Smaki lata są inne dla każdego. Generalnie jest to pamięć upalnych słonecznych dni. Czasem nieposkromionej groźnej burzy. Czasem lata deszczowego. Dla tych którzy wyrośli wśród łanów zbóż jest to pamięć żniw i rąk pokaleczonych ostrymi kłosami.
Pamiętamy lato jako wyjazdy nad morze, w góry, albo na Mazury – choć nie zawsze jest to prawda. Zwykłe wspomnienia wakacyjne są łatwo mitologizowane, aby przekształciły się w piękne. Tak jak duży obraz wiszący u mojej babci w sieni. Nie, nie były to jelenie na rykowisku, ale był to obraz również wykpiwany przez moich kolegów z elitarnego gimnazjum, do którego nie wiadomo dlaczego uczęszczałam. Obraz przedstawiał małą chatkę w wysokich i groźnych górach, do której jedyna droga prowadziła przez zarośniętą ścieżynkę. Do czasu kpin moich koleżanek i kolegów z tego obrazu nie zdawałam sobie sprawy, że jest coś w nim nie tak i że jest w złym – pospolito ludowym – guście. Wtedy nie wiedziałam co to jest tani kicz. Obraz był oleodrukiem, który podobnie jak jelenie na rykowisku, kupowało się na targu. Były tam również obrazy świętych. Te święte obrazy były znacznie droższe. Wieszało się je głównie w sypialni i ich zadaniem było strzec rodzinę od złego. Z kolei taki obraz w sieni zaraz po wejściu do domu oznaczał, że dom jest otwarty na szeroki świat. Na mnie to działało. Siedząc na progu i wpatrując się w ten obraz byłam zachwycona pięknem gór, których jeszcze wtedy nie widziałam. Najczęściej bałam się, że nie odnajdę ścieżynki do chatki – przecież dróżka była zarośnięta. Patrząc na ten obraz przeczuwałam, że kiedyś się zgubię, bo nie odnajdę tej właściwej ścieżki i nie trafię do domu. To mi zostało do dzisiaj. W snach ciągle się gubię, a w życiu zdarza mi się nie odnajdywać właściwej drogi.
Podobnie jest ze wspomnieniem lata. Jak tak dogłębniej się przypatrzyć, to mienią się te wspomnienia kolorami tęczy – tak są różne. Warto się potrudzić i dojść do tego prawdziwego wspomnienia. W tym celu należy odrzucić te zmitologizowane obrazy powszechnego sukcesu i dobrobytu ‘wakacji’. Tak naprawdę to nie jeździliśmy nigdzie, najwyżej na wieś do babci, a i to rzadko. A smakiem lata było kąpielisko z drewnianą budą do przebierania i wykopana dziura ze śmierdzącą wodą. Nie jeździliśmy również w góry, bo w góry się po prostu nie jeździło. Więc skąd się wzięły te moje wspomnienia? Wzięły się z czytania Świerszczyka, Płomyczka, Płomyka, Świata Młodych i tym podobnych pisemek i tygodników dla dzieci. To w nich dzieci opisywały jak jadą do Zakopanego na narty, albo do Sopotu na plażę. Ja też tak chciałam. Oczami wyobraźni podpowiadanej przez ten krajobraz srogich gór z małym drewnianym domkiem w sieni mojej babci, rozpościerałam skrzydła wyobraźni. To mi pomogło w późniejszym życiu, aby nie zasklepiać się w przypisanym mi grajdołku, tylko próbować się wygramolić na szersze wody. Ale też mi została kpina z tego ‘kiczowatego’ oleodruku. Na pytanie gdzie jeździłam na wakacje w dzieciństwie, często powtarzam nieprawdziwą opowieść o podróży sypialnym pociągiem z Krakowa do Międzyzdrojów. To był fałsz, to jest fałsz. Czy niewinny? Jak każdy fałsz – jest groźny, bo pozwala na zamazanie rzeczywistości przez fantazję, a tym samym zamazanie prawdy przez fałsz. Teraz po latach nadszedł czas weryfikacji. Szczęśliwe chwile zostały nam dane. Tylko. Na to też jest potrzebna odwaga. Transformacja z pięknej fantazji, w którą wierzymy, do często banalnej prawdy, nie zawsze jest łatwa. Czas lata niech sprzyja tej transformacji w dochodzeniu do tego co jest autentyczne.
Michalinka, Toronto, 19 lipca, 2026

































































