Ambasada ChRL przy Bonifraterskiej urządziła przyjęcie z okazji 77. rocznicy proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej.

Po hymnach obu państw długo mówi ambasador Lu Shan (w Polsce od sierpnia 2025 r., wcześniej Burkina Faso, wcześniej europejski departament chińskiego MSZ i format 14+1). Mówi o wspólnej historii, potencjale gospodarek, rozwoju Chin po 1989 r., Chopinie i polskiej kulturze. To klasyczna chińska dyplomacja: miękko, długo, z odwołaniem do kultury i „win-win”.

Po nim występuje Władysław Teofil Bartoszewski, sekretarz stanu w MSZ, stały polski „gospodarz” takich chińskich uroczystości (był też rok wcześniej, przy 76. rocznicy i inauguracji Lu Shana). Jego przekaz Polska zawsze będzie walczyć o prawa człowieka i Ukrainę.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

To nie jest przypadek. To zderzenie dwóch języków. Chińczyk mówi o rynku, historii i kulturze. Polak — o wartościach i wojnie. Dla Pekinu przyjęcie narodowe to okazja do budowania atmosfery. Dla Warszawy — kolejna okazja, by nie zostawić złudzeń, że nie ma samodzielnej polityki wobec Chin.

Relacje polsko-chińskie przeszły w 15 lat drogę od wielkich nadziei do ostrożnego chłodu.

Na początku dekady 2010. Polska była regionalnym prymusem formatu 16+1/17+1. Po wizycie Wen Jiabao w 2012 r. Warszawa miała być „bramą Chin do Europy”. Terminal w Małaszewiczach faktycznie obsługuje około 90 proc. kolejowego ładunku Chiny–UE. Partnerstwo podniesiono do rangi strategicznego. Prezydent Duda jeździł do Pekinu, dzwonił do Xi, liczył na inwestycje i otwarcie rynku spożywczego.

Efekt gospodarczy okazał się jednostronny. W 2024 r. Chiny sprzedały Polsce towary za ok. 34 mld euro, Polska Chinom — za ok. 3,3 mld. Deficyt rzędu 31 mld euro to jeden z największych w UE. Eksport do Chin to ułamek procenta polskiego PKB. Chińskie inwestycje bezpośrednie nigdy nie spełniły obietnic z czasów 16+1 — w przeciwieństwie do Węgier, Serbii czy nawet części Bałkanów.

Po 2019 r. relacje stygły. Pekin ogłosił z Moskwą „partnerstwo bez granic”, kupuje rosyjską ropę i gaz, nie potępia agresji, blokuje ostre sformułowania w ONZ. We wrześniu 2025 r. Polska zamknęła granicę z Białorusią na czas manewrów Zapad — i na dwa tygodnie sparaliżowała ok. 90 proc. kolejowego korytarza Chiny–UE wartego szacunkowo 25 mld euro rocznie. Chińczycy interweniowali, by jak najszybciej otworzyć przejścia.

Do tego dochodzi sojusz ze Stanami i linia UE: de-risking, a nie decoupling. Polska wspiera ostrzejszą politykę Komisji, pracuje nad „lex Huawei” rozszerzonym poza telekomy, zakazała chińskich aut na obiektach wojskowych, dostała w lipcu 2026 r. pierwsze chińskie ograniczenia eksportowe (m.in. Politechnika Wrocławska i Vigo Photonics) — formalnie jako odwet za unijny pakiet sankcji wobec Rosji.

Z perspektywy Pekinu Polska nie jest krajem, który można odpuścić.

Jest największą gospodarką Europy Środkowej, rosnącym rynkiem aut, elektroniki i dóbr konsumpcyjnych. W lipcu 2026 r. Chiny po raz pierwszy w pojedynczym miesiącu wyprzedziły Niemcy jako największego dostawcę towarów do Polski — napędzały to m.in. samochody i komputery. To na razie miesięczny zryw, nie trwała zmiana struktury, ale trend jest jasny: udział Chin w polskim imporcie rośnie.

Polska jest też węzłem logistycznym. Nawet jeśli Bruksela i Warszawa mówią o de-riskingu, pociągi i tak muszą gdzieś wjeżdżać do Unii. Chińskie firmy startują w przetargach drogowych i kolejowych (Stecol, Sinohydro). Ambasador Lu Shan w tekście dla „Rzeczpospolitej” powtarza formułę „przyjaciele na zawsze” i podkreśla, że Pekin zawsze stawia relacje z Polską wysoko w hierarchii stosunków z Europą. Wang Yi w 2025 r. po sześciu latach przerwy wrócił do Warszawy. Chińska strona wciąż organizuje przyjęcia, China Day, seminaria o AI, pokazy samochodów elektrycznych.

Dla Chin problem nie polega na braku chęci. Polega na tym, że po drugiej stronie nie ma jednego, czytelnego adresata.

Dlaczego w Polsce „próżno szukać partnera”

Po pierwsze, Polska nie ma strategii wobec Chin. Powtarzają to od lat Bohdan Góralczyk, Radosław Pyffel, raporty Asian Forum, OSW/ZPP i Atlantic Council. Niemcy taką strategię mają. Warszawa dryfuje między ideologią, sojuszem amerykańskim, unijnym de-riskingiem i doraźnym interesem eksporterów żywności. Nie ma ośrodka, który by to spiął.

Po drugie, trwa wojna na górze. Przez lata prezydent (Duda, potem w pewnym stopniu Nawrocki) słał sygnały otwarcia, a rządy — i PiS, i KO — je torpedowały albo rozmywały. Sikorski i Wang Yi mogą rozmawiać trzy godziny o intensyfikacji współpracy, podczas gdy Ministerstwo Cyfryzacji pisze ustawę wypychającą chińskie firmy z energetyki, transportu, finansów i ochrony zdrowia. Dwa wicepremierowskie resorty dają przeciwne sygnały. Chińczycy to widzą.

Po trzecie, polska klasa polityczna mówi do Chin językiem, którego Pekin nie akceptuje jako ceny za dostęp do rynku. Prawa człowieka, Ukraina, Tajwan, Morze Południowochińskie, „nie podaję ręki zbrodniarzom” — to są dla Warszawy kwestie tożsamościowe. Dla Pekinu — wtrącanie się w sprawy wewnętrzne albo lekceważenie hierarchii. Bartoszewski na przyjęciu narodowym Chin mówi o prawach człowieka i Ukrainie; kilka dni wcześniej w Manili popiera Filipiny przeciwko Chinom w sporze o Morze Południowochińskie i łączy to z Ukrainą. To jest spójne z polską doktryną. Jest też dokładnie tym, czego chińska dyplomacja nie chce słyszeć na własnym święcie.

Po czwarte, biznes i polityka się rozjeżdżają. Polscy przedsiębiorcy w badaniach ZPP w większości oceniają chińską ekspansję negatywnie (presja na motoryzację, AGD, stal, baterie — szacunek rzędu 11 mld euro utraconej wartości dodanej i dziesiątek tysięcy zagrożonych miejsc pracy). Jednocześnie rolnictwo i część eksporterów błagają o protokoły weterynaryjne, a samorządy (Lubelskie, Lubuskie) jeżdżą do ambasady rozmawiać o Henanie i Hainanie. Rząd raz ogłasza sukces w drobiu, raz zamyka granicę. Chińczyk, który chce zbudować fabrykę albo wygrać przetarg, nie wie, czy za dwa lata nie zostanie wyrzucony ustawą o cyberbezpieczeństwie.

Po piąte, Stany nie nagradzają antychińskiej postawy inwestycjami. Holandia przekonała się o tym przy ASML, Polska — przy kilku projektach technologicznych. Sojusz bezpieczeństwa jest realny. Dywidenda gospodarcza za „bycie twardym wobec Pekinu” — już mniej.

Chińska strona robi to, co umie: przyjęcie, hymn, Chopin, historia, „wspólna przyszłość ludzkości”, stoiska z elektrykami. Polska strona przysyła wiceministra, który odczytuje katechizm wartości i Ukrainy. Obie strony wychodzą z poczuciem, że druga nie słyszy.

Argumenty tych, którzy mówią o „ignorowaniu Chin”, też są poważne: druga gospodarka świata i główny dostawca wielu łańcuchów nie znika, bo się jej nie lubi; brak strategii oznacza, że inwestycje i kontrakty zbierają Węgry, Niemcy, Serbia i kto akurat potrafi rozmawiać dwutorowo.

Dlatego Chińczykom „próżno szukać partnera”,  który umiałby jednocześnie: bronić interesu bezpieczeństwa, negocjować dostęp do rynku, nie wykładać Pekinowi kazania na jego święcie narodowym i nie zmieniać kursu co kadencję. Tego partnera w Warszawie od dekady nie widać.