Policja u drzwi za publikacje.
SURREY / PENTICTON — 10 września 2026 r. przed domem Tanyi Gaw, założycielki organizacji Action4Canada, stanęło dwóch funkcjonariuszy RCMP z Surrey. Nagranie z werandy, opublikowane przez samą Gaw, trwa osiem i pół minuty. Funkcjonariusz przedstawił się jako członek jednostki dochodzeniowej i oświadczył, że otrzymał skargę dotyczącą materiałów zamieszczanych na stronie internetowej oraz koncie X aktywistki. Powołał się na art. 319 ust. 2 Kodeksu karnego — przestępstwo „umyślnego podżegania do nienawiści” wobec możliwej do zidentyfikowania grupy.
Tematem skargi — jak przyznał funkcjonariusz po dopytaniu — były wpisy „konkretnie przeciwko muzułmanom i islamowi”. Nie przedstawił pisemnego wykazu konkretnych publikacji. Gaw zażądała takiego dokumentu, by móc skonsultować sprawę z prawnikiem. Zaprzeczyła, by na jej stronie znajdowały się treści nienawistne. Twierdziła, że porusza kwestie procedur medycznych wobec dzieci, masowej migracji oraz osób, które jej zdaniem związane są z terroryzmem. „Na mojej stronie nie ma nic nienawistnego. W stu procentach” — powtórzyła.
Funkcjonariusz wskazał na art. 2(b) Karty praw i wolności (wolność wypowiedzi) oraz na ograniczenia z art. 1. Nawiązał też do „11 znamion nienawiści” wywodzących się z decyzji Trybunału Praw Człowieka z 2006 r. w sprawie Warman v. Kouba. Gaw argumentowała, że Kanada jest krajem chrześcijańskim, a skargi o mowę nienawiści stały się wygodnym narzędziem dla tych, którzy nie zgadzają się z jej poglądami. Porównała sytuację do praktyk znanych z Wielkiej Brytanii i Europy.
Następnego dnia RCMP potwierdziła autentyczność nagrania. Sierżant Vanessa Munn z biura prasowego dystryktu Lower Mainland napisała, że dwóch funkcjonariuszy odwiedziło rezydencję w ramach „działań następczych o charakterze dochodzeniowym”. Jednocześnie oświadczyła, że „z szacunkiem” siły nie potwierdzają, czy konkretna osoba jest przedmiotem śledztwa, dopóki nie zostaną wniesione zarzuty. Nie podano, czy sprawa jest otwarta, czy sporządzono wykaz spornych publikacji i czy prokurator generalny został poproszony o zgodę na ewentualne oskarżenie — wymaganą przy art. 319 ust. 2.
Justice Centre for Constitutional Freedoms oceniło wizytę jako wystarczającą, by „ograniczać wolność wypowiedzi”. Organizacja podkreśliła, że Kanadyjczycy powinni móc dyskutować o religii, imigracji i innych spornych kwestiach publicznych bez strachu.
Art. 319 ust. 2 Kodeksu karnego zabrania publicznego komunikowania wypowiedzi, które umyślnie podżegają do nienawiści wobec możliwej do zidentyfikowania grupy. Grozi za to do dwóch lat pozbawienia wolności. Przepis zawiera jednak istotne tarcze: prawda, dobra wiara w argumencie religijnym, dyskusja w interesie publicznym oparta na uzasadnionym przekonaniu o prawdziwości oraz działanie w dobrej wierze zmierzające do wskazania i usunięcia zjawisk rodzących nienawiść. Bez zgody prokuratora generalnego postępowanie w ogóle nie może się rozpocząć.
To właśnie te gwarancje — a nie sama obecność przepisu — stanowią test dla państwa prawa. Wolność słowa nie jest ozdobnikiem Karty. Jest mechanizmem, bez którego demokracja zamienia się w zarządzanie nastrojami, a społeczeństwo obywatelskie — w zbiór grup, które potrafią skuteczniej zgłosić skargę. Jeśli policja stawia się u drzwi obywatela z powodu treści publikowanych w sieci, a nie przedstawia nawet spisu spornych zdań, efekt mrożący pojawia się zanim ktokolwiek udowodni winę. Ludzie zaczynają liczyć nie to, co jest prawdziwe lub ważne, lecz to, co może zostać uznane za „znamiona nienawiści”.
Spór o islam, imigrację, programy szkolne czy charakter państwa nie znika przez to, że ktoś złoży doniesienie. Znika natomiast przestrzeń, w której można te tematy rozstrzygać argumentami, a nie wezwaniami. Społeczeństwo obywatelskie istnieje wtedy, gdy obywatel może mówić rzeczy niewygodne — także o religii i grupach religijnych — i odpowiadać za nie przed sądem, a nie przed funkcjonariuszem na ganku, który „musi zająć się skargą”.
Kanada od dekad balansuje między ochroną grup wrażliwych a ochroną otwartej debaty. Ten balans załamuje się, gdy narzędzie śledcze staje się pierwszym odruchem wobec kontrowersyjnej publikacji. Wizyta w Surrey nie musi skończyć się aktem oskarżenia. Już sam fakt, że do niej doszło, i że władza odmawia dalszego komentarza, pokazuje, jak cienka stała się granica między ściganiem nienawiści a nadzorem nad opinią.
Wolność słowa nie chroni tylko poglądów, które większość uważa za przyzwoite. Chroni przede wszystkim te, które ktoś uznał za wystarczająco niebezpieczne, by wezwać policję. Jeśli ta ochrona słabnie, słabnie też demokracja — nie w jednym głośnym procesie, lecz w serii cichych wizyt, po których ludzie zaczynają milczeć.
Police arrived at my door advising that I was under investigation for the alleged wilful promotion of hatred under section 319(2) of the Criminal Code—despite presenting no evidence to support the complaint.
Muslims are using lawfare as a strategy to shut down opposition in an… pic.twitter.com/DWYWBldZMq
— Tanya Gaw (@GawTanya) September 10, 2026






























































