Coś z tymi wyborami na Węgrzech nie układa się tak, jak zaplanowano w Brukseli i w Berlinie. Już po upływie trzech dni zaczynają się pojawiać w socjalmediach nieśmiałe. ale wyraźne ploteczki na temat skutków tych wyborów. Jeśli one okażą się prawdą – a przecież wiemy, że w każdej plotce, która przecież nie powstaje z nicości może być odrobina prawdy – ta będą w stanie zatrząść fundamentami Europejskiej Wspólnoty i cisną niektórych jej przywódców z wierchuszki prosto do ciemnych cel.”
Przyjrzyjmy się, jakie „niebezpieczeństwo” grozi czołowej polityk Unii Europejskiej rodem z Germanii Ursuli von der Leyen.
Jeżeli to prawda, a nie plotka, że Orban jest w posiadaniu dokumentów obciążających szefową Komisji Europejskiej, to niewykluczone że może dojść teraz do jej kompromitacji. Jeśli prezydent Węgier – już były – je ujawni (teraz nie ma nic do stracenia, ewentualne kary spadną za to na niego, a nie na jego kraj) – to świat się dowie, do czego była zdolna w swojej karierze jako wiodąca jeden z najważniejszych organów Unii Europejskiej pani von der Leyen. Całkiem niewykluczone, że oko sprawiedliwości cofnie się do lat wcześniejszych, gdy ta pani była „ministrą” resortu obrony narodowej w NRF. Chodzi tu o tzw. „Berateraffäre – „aferę doradców”. O niej chcę opowiedzieć. Ursula von der Leyen zasłynęła tym, że bez pelnych, przejrzystych procedur przetargowych zleciła wykonanie drogich uslug prywatnym firmom konsultingowym jak np. McKinsey & Company, Accenture zawierając z nimi kontrakty – warte dziesiątki milionów euro. Przy tych transakcjach omijała możliwość zamówień publicznych (z jedną z osób, powiązanych z tymi kontraktami – miała osobiste relacje); nie prowadziła – w wielu przypadkach – dokumentacji i – co znamy już z metody zamawiania szczepionek u Pfizera – skasowała dane z komórki służbowej. TSUE co prawda stwierdził w tej sprawie niewłaściwe zarządzanie i brak przejrzystości, ale żadnego postępowania karnego nie było, wręcz przeciwnie, pani von der Leyen dostała „kopniaka wyżej” – na stanowisko Przewodniczącej Komisji Europejskiej.
Ogólnie o sytuacji, gdy Ursula von der Leyen była ministrem obrony Niemiec można powiedzieć, ze: w resorcie panowały mocne deficyty kadrowe, brakowało wielu specjalistów: techników, pilotów, inżynierów; gotowość bojowa i liczba rezerwistów była niska, (80 tys.), brakowało sprawnych samolotów, czołgów i okrętów, NATO oczekiwało, że Niemcy osiągną wreszcie na obronność poziom 2% PKB, który wynosił na przykład w roku 2018 tylko 1.8 proc.
Być też może, że mędrca szkiełko i oko wydobędzie spod brukselskiego dywanu to, co było tam zamiecione i skrzętnie ukrywane – aferę związaną ze sprawą Pfizera. Dotychczas na światło dzienne wyszło i zostało „zapisane” przez TSUE tylko tyle: Ursula skasowała kilka SMS-ów wymienionych z prezesem Pfizera, Albertem Bourlą. Plotki jednak szepczą, że miała ona skorzystać z ogromnej łapówki w wysokości 760 milionów dolarów, zamaskowanej jako „prowizja”, wypłacona przez wspomnianą farmaceutyczną multinacjonalną firmę jej mężowi Heiko, który „opatrznie” został zatrudniony przez firmę o nazwie Orgenesis, samą w sobie powiązaną z Pfizerem.
Chodzi prawdopodobnie o największą łapówkę w historii Europy. Jedynym, który ją ujawnił, był rumuński dziennikarz, publicysta i pisarz Adrian Onciu – stracił za to pracę, podczas gdy inni jego „koledzy” z tradycyjnych mediów są zbyt zajęci oskarżaniem Moskwy i Budapesztu o korupcję, by zajrzeć pod brukselski dywan. A szkoda, bo tam roi się od łapówek i ukrytych prowizji dla różnych komisarzy.
Sprawa Pfizera nie jest jednak jedyną bronią, jaką może użyć (według plotki..) Orban, który sam zebrał obszerny plik na temat wszystkich poważnych nieprawidłowości finansowych związanych z Ursulą von der Leyen i przedstawił go Parlamentowi Europejskiemu w sierpniu ubiegłego roku, oczywiście bez żadnego odzewu ze strony prasy.
Orbán skupił się w szczególności na ogromnej sumie funduszu spójności, która wynosiła 392 miliardy euro, z których dwa trafiły do dawnej uczelni von der Leyen, gdzie przewodnicząca Komisji Europejskiej wykładała epidemiologię pod koniec lat 90.
Według Orbána von der Leyen dopuściła się najbardziej klasycznego defraudowania funduszy publicznych, przeznaczonych nie na jakiekolwiek prace czy inicjatywy użyteczne, ale na instytucje wszelkiego typu, zawsze powiązane z samą von der Leyen i innymi europejskimi komisarzami.
Podobna dynamika miała miejsce w kwestii finansowania programu NextGeneration EU, w ramach którego jakieś 5 miliardów euro wylądowało w różnych niemieckich firmach konsultingowych, znów powiązanych z przewodniczącą Komisji Europejskiej, najbardziej hojną wobec siebie w kwestii takich darowizn.
W rzeczywistości jest to wierzchołek góry lodowej, której czubek dopiero może się wynurzyć.
Pod spodem kryją się inne pożyczki, w tym te z mało znanego, budzącego kontrowersje PNRR (tzn. Krajowego Planu Odbudowy i Odporności), przyznane na rzecz fikcyjnych kontraktów dla firm powiązanych z różnymi partiami politycznymi, na których jednak wymiar sprawiedliwości nie wydaje się mieć zamiaru prowadzić śledztwa, bo gdyby jedna część układanki się zawaliła, wszystkie pozostałe runęłyby jak domino.
Euforia w Brukseli może szybko ustąpić miejsca zdumieniu, jeśli okaże się, że w Budapeszcie nic się nie zmieniło. Tymczasem Orbán jest dziś wolny, by kandydować na przewodniczącego Komisji Europejskiej i podobno dysponuje teczką dokumentów ujawniających niewygodne fakty o Ursuli von der Leyen — ale draka! Nie wyciągajmy jednak pochopnych wniosków, bo w tej plotce może kryć się ziarno prawdy.
Oby tak było !
Maria Legiec



































































