W agencji rządowej stworzonej do przyspieszania dużych inwestycji w Kanadzie część personelu nadal otrzymuje wynagrodzenie od prywatnych korporacji, a władze odmawiają ujawnienia, o jakie firmy chodzi. Sprawa wyszła na jaw podczas przesłuchania w komisji środowiska Izby Gmin, gdzie prezes Biura Wielkich Projektów (Major Projects Office – MPO) Dawn Farrell przyznała, że nie potrafi powiedzieć, ilu pracowników jest w takiej sytuacji ani które spółki finansują ich pensje.

MPO powstało na mocy ustawy C-5 z 2025 roku. Ma ono przyspieszać federalne zgody na duże projekty przemysłowe uznane za leżące w interesie narodowym – głównie w energetyce, transporcie i telekomunikacji. Biuro, z siedzibą w Calgary, zatrudnia obecnie około 200 osób. Na jego czele stoi Dawn Farrell, była prezes Trans Mountain i TransAlta, której roczne wynagrodzenie wynosi od 577 tys. do 679 tys. dolarów.

Podczas przesłuchania poseł konserwatywny Branden Leslie (Portage-Lisgar) zapytał wprost, dlaczego prywatne firmy wysyłają swoich pracowników do agencji federalnej i nadal płacą im nawet połowę pensji. „Czy to tylko coś z dobroci serca?” – dopytywał. Farrell odpowiedziała: „No cóż, dlatego, że o to proszę. To jest tak naprawdę tak”. Dodała, że nie ujawnia nazw firm ani nazwisk pracowników, bo informacje te są poufne. Nie potrafiła też podać liczby osób, które nadal otrzymują wynagrodzenie od korporacji.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Leslie zwrócił uwagę, że taki układ rodzi oczywiste pytania o konflikt interesów i podważa zaufanie publiczne do decyzji agencji. „Można zobaczyć, że firmy prywatne mają tu wartość – w możliwości wywierania wpływu teraz lub w przyszłości” – powiedział. Farrell zapewniała, że pracownicy przeszli wewnętrzną weryfikację w Biurze Rady Ministrów i działach HR, podpisali oświadczenia i nie mogą pracować nad projektami, w których mieliby konflikt. Nie zostali jednak poddani weryfikacji przez Komisję Etyki (Ethics Commissioner). System, jak to ujął Blacklock’s Reporter, „działa na zasadzie honorowej”.

Inni posłowie pytali konkretnie. Poseł David Bexte dopytywał o Brookfield Asset Management – firmę, którą wcześniej kierował premier Mark Carney. Farrell zaprzeczyła, by ktokolwiek z Brookfield był oddelegowany do biura lub by firma przeznaczyła na projekty pieniądze. Na pytanie posła Bloku Québécois Patrica Bonina o spółki naftowe i gazowe odpowiedziała, że „mamy pracowników z firm energetycznych” (elektrycznych).

Problem nie jest nowy. Już w grudniu 2025 roku „The Globe and Mail” pisał, że MPO prosi prywatnych sponsorów o dopłacanie do pensji oddelegowanych pracowników. Konserwatyści nazywali to wówczas nieetycznym i korupcyjnym. Rząd odpowiadał, że to teorie spiskowe. Dziś, po roku, okazuje się, że praktyka jest kontynuowana, a transparentności nadal brak.

Farrell podkreślała, że biuro potrzebuje specjalistów z sektora prywatnego, by oceniać skomplikowane, wielomiliardowe projekty. Krytycy odpowiadają, że gdy ludzie decydujący o zgodach na duże inwestycje są częściowo opłacani przez firmy, które mogą na tych decyzjach skorzystać, zaufanie do procesu jest poważnie zagrożone. Biuro odmawia ujawnienia, kto dokładnie płaci i komu – a publiczność ma polegać na tym, że „wszystko zostało sprawdzone wewnętrznie”.

Sprawa pokazuje, jak w praktyce wygląda przyspieszanie „projektów narodowych” w Kanadzie: eksperci z branży pracują w agencji rządowej, a firmy, z których pochodzą, nadal finansują ich pensje. Kto naprawdę kontroluje decyzje – pozostaje pytaniem otwartym.