nia się spo­łe­czeń­stwa i według wie­lu spe­cja­li­stów, jeśli Japo­nia nie otwo­rzy się na mło­dych imi­gran­tów, kraj znaj­dzie się w dużym kło­po­cie. Otwar­cie dla imi­gra­cji to jed­nak pięk­na teo­ria z uwa­gi na spo­re barie­ry (biu­ro­kra­tycz­ne i ludz­kie) utrud­nia­ją­ce obco­kra­jow­com osie­dla­nia się na tere­nie kra­ju. Widać co praw­da na uli­cach obco­kra­jow­ców, ale są to głów­nie tury­ści, któ­rzy oczy­wi­ście są zawsze mile widzia­ni (gdyż zasi­la­ją skarb pań­stwa wyda­wa­ny­mi tam pie­niędz­mi). Mia­łem oka­zję roz­ma­wiać z kel­ne­rem (Rumu­nem), któ­ry jakimś dziw­nym tra­fem pra­cu­je w jed­nym z tokij­skich hote­li. Miesz­ka on już w Japo­nii dwa lata i nie­ste­ty potwier­dził nasze podej­rze­nia. Jest tole­ro­wa­ny w pra­cy gdyż bie­gle wła­da angiel­skim (co jest pomoc­ne przy obsłu­dze gości), nato­miast ta tole­ran­cja zni­ka przy pry­wat­nych spo­tka­niach po pra­cy. Ponad­to wciąż napo­ty­ka trud­no­ści by cokol­wiek zała­twić (jak wyna­ję­cie miesz­ka­nia, otwar­cie kon­ta, otrzy­ma­nie kre­dy­tu) twier­dząc, że wciąż ma pod górę.

Japoń­ski savo­ir vivre
Pomi­mo tego co opi­sa­łem wcze­śniej, Japoń­czy­cy są nie­zwy­kle uczyn­ni i nawet jeśli nie są w sta­nie się poro­zu­mieć (po angiel­sku), to zawsze są sko­rzy do pomo­cy. Mło­dzi ludzie piszą i czy­ta­ją po angiel­sku dość dobrze, czę­sto jed­nak mają pro­ble­my z roz­mo­wą. Ale oczy­wi­ście są też wyjąt­ki i mia­łem oka­zję spo­tkać Japoń­czy­ków z ide­al­nym bry­tyj­skim akcen­tem. Są też oni – zarów­no kobie­ty jak i męż­czyź­ni — nie­zwy­kle ele­ganc­cy i szy­kow­nie ubra­ni. Pano­wie zwy­kle w czar­ne gar­ni­tu­ry, ale panie – to praw­dzi­wa rewia mody! Napraw­dę jest się za kim obej­rzeć… Inną cechą , któ­ra mi bar­dzo odpo­wia­da­ła to takie natu­ral­ne wyczu­cie kla­sy. Pro­sty przy­kład: kie­dy zwie­dza­li­śmy oko­li­ce świę­tej góry Fuji, weszli­śmy na spe­cjal­ny pomost wido­ko­wy, z któ­re­go moż­na było zro­bić pięk­ne zdję­cia góry. Kie­dy obec­ni tam Japoń­czy­cy zauwa­ży­li, że cze­ka­my w kolej­ce by sobie “cyk­nąć fot­kę”, uprzej­mym gestem i z uśmie­chem dali nam do zro­zu­mie­nia, że pocze­ka­ją, aż my zro­bi­my sobie zdję­cia. Jed­nak w tym momen­cie wpa­dła na pomost chiń­ska wyciecz­ka — i tu zaczął się kaba­ret. Nie tyl­ko nie zada­li sobie oni tru­du zacze­ka­nia na swo­ją kolej, ale bez żad­nych skru­pu­łów wpa­dli jak hor­da, prak­tycz­nie wypchnę­li nas z kadru i zaczę­li robić set­ki zdjęć. Pani z panią. Pani z panem. Dwie panie. Trzy panie. Pani z panem uśmiech­nię­ci. Pani z panem poważ­ni. Pani z nóż­ką w pra­wo. Pani z nóż­ką w lewo.…. Ten cyrk trwał dobre 15 minut i niko­mu z nich nie przy­szło do gło­wy że inni (na przy­kła­dy my) też mamy ocho­tę zro­bić sobie zdję­cia z nóż­ką w pra­wo czy w lewo! Zresz­tą, szcze­rze mówiąc, to wła­śnie Chiń­czy­cy są w dużej mie­rze odpo­wie­dzial­ni za śmie­ci rzu­ca­ne na japoń­skich uli­cach czy w zwie­dza­nych zabytkach.



Trzę­sie, wie­je i praży
Japo­nia ma nie­zwy­kle cie­ka­we ukształ­to­wa­nie i poło­że­nie. Na kraj ten skła­da­ją się czte­ry głów­ne wyspy, roz­cią­gnię­te z pół­no­cy na połu­dnie na dłu­go­ści pra­wie 2,500 kilo­me­trów. Oprócz tego do Japo­nii nale­żą tysią­ce malut­kich wyse­pek, od pół­no­cy do połu­dnia. Z takim „roz­cią­gnię­ciem” tere­nu wią­że się cie­ka­wa róż­no­rod­ność kli­ma­tycz­na. Na wyspie pół­noc­nej (Hok­ka­ido) panu­je raczej zim­ny kli­mat, nato­miast na połu­dnio­wej wyspie (Miy­aza­ki) mamy kli­mat tro­pi­kal­ny! Aż 75% powierzch­ni Japo­nii to teraz górzy­sty, a rów­ni­ny są albo zaję­te przez mia­sta, albo przez rol­nic­two. Tokio jest poło­żo­ne na cen­tral­nej wyspie (Hon­siu) i zaj­mu­je powierzch­nio­wo mniej niż 1% całej powierzch­ni kra­ju. Nato­miast ma aż 34 milio­ny miesz­kań­ców – to jest ponad ¼ wszyst­kich Japoń­czy­ków! Kon­tra­sty pomię­dzy kra­jo­bra­zem miej­skim i prze­my­sło­wym a siel­ską wsią są ogrom­ne. Pomi­mo tego, nawet w dużych mia­stach widać dba­łość o natu­rę, a w powie­trzu pomi­mo zagęsz­cze­nia, wca­le nie czu­je się smo­gu. Licz­ne zabyt­ki z prze­szło­ści są bar­dzo pie­czo­ło­wi­cie kon­ser­wo­wa­ne, a ota­cza­ją­ce je roz­le­głe ogro­dy chęt­nie odwie­dza­ne. Jak wszy­scy wie­my, Japo­nia jest kra­jem sil­nie sej­smicz­nym, ale licz­ne wstrzą­sy niko­go tu nie dzi­wią. Zarów­no dro­gi, domy czy kolej tak są kon­stru­owa­ne, by w przy­pad­ku sil­ne­go trzę­sie­nia zie­mi znisz­cze­nia były jak najmniejsze.

Japoń­skie termy
Ogrom­nym bene­fi­tem poło­że­nia Japo­nii są licz­ne gorą­ce źró­dła, czę­sto wyko­rzy­sty­wa­ne w SPA czy ośrod­kach wypo­czyn­ko­wych z base­na­mi ter­micz­ny­mi. Mie­li­śmy oka­zje spę­dzić w takim miej­scu jeden dzień i noc. Był to nie­zwy­kle cie­ka­wy eks­pe­ry­ment, bo nie tyl­ko mie­li­śmy szan­sę prze­spać się w tra­dy­cyj­nym domu na matach TATAMI roz­ło­żo­ny­mi na pod­ło­dze, ale rów­nież byli­śmy ubra­ni w tra­dy­cyj­ne japoń­skie kimo­na! Sko­rzy­sta­li­śmy oczy­wi­ście z kąpie­li w gorą­cych źró­dłach i delek­to­wa­li­śmy się przy­sma­ka­mi tra­dy­cyj­nej, lokal­nej kuch­ni. Według japoń­skiej tra­dy­cji, w przy­pad­ku takich kąpie­li „panie idą na lewo, a pano­wie na pra­wo”. Każ­da płeć ma swo­ją obszer­ną prze­strzeń, w któ­rej znaj­du­je się osob­ny basen zewnętrz­ny z wodą z gorą­cych źró­deł, obszer­ny hot tub, oczy­wi­ście szat­nie i bar­dzo wygod­ne łazien­ki z kąpie­li w któ­rych myje się cia­ło przed sko­rzy­sta­niem z base­nów ter­micz­nych. Oczy­wi­ście wszy­scy są w „stro­jach Ada­ma i Ewy”. Taki spo­sób dba­nia o higie­nę jest moc­na zako­rze­nio­ny w japoń­skiej tra­dy­cji. Kil­ka dni po powro­cie z Japo­nii przy­pad­ko­wo obej­rza­łem cie­ka­wy film doku­men­tal­ny wła­śnie o zamierz­chłych cza­sach (XV wiek) i o okre­sie, kie­dy to Por­tu­gal­czy­cy pró­bo­wa­li nawró­cić Japoń­czy­ków na chrze­ści­jań­stwo. Bar­dzo cie­ka­wa była wzmian­ka jed­ne­go z misjo­na­rzy któ­ry pisał, że Japoń­czy­cy myli się codzien­nie, kie­dy oni tyl­ko raz na kil­ka tygo­dni. No cóż – wyglą­da na to, że czy­stość jest wro­dzo­ną cechą tego naro­du, a pew­nie obec­ność licz­nych cie­płych czy gorą­cych źró­deł na pew­no mia­ło ogrom­ny wpływ na ten fakt. Wszak cie­pła woda w dużej ilo­ści zachę­ca do kąpie­li. I cie­ka­wost­ka: czy Pań­stwo wie­dzą, że w Japo­nii (w oko­li­cy Jigo­ku­da­ni), żyje spo­re sta­do małp z gatun­ku Maka­ki, któ­re rów­nież chęt­nie zaży­wa­ją dłu­gich kąpie­li w cie­płych źró­dłach? Co za wyjąt­ko­wo czy­sty kraj!

Opusz­cza­jąc Japo­nię zde­cy­do­wa­nie mie­li­śmy nie­do­syt wra­żeń i obo­je z Agniesz­ką wie­my, że tu wró­ci­my. Podró­żu­je się tu wygod­nie, w czy­stych warun­kach i bar­dzo bez­piecz­nie. Japo­nia to nie­zwy­kle atrak­cyj­ny tury­stycz­nie kraj, z cie­ka­wą histo­rią i kul­tu­rą. Wpraw­dzie tak róż­nią­cą się od naszej, ale zde­cy­do­wa­nie war­tą pozna­nia. Opi­sa­ne wra­że­nia są oczy­wi­ście bar­dzo oso­bi­ste i jak wspo­mnia­łem, nie mają na celu uczyć histo­rii tego kra­ju. Ale mam nadzie­ję, że przy­bli­żą Pań­stwu atmos­fe­rę uli­cy, styl życia Japoń­czy­ków, kul­tu­rę oraz zapa­chy i sma­ki Kra­ju Kwit­ną­cej Wiśni.