Jerzy Cabaj: Pły­wa­nie to wiel­ka przy­jem­ność — Spływ Bugiem do Polski

        Miesz­ka­jąc w pobli­żu wody — rze­ki, jezio­ra czy morza — trud­no nie polu­bić pły­wa­nia. W moim przy­pad­ku pły­wam ponad 40 lat, zawsze z wiel­ką przy­jem­no­ścią nie­za­leż­nie od pogo­dy. Tro­chę na żaglach, ale bar­dziej polu­bi­łem kaja­ki. Dają mi więk­szą nie­za­leż­ność, wysi­łek fizycz­ny któ­ry lubię, i nie­spo­dzian­ki nie zawsze przy­jem­ne, ale zawsze ciekawe.

Naj­cie­kaw­szy spływ kaja­ko­wy, jaki zor­ga­ni­zo­wa­łem, odbył się w 2009 r i był dosyć długi.

Miesz­kam nad rze­ką Bug, któ­ry ma źró­dło na Ukra­inie. Kie­dyś pomy­śla­łem sobie — a dla­cze­go nie popły­nąć wła­śnie od źró­dła mojej rze­ki? Wcze­śniej zor­ga­ni­zo­wa­łem kil­ka­na­ście spły­wów, kil­ku­go­dzin­nych ale i kil­ku­dnio­wych. Rów­nież z udzia­łem Pola­ków z Brze­ścia na Bia­ło­ru­si — od Tere­spo­la do Wyszko­wa. Więc dla­cze­go nie z Ukra­iny? Trud­ne, ale moż­li­we. Wcze­śniej­sze były finan­so­wa­ne przez Urząd Gmi­ny Wyszków, Sta­ro­stwo Powia­to­we albo Mini­ster­stwo Spor­tu i Tury­sty­ki — wyna­jem i trans­port kaja­ków — jako pro­mo­cja turystyki.

Zapro­po­no­wa­łem Bur­mi­strzo­wi Wyszko­wa i Sta­ro­ście orga­ni­za­cję wła­śnie spły­wu kaja­ko­we­go z Ukra­iny. Byli tym nie­co zasko­cze­ni, ale zgo­dzi­li się sfi­nan­so­wać rów­nież tym razem wyna­jem i trans­port kaja­ków. Resz­tę, czy­li wyży­wie­nie i sprzęt biwa­ko­wy, każ­dy uczest­nik miał we wła­snym zakresie.

W 2008 r zaczę­ło się pla­no­wa­nie. Mapy czę­ści pol­skiej Bugu były łatwo dostęp­ne. Nie­co trud­niej było z czę­ścią ukra­iń­ską, jed­nak i taką zna­la­złem w nie­co dużej podział­ce 1:100 000. Bug w Brze­ściu pły­nie na kil­ku­ki­lo­me­tro­wym odcin­ku przez tery­to­rium Bia­ło­ru­si, więc ten kawa­łek nale­ża­ło omi­nąć.  Kaja­ki nale­ża­ło prze­wieźć na rze­kę dostęp­ną już po pol­skiej stro­nie. Pozo­sta­je gra­ni­ca z Ukra­iną. Naj­ła­twiej było­by prze­kro­czyć gra­ni­cę wodą, ale na to potrzeb­na była zgo­da władz i pol­skich, i ukra­iń­skich. Zbli­żał się Mun­dial, mają­cy odbyć się w 2010 r w Pol­sce i na Ukra­inie, więc może pozwo­lą? Napi­sa­łem pismo do naszej Stra­ży Gra­nicz­nej z proś­bą o zgo­dę na prze­kro­cze­nie gra­ni­cy rze­ką, wspo­mnia­łem o wspól­nej orga­ni­za­cji Mun­dia­lu itd., o swo­im doświad­cze­niu — i cze­ka­łem na odpo­wiedź. O dzi­wo nade­szła dosyć szyb­ko, ale uzy­ska­nie wyma­ga­nej zgo­dy stro­ny ukra­iń­skiej wyma­ga­ło cza­su. Po kil­ku mie­sią­cach otrzy­ma­łem pismo, że stro­na ukra­iń­ska wyra­zi­ła zgo­dę. Co za radość ! Wyda­wa­ło się to mało real­ne, jed­nak zgo­da była. Otrzy­ma­łem tele­fo­ny kon­tak­to­we do opie­ku­na spły­wu ze Stra­ży Gra­nicz­nej po stro­nie ukra­iń­skiej i pol­skiej. Kon­tak­ty z Pola­ka­mi w Brze­ściu już mia­łem, nawią­za­łem też kon­takt z Pola­ka­mi we Lwo­wie. Ponie­waż tra­sa była dłu­ga, ok 720 km, zapro­po­no­wa­łem wymia­nę załóg po dro­dze w umó­wio­nych miej­sco­wo­ściach. Wszyst­ko zaczę­ło „grać“.

Począt­ko­wy Bug wyda­wał mi się rzecz­ką nie­wiel­ką, więc spływ nale­ża­ło zacząć przy moż­li­wie wyso­kim sta­nie wody, ale aby rów­nież było moż­li­wie cie­pło. Maj to naj­lep­szy czas. Była jesz­cze jed­na spra­wa. Gdzieś w mar­cu 2009 r odczu­łem pogor­sze­nie wzro­ku. Mia­łem 7,5 diop­tri na minu­sie, ale po wizy­cie u oku­li­sty oka­za­ło się, że jest też kata­rak­ta. Cze­ka­ła mnie ope­ra­cja oczu. Ter­min — dru­ga poło­wa maja. Po tym ter­mi­nie był­bym wyłą­czo­ny ze spły­wu, a bar­dzo chcia­łem go zro­bić i w nim pły­nąć. W następ­nym roku być może było­by to niemożliwe.

Z Wyszko­wa wyje­cha­li­śmy 4 maja z kana­dyj­ką i jede­na­sto­ma kaja­ka­mi. Trzy mia­ły być dla uczest­ni­ków z  Pol­ski, 5 dla uczest­ni­ków z Ukra­iny, a 4 dla z Bia­ło­ru­si. Przed gra­ni­cą noc­leg, rano jedzie­my na gra­ni­cę. Straż Gra­nicz­na i cel­ni­cy byli uprze­dze­ni o naszej wypra­wie, bez pro­ble­mów prze­kro­czy­li­śmy gra­ni­cę. Już na Ukra­inie mie­li­śmy umó­wio­ne spo­tka­nie z uczest­ni­ka­mi z Brze­ścia, w jakimś mie­ście przy moście jako naj­ła­twiej­szym miej­scu aby się spo­tkać. Istot­nie plan „zagrał“. Spo­tka­nie bar­dzo sym­pa­tycz­ne, mówią po pol­sku z takim faj­nym śpiew­nym akcen­tem. Dalej jecha­li­śmy razem. Po dro­dze widzia­łem jak nie­któ­rzy ludzie na widok wie­zio­nych kaja­ków puka­li się czo­ło. Mie­li chy­ba tro­chę racji 🙂 🙂

Do Wier­cho­bu­rza, gdzie jest źró­dło Bugu, doje­cha­li­śmy wcze­snym popo­łu­dniem. Byli­śmy moc­no zasko­cze­ni powi­ta­niem. Cze­ka­ło na nas dosyć dużo ludzi, były wła­dze mia­sta Zło­czów i Powia­tu Zło­czow­skie­go (Wier­cho­burz jest w jego gra­ni­cach admi­ni­stra­cyj­nych), ale też dzien­ni­ka­rze z pra­sy, radia i tele­wi­zji ukra­iń­skiej. Wiel­kie i przy­jem­ne zasko­cze­nie. Spo­ty­ka­my gru­pę ze stro­ny ukra­iń­skiej. Wszy­scy mówią po pol­sku z takim śpiew­nym akcen­tem, jaki bar­dzo lubię. Po powi­ta­niach i wywia­dach Msza świę­ta w naszej inten­cji z kato­lic­kim księ­dzem i pra­wo­sław­nym popem, bło­go­sła­wień­stwa na dro­gę. Roz­mo­wy, kon­cert muzycz­ny jed­nej z ukra­iń­skich gwiazd estra­dy, póź­niej poczę­stu­nek. Noc­leg w dom­kach turystycznych.

Następ­ne­go dnia zwie­dza­nie zabyt­ków w Zło­czo­wie, zamek i kościół, XVI — XVII wiek. Po wej­ściu do kościo­ła oka­za­ło się, że trwa wła­śnie Msza świę­ta. Po wyj­ściu pytam w czy­jej inten­cji. Odpo­wiedź mnie „zamu­ro­wa­ła“ — w inten­cji ś.p. knia­zia Jare­my Wiśnio­wiec­kie­go. Jak u Sienkiewicza.

Następ­ne­go dnia kaja­ki na wodę i pły­nie­my. Kole­ga z Wyszko­wa pro­wa­dzi, ja zamy­kam staw­kę aby w razie potrze­by poma­gać poprzed­ni­kom. Wśród nas są kobie­ty, a każ­dy pły­nie sam, w kaja­kach mamy sprzęt biwa­ko­wy, ubra­nia i jedze­nie, na dru­gą oso­bę nie ma miej­sca. Wody nie­du­żo ale pły­nąć moż­na. Cza­sem prze­dzie­ra­my się przez zaro­śla. Wszyst­ko dosyć męczą­ce. W miej­scach, gdzie moż­na wyjść na brzeg, robi­my posto­je na odpo­czy­nek. Wie­czo­rem postój na noc, jeste­śmy zmę­cze­ni cho­ciaż prze­pły­nę­li­śmy nie­wie­le. Kieł­ba­ski z ogni­ska sma­ku­ją wyśmie­ni­cie, w żad­nej restau­ra­cji na świe­cie nie moż­na zjeść lep­szych 🙂 :). Noc zim­na, namio­ty rano są bia­łe od szro­nu. Może jutro będzie wię­cej wody i będzie łatwiej ? Rze­czy­wi­ście, wody było wię­cej. Ale nie było łatwiej. Przeciwnie.

Kie­dyś przed woj­ną Bug pły­nął sobie natu­ral­nie, zako­la­mi i wte­dy pły­wa­ło się z wiel­ką przy­jem­no­ścią. Ale w latach pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku jakiś bar­dzo „mądry ina­czej“ wymy­ślił aby Bug „wypro­sto­wać“. I zro­bi­li to. Zamiast natu­ral­nych mean­drów wyko­pa­li rów — ok 50 do 100 m po pro­stej, potem pod kątem 90 stop­ni zakręt w lewo, następ­nie w pra­wo i dalej podob­nie. Cię­ci­wa jest krót­sza od łuku więc kąt spad­ku tere­nu więk­szy i woda nabie­ra szyb­ko­ści. W dodat­ku ude­rza­jąc pod kątem pro­stym o brzeg powsta­ją spo­re zawi­ro­wa­nia i bystrza.

Brze­gi wyso­kie — ponad 2 m pod dużym kątem, 75 do 90 stop­ni. Wyj­ście na górę bar­dzo trud­ne, wcią­gnię­cie kaja­ka jesz­cze bar­dziej. Trze­ba pły­nąć. Czę­sto za zakrę­tem zwa­lo­ne drze­wo, sekun­da na „wpa­so­wa­nie“ się w jakąś lukę. Nie wszyst­kim to się uda­wa­ło, wywrot­ki. Na szczę­ście głę­bo­kość wody nie­wiel­ka, tyl­ko do ok 1,5 m więc grunt pod noga­mi był, ale po wywrot­ce trze­ba jesz­cze wejść do kaja­ka i wło­żyć do nie­go mokre już rzeczy.

Survi­val.

W miej­scu o nie­co mniej­szym kącie nachy­le­nia brze­gu po kolei wycią­ga­my kaja­ki na brzeg. Odpo­czy­nek. Instru­uję, jak prze­pły­wać pod drze­wem. Trze­ba utrzy­my­wać go w głów­nym nur­cie i nie pozwo­lić na usta­wie­nie bokiem wobec nie­go. Cza­sem trze­ba wio­sło­wać do tyłu. Przed wej­ściem kaja­ka pod drze­wo trze­ba scho­wać się wewnątrz razem z wio­słem aby nic nie wysta­wa­ło i nie zaha­cza­ło o gałę­zie. Prze­cią­ga­my kaja­ki po lądzie do miej­sca, gdzie moż­na je zwo­do­wać. Bez­in­te­re­sow­nie poma­ga­ją nam wędkarze.

Pły­nie­my.

Zno­wu zwa­lo­ne drze­wa, prze­pły­wa­my. W miej­scach gdzie jest po kil­ka zwa­lo­nych drzew a brzeg mniej stro­my wycią­ga­my kaja­ki i prze­cią­ga­my je dalej lądem. Zno­wu poma­ga­ją nam miej­sco­wi ludzie.

Odpo­czy­nek.

Jeste­śmy wykoń­cze­ni. Wodu­je­my kaja­ki, pły­nie­my. Zwa­lo­nych drzew w wodzie coraz mniej. Wcze­snym wie­czo­rem dopły­wa­my do wio­ski. Postój. Noce zim­ne. Trze­ba wysu­szyć rze­czy (tyl­ko moje były suche, nie mia­łem wywrot­ki), musi­my zna­leźć miej­sce pod dachem. Dwo­je uczest­ni­ków idzie do wio­ski aby je zna­leźć. Po nie­dłu­gim cza­sie wra­ca­ją. JEST! Prze­no­cu­je­my w szko­le! Wiel­ka radość ! Cią­gni­kiem z przy­cze­pą prze­wo­zi­my kaja­ki do sto­do­ły i idzie­my do szko­ły. Wita nas ogrom­nie zdzi­wio­ny dyrek­tor. Pro­po­nu­je posi­łek w kuch­ni. Mamy fart. Idę z jed­ną z kobiet do skle­pu na zaku­py, resz­ta roz­kła­da rze­czy aby wyschły. Wra­ca­my, są nawet kuchar­ki, przy­rzą­dza­ją gorą­cą kola­cję. CO ZA SMAK!

Następ­ne­go dnia miła nie­spo­dzian­ka. Po śnia­da­niu przed szko­łą wita­ją nas jej ucznio­wie, coś ok 200 i spo­ra gru­pa miesz­kań­ców wio­ski. Tro­chę roz­ma­wia­my, opo­wia­da­my skąd, dokąd i po co pły­nie­my. Bar­dzo zdzi­wie­ni ale i bar­dzo mili. Wodu­je­my kaja­ki i pły­nie­my dalej.

Jest łatwiej, a pod napo­ty­ka­ny­mi powa­lo­ny­mi drze­wa­mi już wszy­scy nauczy­li się prze­pły­wać. Wcze­snym wie­czo­rem biwak, zna­ko­mi­te pie­czo­ne kieł­ba­ski. Ran­kiem rusza­my dalej. Rze­ka powo­li nor­mal­nie­je, ale brze­gi coraz wyż­sze. Pły­nąc na koń­cu widzę, że kaja­ka­rze przede mną zno­wu sto­ją przy brze­gu trzy­ma­jąc się gałę­zi nad­brzeż­nych krza­ków. Pły­nę dalej zoba­czyć co się dzie­je. W poprzek rze­ki leży potęż­ne drze­wo, tama, woda spię­trzo­na. Wyjść na brzeg nie moż­na. Widzę, że z  pierw­sze­go kaja­ka prze­rą­bu­ją drze­wo sie­kie­rą. Zmie­nia­ją się, bo to męczą­ce, w koń­cu prze­ci­na­ją drze­wo. Tama „puści­ła“, cze­ka­my aż spię­trzo­na woda spły­nie. Pły­nie­my dalej. W koń­cu biwak, kieł­ba­ski jak zwy­kle nie­sa­mo­wi­cie smacz­ne. W nocy zno­wu zim­no, każ­dy wkła­da wszyst­kie ubra­nia. Rano zno­wu namio­ty bia­łe od szro­nu. Śnia­da­nie i dalej. Po jakimś cza­sie zno­wu kaja­ka­rze sto­ją przy brze­gu trzy­ma­jąc się zwi­sa­ją­cych gałę­zi. Pły­nę do przo­du i widzę w poprzek rze­ki ogrom­ny głaz. Z boków bystrza. Pro­wa­dzą­cy kaja­karz kom­bi­nu­je, jak prze­pły­nąć, nie uda­je się, zatrzy­mu­je się na gła­zie. Brzeg rze­ki już dość łagod­ny, zarzą­dzam wej­ście na ląd z wcią­gnię­ciem kaja­ków. Po kil­ku minu­tach pod­cho­dzi do mnie czło­wiek z węd­ka­mi na ramie­niu i pyta po pol­sku bez wschod­nie­go akcen­tu: „chce­cie tam pły­nąć ?“. Odpo­wia­dam „oczy­wi­ście tak“. On mówi „nie płyń­cie tam, dalej gór­ska rze­ka, zgi­nie­cie“. Posze­dłem, zoba­czy­łem. Uchro­nił nas od kata­stro­fy. Oko­ło 50 m dalej wodo­spad, ok. 10 — 12 m. wyso­ko­ści. Dalej podob­nie.  Nikt ze spo­tka­nych wcze­śniej ludzi o tym nie wspo­mi­nał. Nie było zna­ku ostrze­gaw­cze­go. Gdy­bym prze­żył to była­by moja wina za tę tra­ge­dię, kry­mi­nał i nigdy nie­uspra­wie­dli­wio­na odpo­wie­dzial­ność. Wie­rzę, że bło­go­sła­wień­stwo księ­dza i pra­wo­sław­ne­go popa nam pomo­gło. Wie­rzę, że mój Anioł Stróż opie­ku­je się mną. Wie­le razy bez więk­szych zadra­pań wycho­dzi­łem cało z róż­nych nie­bez­piecz­nych sytuacji.

Co dalej ? Prze­cią­ga­nie kaja­ków lądem nie ma sen­su, bo nie­wia­do­mo gdzie moż­na już nor­mal­nie pły­nąć. Popro­si­łem dwie oso­by aby poszły do pobli­skiej wio­ski i zna­la­zły dla nas samo­cho­dy na trans­port nas i kaja­ków. Po jakimś cza­sie przy­jeż­dża sta­ry oso­bo­wy mer­ce­des i jesz­cze star­sza wywrot­ka kamaz. Koszt 150 dol. pła­ci­my we trzech z Polski.

Ładu­je­my kaja­ki na kama­za, do mer­ce­de­sa ile się zmie­ści ludzi, kil­ku uczest­ni­ków do kabi­ny kama­za, resz­ta „na pakę“. Led­wo zdą­ży­li­śmy to zro­bić a roz­sza­la­ła się burza. Wody spa­da­ło tyle jak­by ktoś lał z wia­dra. Co kil­ka minut pio­ru­ny. Co by było jak byli­by­śmy na wodzie? Nawet nie chcę o tym myśleć. KATASTROFA!

Jecha­li­śmy bar­dzo wol­no, coś 30 km/godz. Burza nie trwa­ła dłu­go, uci­chła. Po nie­ca­łej godzi­nie doje­cha­li­śmy nad brzeg rze­ki, wyła­do­wa­li­śmy kaja­ki i nocleg.

Póź­niej było już nor­mal­nie, rze­ka „uspo­ko­iła“ się. Pięk­ne wido­ki, dużo pta­ków. Przy­jem­nie. Pły­nie­my spo­koj­nie, nie­zbyt szyb­ko, mamy czas.

Pły­wa­nie ma być przede wszyst­kim przy­jem­no­ścią. Biwa­ki, kieł­ba­ski, super. Dopły­wa­my do duże­go mia­sta Czer­wo­no­grad. Rze­ka sze­ro­ka, ponad 100 m. Tam też na wodzie dużo kaja­ków i wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie nami. Zatrzy­mu­je­my się, roz­ma­wia­my. Atmos­fe­ra bar­dzo sym­pa­tycz­na. Wszy­scy ogrom­nie zdzi­wie­ni tym, co robi­my. Odbie­ram tele­fon od nasze­go opie­ku­na z ukra­iń­skiej Stra­ży Gra­nicz­nej. Mówię, gdzie jeste­śmy, pytam ile zosta­ło nam do gra­ni­cy. Zosta­ło na 2 — 3 dni pły­nię­cia. Tele­fo­nu­ję do nasze­go opie­ku­na z pol­skiej Stra­ży Gra­nicz­nej z infor­ma­cją kie­dy przy­pusz­czal­nie będzie­my na gra­ni­cy. Nie­co za mia­stem zatrzy­mu­je­my się na noc.

W nocy i rano ule­wa. Sie­dzi­my w namio­tach cze­ka­jąc na jej koniec. Oko­ło połu­dnia rusza­my dalej. Na począt­ku brze­gi sto­sun­ko­wo pła­skie, póź­niej coraz wyż­sze. Trud­no zna­leźć miej­sce na w mia­rę bez­piecz­ne zej­ście na brzeg. Ściem­nia się, widzę coraz mniej. Pod­pły­wam do pro­wa­dzą­ce­go i tzw. „wiąz­ką kwia­tów pol­skich“ zachę­cam do zej­ścia na brzeg. Było już ciem­no, widzę na brze­gu świa­teł­ka lata­rek. Kie­ru­jąc się nimi pod­pły­wam do brze­gu i scho­dzę, wcią­ga­jąc za cumę kajak. Każ­dy z kaja­ków miał cumę dłu­go­ści ok 4 m, bar­dzo się przy­da­wa­ła. Następ­ne­go dnia słoń­ce, cie­pło i przy­jem­nie. Bug pły­nie wiel­ki­mi zako­la­mi, (dobrze, że nikt ich nie „wypro­sto­wał“), ale ogrom­nie wydłu­ża­ją one czas poko­na­nia odle­gło­ści po pro­stej. Zatrzy­mu­je­my się na noc­leg. Umó­wio­ny dzień prze­kro­cze­nia gra­ni­cy sta­je się mało praw­do­po­dob­ny. Pró­bu­ję tele­fo­nicz­nie skon­tak­to­wać się z moimi opie­ku­na­mi ze Stra­ży Gra­nicz­nych ale nie ma zasię­gu. Rano pły­nie­my dalej. Po jakimś cza­sie widzi­my na brze­gu ludzi w mun­du­rach. Naresz­cie gra­ni­ca bli­sko! Scho­dzi­my na brzeg. Kon­tro­la gra­nicz­na i cel­na. Bez pro­ble­mów. Jest już wie­czór, gra­ni­cę prze­kro­czy­my następ­ne­go dnia. Pro­szę pogra­nicz­ni­ków o prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści pol­skiej Stra­ży Gra­nicz­nej. Biwa­ku­je­my. Rano rusza­my na gra­ni­cę. Tro­chę trwa­ło zanim dopły­nę­li­śmy, widzę na wodzie łódź z ludź­mi w pol­skich mun­du­rach. Więc JUŻ po naszej stro­nie. Scho­dzi­my na brzeg. Kon­tro­la pasz­por­to­wa i cel­na. Szef cel­ni­ków patrzy na mnie tro­chę „dziw­nie“ ale niko­go nie zatrzy­mu­je. Nie spraw­dza­łem, co kto ma w swo­ich baga­żach, ale widocz­nie nie było tam nic nad­zwy­czaj­ne­go. Szef naszych pogra­nicz­ni­ków mówi mi, że nie było ze mną kon­tak­tu, więc ukra­iń­scy pogra­nicz­ni­cy wysła­li śmi­gło­wiec aby nas odna­leźć. I rze­czy­wi­ście widzia­łem go, a jego pilot z pew­no­ścią nas. Pły­nie­my dalej. Po ok godzi­nie widzę na brze­gu zabu­do­wa­nia. Pod­pły­wam do pro­wa­dzą­ce­go, zarzą­dzam zej­ście na brzeg.

To Kry­łów, nie­wiel­ka miej­sco­wość już w Pol­sce. Jest wcze­sny wie­czór, może uda się zano­co­wać pod dachem? Noce zim­ne. Idę z jed­ną z osób do mia­stecz­ka. Pierw­szej napo­tka­nej oso­bie mówię, kim i skąd jeste­śmy i pytam, czy jest moż­li­wość noc­le­gu pod dachem. Kie­ru­je nas do szko­ły. Jej dyrek­tor­ka jest ogrom­nie zasko­czo­na i bar­dzo miła, zga­dza się na noc­leg w szkole.

Świet­nie. Kaja­ki do maga­zy­nu, my na kola­cję. Wycią­ga­my co kto tam ma, bo następ­ne­go dnia roz­jeż­dża­my się. To pierw­sze miej­sce wymia­ny załóg. Po śnia­da­niu zwie­dza­my ruiny zam­ku. Przy­jeż­dża­ją nowi uczest­ni­cy spły­wu. Wita­my się i żegna­my. Zapra­szam na wspól­ne spo­tka­nie po zakoń­cze­niu spływu.

Jadę do domu. Potem ope­ra­cja jed­ne­go oka, a wła­ści­wie zabieg. Trwał mniej niż godzi­nę. Dru­gie oko po trzech mie­sią­cach. Wszyst­ko dobrze, naresz­cie nor­mal­nie widzę ludzi i świat . Cały czas tele­fo­nicz­nie kon­tak­tu­ję się z uczest­ni­ka­mi spły­wu. Rze­ka to już praw­dzi­wa „auto­stra­da“, nie powin­no być i nie było żad­nych kło­po­tów. Kolej­ne miej­sca wymia­ny załóg to Wło­da­wa i Tere­spol w Polsce.

Spływ koń­czy się 7 czerw­ca 2009 r w moim mie­ście. Bur­mistrz Wyszko­wa zapew­nił nam poczę­stu­nek. Dzię­ku­ję. Jest zain­te­re­so­wa­na lokal­na pra­sa, wywia­dy z róż­ny­mi uczest­ni­ka­mi spływu.

Dzię­ki Bogu wszyst­ko skoń­czy­ło się szczę­śli­wie, zgod­nie z zało­że­nia­mi. W spły­wie łącz­nie wzię­ło udział 10 osób z Ukra­iny, 16 z Bia­ło­ru­si i 12 z Pol­ski. Jed­ni pły­nę­li dłu­żej, inni kró­cej. Emo­cji było napraw­dę dużo, zwłasz­cza na Ukra­inie. Na koniec chcę BARDZO podzię­ko­wać WSZYSTKIM, któ­rzy poma­ga­li w tej wypra­wie. WIELKIE DZIĘKI !!!

Przy oka­zji. Ser­decz­nie pozdra­wiam Bia­ło­ru­si­nów wal­czą­cych o Wol­ność! Życzę Wytrwa­ło­ści i Powo­dze­nia! Wie­rzę, że wywal­czy­cie sobie Wolność!

Jerzy Cabaj