Tak można odczytać – zdaniem krytyków – kolejne decyzje UE o przeznaczaniu miliardów euro na wsparcie Ukrainy.
Krótko mówiąc: miliony Europejczyków zaciskają pasa, podczas gdy miliardy euro trafiają na Ukrainę.
W Europie narasta spór, którego nie da się już łatwo przykryć sloganami o jedności i solidarności. To spór o coś znacznie bardziej podstawowego – o granice finansowania wojny, która z miesiąca na miesiąc pochłania kolejne miliardy euro europejskich podatników.
Oficjalna narracja głosi konieczność „wsparcia tak długo, jak będzie trzeba”. Coraz więcej polityków w różnych krajach Unii Europejskiej pyta jednak wprost: czy ktoś jeszcze wie, ile to „tak długo” ma trwać – i kto ostatecznie za to zapłaci?
Kiedy w Brukseli zapadają kolejne decyzje o wielomiliardowych pakietach pomocowych, w wielu krajach Europy rośnie zupełnie inny ton – niewygodny, często odrzucany i etykietowany jako „skrajny” lub „populistyczny”. To głos ludzi, którzy mówią bez ogródek: Europa nie może być bez końca finansowym zapleczem tej wojny, podczas gdy własne społeczeństwa mierzą się z inflacją, kryzysem energetycznym i rosnącymi kosztami życia.
Ten głos – niewygodny dla establishmentu, ale coraz silniejszy w wielu stolicach Europy – zaczyna stawiać pytania, których elity polityczne najchętniej by nie słyszały. Jak długo ma jeszcze trwać ta wojna? Czy pomoc ma jeszcze jakiekolwiek granice? Czy europejskie gospodarki są traktowane jak niewyczerpany rezerwuar środków? I czy polityka „bez limitu” nie prowadzi do sytuacji, w której interes obywateli państw UE schodzi na dalszy plan?
W tym felietonie przyglądam się politykom z różnych krajów Europy, których – mimo różnic ideologicznych – łączy jeden przekaz: skala finansowego zaangażowania Zachodu w wojnę na Ukrainie budzi coraz większy sprzeciw. W całym tym mechanizmie coraz częściej ginie pytanie najważniejsze – gdzie kończy się odpowiedzialność wobec Ukrainy, a zaczyna odpowiedzialność wobec własnych narodów.
Nie są to pytania wyłącznie publicystyczne. Padają one z ust konkretnych polityków w konkretnych krajach – często wprost, bez politycznej korekty i bez językowych zabezpieczeń.
W Budapeszcie, Bratysławie, Wiedniu, Paryżu czy Hadze coraz częściej słychać przekaz, który jeszcze niedawno był spychany na margines debaty publicznej. Mówi on, że skala finansowego zaangażowania Zachodu w wojnę na Ukrainie wymyka się kontroli, a koszty tej polityki zaczynają być coraz wyraźniej odczuwalne przez obywateli państw europejskich.
Prześledźmy te głosy z europejskiego podwórka:
Austria – FPÖ „Keinen Cent mehr für Selenskyj und seine korrupte Bande” („Ani centa więcej dla Zełenskiego i jego skorumpowanej bandy”) – tak w związku z kolejnymi pakietami pomocy dla Ukrainy mówił austriacki polityk FPÖ Harald Vilimsky. Lider partii Herbert Kickl wielokrotnie podkreślał, że pieniądze podatników są „marnowane”, a polityka Unii Europejskiej zamiast prowadzić do zakończenia konfliktu, przyczynia się do jego eskalacji.
Belgia – Vlaams Belang Flamandzka partia nacjonalistyczna Vlaams Belang krytykuje wysokie wydatki Unii Europejskiej na Ukrainę. Jej przedstawiciele podkreślają, że Belgia – a zwłaszcza Flandria – powinna przede wszystkim dbać o własnych obywateli i kontrolować koszty polityki zagranicznej.
Bułgaria – Vazrazhdane W Bułgarii również słychać silne głosy sprzeciwu wobec dalszego finansowania Ukrainy. Podkreślają one konieczność koncentracji na problemach wewnętrznych kraju i ograniczenia zaangażowania w konflikt. Lider partii Vazrazhdane, Kostadin Kostadinov, mówił wprost: „Bułgaria nie powinna wysyłać ani jednego naboju na Ukrainę. To nie jest nasza wojna”.
Czechy W przestrzeni publicznej pojawiają się wypowiedzi komentatorów i przedsiębiorców, takich jak Branko Babić, którzy określają wojnę jako „konflikt Zachodu z Rosją prowadzony na terytorium Ukrainy”. Krytykowana jest też teza, że dalsze dozbrajanie Ukrainy automatycznie prowadzi do pokoju – przeciwnie, ma ono według nich jedynie wydłużać konflikt.
Francja – Zjednoczenie Narodowe (RN) Przedstawiciele Zjednoczenia Narodowego – zarówno Marine Le Pen, jak i Jordan Bardella – podkreślają, że „nie powinniśmy wysyłać Ukrainie pieniędzy, których Francja sama nie ma” oraz że „Francja nie może rujnować własnych finansów”.
Holandia – Partia Wolności (PVV) Stojący na czele Partii Wolności Geert Wilders krytykuje dalsze zwiększanie pomocy dla Ukrainy i wzywa do skupienia się na interesach obywateli Holandii oraz do szybkich negocjacji pokojowych zamiast eskalacji militarnej. Na plany „koalicji chętnych” dotyczące rozmieszczenia sił bezpieczeństwa na Ukrainie odpowiedział bez ogródek: „Wysłanie naszych żołnierzy na Ukrainę, podczas gdy ukraińscy mężczyźni u nas spokojnie piją piña coladę, jest dla mnie niewyobrażalne!”.
Rumunia – AUR Lider rumuńskiej partii AUR George Simion sprzeciwia się dalszemu finansowaniu Ukrainy. W jego narracji dominuje hasło „Rumunia przede wszystkim” – w duchu podobnym do amerykańskiego „America First”. Simion krytykuje zarówno pomoc finansową, jak i wojskową dla Ukrainy, sugerując, że wsparcie udzielane przez Rumunię powinno być w pewien sposób rekompensowane.
Węgry – Péter Magyar Węgierski polityk Péter Magyar zwraca uwagę na rosnące napięcia społeczne i ekonomiczne w kraju, które – jego zdaniem – są również skutkiem obciążeń wynikających z decyzji podejmowanych na poziomie europejskim. Uważa, że Węgry nie powinny brać na siebie nowych długów ani bezpośrednich kosztów wojny, a państwo musi najpierw „zadbać o własną sytuację finansową”. W związku z tym nie popiera ani dostaw broni jako głównego narzędzia polityki, ani szybkiego przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej.
Ten przegląd – choć niepełny – pokazuje, że polityka nieustannego finansowania wojny na Ukrainie spotyka się z coraz bardziej widoczną krytyką w różnych krajach Europy.
Niezależnie od różnic ideologicznych, w wielu wypowiedziach powraca ten sam motyw: „first my country” – czyli „najpierw mój kraj”. Przekonanie, że interesy narodowe powinny mieć priorytet w polityce państwowej.
Ten trend powinien budzić szczególną refleksję w Niemczech, które intensywnie rozwijają swój przemysł obronny i zwiększają skalę długofalowego zaangażowania w wojnę na Ukrainie.
O tym zaangażowaniu świadczą kolejne posunięcia rządu nad Szprewą: Niemcy zwiększają dostawy uzbrojenia, amunicji i szkolenia dla ukraińskich sił zbrojnych, zabezpieczają wieloletnie środki na pomoc dla Ukrainy, finansują odbudowę infrastruktury i wspierają rozwój ukraińskiej gospodarki. Pomoc płynie także ze strony Unii Europejskiej – 11 czerwca br. uchwalono projekt budżetu przewidujący dla Ukrainy pożyczkę w wysokości 90 mld euro. Już w czerwcu przekazano Kijowowi 3,2 mld euro wsparcia makrofinansowego, a pod koniec miesiąca ruszyła dodatkowa wypłata 3,9 mld euro na zaawansowane technologie i zakup dronów.
Zestawienie tych stanowisk pokazuje, że Europa stoi dziś na rozdrożu. Coraz więcej polityków mówi: „najpierw własny kraj”, podczas gdy Berlin i Bruksela konsekwentnie zwiększają skalę wsparcia dla Ukrainy.
Dlatego tytuł „Niech ta wojenka nadal trwa…” nie jest pochwałą wojny, lecz gorzką ironią wobec polityki, która zakłada kolejne miliardy na jej finansowanie, zamiast szukać dróg prowadzących do jej zakończenia.
Maria Legieć


































































