Powoli wakacje – również parlamentarne – dobiegają końca. Przed nami jeszcze rocznicowe uroczystości, związane z podpisaniem porozumień gdańskich między strajkującymi i rządem, no i oczywiście – z rocznicą wybuchu II wojny światowej, która rozpoczęła się od napaści Związku Ra… – ach, co ja piszę takie rzeczy! Nie od napaści Związku Radzieckiego, bo ten „wkroczył” (warto zwrócić uwagę, że Armia Czerwona na nikogo mnie napadała, tylko albo „wkraczała”, albo „wyzwalała) – tylko od napaści na Polskę Niemiec – naszego obecnego sojusznika. Jeśli chodzi o rocznicę słynnych „porozumień”, to warto przypomnieć, że wszystkimi wielkimi strajkami w roku 1980 kierowali tajni współpracownicy, jak nie Służby Bezpieczeństwa, to wywiadu wojskowego. W Gdańsku – Kukuniek, w Szczecinie – Marian Jurczyk, a w Jastrzębiu-Zdroju – Jarosław Sienkiewicz – i stosowne porozumienia też podpisali. Czy ten wątek zostanie w tegorocznych obchodach wyeksponowany, czy też pominięty, jako tak zwany „wstydliwy zakątek”?
Myślę, że nikt tego wątku eksponował specjalnie nie będzie, bo to rzuciłoby cień na naszą młodą demokrację, skłaniając do podejrzeń, że jest ona podszyta bezpieczniakami, którzy również po sławnej transformacji ustrojowej na przełomie lat 80-tych i 90-tych, nadal stanowią najtwardsze jej jądro, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Podobnie może być z obchodami wybuchu II wojny światowej, Jak wiadomo, jest rozkaz, że wywołali ją „naziści”, który najpierw okupowali Niemcy, a potem – resztę Europy. Dzisiaj oczywiście o żadnej „okupacji” mowy być nie może, bo dzisiaj Europa „jednoczy się” dobrowolnie, chociaż niestety nie cała, bo są tu i ówdzie kraje, które sypią piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Weźmy taką choćby Islandię, która nie tylko nie zagłosowała za Anschlussem, ale nawet sprzeciwiła się wszelkim negocjacjom na ten temat. U nas coś takiego jest uważane za straszliwą myślozbrodnię, Niebu obrzydłą i Grzegorz Braun, m,in.  z tego powodu ciągany jest po prokuraturach i niezawisłych sądach, a tu proszę – Islandia odmówiła nawet negocjowania warunków Anschlussu i nikogo z tego powodu nie umieszczono nawet w areszcie wydobywczym. Daleko z tolerowaniem takiej samowolki nie zajedziemy, bo jak tak dalej pójdzie to masy ludowe mogą sobie pomyśleć, że z tą demokracją to wszystko naprawdę, podczas gdy przecież wiadomo, że prawdziwa demokracja jest wtedy, gdy większość podejmuje decyzje jedynie słuszne. A które decyzje są jedynie słuszne? To proste, jak budowa cepa: jedynie słuszne są te decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty.
   Szkoda, że ten wątek nie został wyeksponowany na obydwu konkurencyjnych piknikach; tym w Olszynie, zorganizowanym przez Volksdeutsche Partei i tym w Juracie, któremu patronował pan prezydent Karol Nawrocki. W związku z tym uwagę opinii publicznej przyciągały dwie rzeczy – po pierwsze – gdzie przyjechało więcej młodzieży i jakie towarzyszyły tym piknikom atrakcje. Piknik w Juracie ubarwił występ piosenkarza Skolima, przeciwko któremu zdrowe siły w partii podniosły, że śpiewa z niewłaściwego klucza, wskutek czego jego piosenek nie powinny słuchać dzieci. Nie wiem, czy śpiewał on tam swój przebój, że „rozkładam nogi twoje i biorę to, co moje”, czy też utwory bardziej umiarkowane – ale to nieważne, bo na pikniku w Olsztynie wystąpiła „Mery”, która w swojej piosence przechwalała się, że jest „suką”: „Koleżanki wege, a ja rzucam mięsem. Ujdzie mi na sucho, bo jestem suką”. Autorytety moralne próbują tłumaczyć, że jest to utwór „o poszukiwaniu miłości”. Wszystko to być może, bo „Mery” taktownie wystąpiła na estradzie nie na golasa, tylko w majtkach i biustonoszu – pewnie gwoli wyeksponowania swoich walorów intelektualnych – co stanowiło znakomite pendant do wystąpień dygnitarzy z vaginetu obywatela Tuska Donalda. Obiecał on młodzieży, że obłoży ją podatkami – ale wszystkich przelicytował pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który powtórzył rozkaz Józefa Stalina: „ani kroku wstecz!” – oczywiście – przed „prawicą”.  Potwierdził w ten sposób trafność przysłowia, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym potem trąci. Z kolei obywatel Tusk, najwyraźniej pod wpływem swobodnej atmosfery, przestał panować nad zaimkami i dał wyraz nadziei, że „we wrześniu” „musi mieć pewność”, że „nasi sędziowie” wejdą do Trybunału Konstytucyjnego. Trudno o lepszą ilustrację, że sędziowie dzielą się na „naszych” i jakichś takich nie naszych, a ci „nasi”, jeden przez drugiego, przechwalają się swoją „niezawisłością”, która w tej sytuacji oznacza całkowitą dyspozycyjność i zdolność do wszystkiego. Jakimi zaletami odznaczają się ci drudzy – nawet nie  śmiem się domyślać – ale pewnie też zdolni są do wszystkiego.
   A – jak  pisałem – sezon łowiecki już się rozpoczął i dynamicznie się rozwija. Na razie prokuratura zgromadziła „twarde dowody” przeciwko prezesowi PKOl, panu Piesiewiczowi, którego w związku z tym niezawisły sąd – niewątpliwie „nasz” – w podskokach umieścił w areszcie wydobywczym pod pretekstem „obawy matactwa”. Ale jakie tu może być „matactwo” w obliczu takich „twardych dowodów”? Tajemnica to wielka – ale widocznie musimy zacząć się oswajać z sytuacją, gdy w walce o socjalistyczną praworządność będziemy co i rusz natrafiali na coraz to nowe tajemnice. Wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie łowieckim pan prezes Piesiewicz jest zaledwie pierwszą zwierzyną na pokocie. Chodzi o to, że prezes Zondakrypto, świadek koronny obywatela Żurka Waldemara, pan Przemysław Kral, z bezpiecznego oddalenia w bezcennym Izraelu, będzie realizował społeczne zamówienia na rewelacje, zgodnie ze wskazówkami swoich pełnomocników: Wielce Czcigodnego Giertycha Romana i pana mec. Dubois. Na wszelki tedy wypadek, kandydaci na podejrzanych uwijają się wedle dostarczenia przykładów, że pan Kral futrował działaczy ponad podziałami. Na dowód czego pokazane zostało zdjęcie obywatela Tuska Donalda z koszulką Zondakrypto. Jedynie pan Mateusz Morawiecki zachowuje w tej sytuacji spokój, oświadczając, że „niczego” się nie boi. I ja mu wierzę, bo skoro wykonuje trzecią część swojego zadania – obecnie w postaci neutralizowania PiS – to czy ze strony Volksdeutsche Partei, albo starych kiejkutów mogłoby spotkać go coś złego?
Niechby tylko ktoś spróbował mu zaszkodzić, to zaraz przypomniano by mu, skąd wyrastają mu nogi. Skoro my to wiemy, to tym bardziej wiedzą to płomienni szermierze socjalistycznej praworządności – i dlatego pan Mateusz może w tym zamęcie zachować olimpijski spokój.
                                                                   Stanisław Michalkiewicz  
PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU