Artykuł Hannah Frankman Hood w Epoch Times (z 23 lipca 2026) opisuje narastającą rozbieżność między ocenami szkolnymi a faktyczną wiedzą uczniów w amerykańskim systemie edukacji.
Dawniej a dziś
Jeszcze w 1995 roku świadectwo z samymi ocenami A było stosunkowo rzadkie i oznaczało konkretną rzecz: uczeń pracował solidnie i opanował materiał na poziomie klasy. Rodzice świętowali, a jednocześnie liczyli przyszłe koszty studiów.
W 2026 roku sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Połowa absolwentów szkół średnich kończy naukę z ocenami w przedziale A (wzrost z 39% w 1990 roku). Ocena A stała się zdecydowanie najczęstszą. Jednocześnie wyniki państwowych testów kompetencji oraz wyniki SAT i ACT systematycznie spadają. Oceny przestały być w miarę obiektywnym miernikiem wiedzy (kiedyś A oznaczało 90–100% poprawnych odpowiedzi), a stały się mocno subiektywnym, mocno zawyżonym sygnałem wysyłanym między nauczycielami, szkołami a rodzicami.
Przykłady rozjazdu między ocenami a kompetencjami
Autorzy przytaczają głośne przypadki:
- W 2025 roku uczennica z Connecticut ukończyła szkołę średnią z GPA 4,0, a potem pozwała okręg szkolny, bo… nie umiała czytać.
- Na prestiżowym Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego 11,8% nowo przyjętych studentów trafiło na zajęcia wyrównawcze z matematyki. Aż 70% z tej grupy miało poziom poniżej szkoły średniej, a jedna czwarta z nich w szkole średniej miała z matematyki idealne 4,0.
Ogólny obraz jest jasny: średnie GPA rosną, a rygor kursów i obiektywne wyniki testów spadają.
Kto ponosi odpowiedzialność?
Artykuł unika prostego wskazania jednego winnego. Uczniowie i rodzice dostają fałszywe sygnały – przez całe liceum widzą same dobre oceny i nie zdają sobie sprawy, że poziom jest niski, aż do momentu, gdy na studiach lądują na zajęciach wyrównawczych.
Nauczyciele też nie są jedynymi winowajcami. Działają pod presją. Najbardziej znanym przykładem jest Ballou High School w Waszyngtonie (2017). Szkoła ogłosiła, że wszyscy 164 absolwenci dostali się na studia. Śledztwo wykazało, że tylko 57 z nich faktycznie spełniało wymogi frekwencji i zaliczeń. Połowa uczniów opuściła co najmniej trzy miesiące zajęć w klasie maturalnej, a około dwóch trzecich w ogóle nie powinno dostać świadectwa. W ankiecie 60% nauczycieli przyznało, że czuło nacisk lub przymus do wystawiania ocen niezgodnych z rzeczywistą wiedzą, a ponad 20% twierdziło, że ktoś później zmieniał wystawione przez nich oceny.
Związki zawodowe w tym przypadku same ujawniły problem. Administracja też nie zawsze jest głównym winowajcą. Nie da się też wszystkiego zrzucić na federalne programy (No Child Left Behind czy Common Core) – większość polityki edukacyjnej leży po stronie stanów.
Prawdziwy problem: zniekształcone zachęty
Szkoły są oceniane głównie przez trzy wskaźniki: wyniki testów, oceny i wskaźniki ukończenia szkoły. Od tych liczb zależy finansowanie, a w skrajnych przypadkach – nawet istnienie placówki. Wyników zewnętrznych testów nie da się łatwo „poprawić”. Oceny i wskaźniki promocji – już tak. Stąd presja, by przepuszczać uczniów dalej, nawet jeśli nie opanowali materiału. Argumentacja bywa „humanitarna” („Johnny się stara, nie chcemy go zatrzymywać”), ale dane pokazują, że przesuwanie dalej i tak prowadzi do dalszego zalegania.
Uczelnie kontynuują ten sam mechanizm
Na studiach licencjackich ocena A stała się już najczęstszą. Narodowe Instytuty Zdrowia stwierdziły wprost, że „oceny na uczelniach stały się farsą”. Profesorowie są oceniani przez studentów, a od tych ocen zależą awanse i pensje. Ci, którzy trzymają wysokie standardy, dostają niskie oceny od studentów, niższe obłożenie zajęć i gorsze wynagrodzenie. Jeden z wykładowców powiedział The Atlantic: „My dajemy im wszystkim A, a oni nam wszystkim piątki”.
W efekcie przez cały system edukacji – od podstawówki po studia – ocena A może oznaczać zarówno realne osiągnięcia, jak i to, że szkoła lub nauczyciel potrzebowali dobrego wyniku do statystyk.
Co mogą zrobić rodzice?
Artykuł kończy się praktyczną radą: nie polegajcie wyłącznie na świadectwach. Rozmawiajcie z dziećmi o tym, czego się uczą. Proście, żeby czytały na głos, liczyły, pokazywały wypracowania. Sami zadawajcie im wyzwania rozwijające. Bezpośrednia obserwacja daje znacznie lepszy obraz rzeczywistych umiejętności niż literki na papierze.
Jeśli dane pokazują, że system nie wspiera pełnego potencjału dziecka, warto poważnie zastanowić się, czy publiczna szkoła jest w ogóle dobrze zaprojektowana i motywowana do prawdziwego kształcenia.

































































