Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu.
Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej.
Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”. Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie.
Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce. Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie. Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”.
U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy.
Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.
Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”.
Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji. Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”. Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie.
Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfederację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko. Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.
Stanisław Michalkiewicz


































































