Obiecuje Ameryce „oszczędność” 90 miliardów dolarów

WASHINGTON / TORONTO — Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump oświadczył w piątek, 4 września, że USA mogłyby „zaoszczędzić” 90 miliardów dolarów, gdyby całkowicie przerwały handel z Kanadą. Wystąpienie przed reporterami w Białym Domu wpisuje się w trwającą od tygodni wojnę celną i jest kolejną próbą wywarcia presji na Ottawę — oraz, jak sam sugerował, na Rezerwę Federalną.

„Gdybyśmy nie handlowali z Kanadą, gdybyśmy po prostu zakończyli cały handel z Kanadą, zaoszczędzilibyśmy 90 miliardów dolarów” — powiedział Trump. I dodał: „Nie zapominajcie, że oni prowadzą cały swój biznes, prawie cały swój biznes ze Stanami Zjednoczonymi. A my prowadzimy z nimi stosunkowo niewielką część interesów”. W tym samym wystąpieniu powtórzył, że Kanada „byłaby w wielkich tarapatach”, a nawet „nie sądzi, żeby istniała”, bo — jak twierdzi — „95 procent” jej interesów zależy od USA.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

To nie jest nowa nuta. Od tygodni Trump powtarza, że Stany „tracą” na Kanadzie od 60 do 100 miliardów dolarów rocznie, że Ottawa „okrada” Amerykę od dekad i że „my ich nie potrzebujemy, oni potrzebują nas”. Problem w tym, że liczby, które podaje, nie zgadzają się z oficjalnymi statystykami — a logika „zaoszczędzimy, jeśli przestaniemy handlować” jest ekonomicznie fałszywa.

Ile naprawdę wynosi deficyt

Według Biura Przedstawiciela Handlowego USA (USTR) w 2025 roku amerykański deficyt w handlu towarami z Kanadą wyniósł 48,3 mld dolarów: USA wyeksportowały do Kanady towary warte 333,6 mld dolarów, a importowały za 381,9 mld. W usługach Stany miały jednak nadwyżkę 27,7 mld dolarów. Łączny bilans towarów i usług to deficyt rzędu 20–27 mld dolarów, a nie 90. Całkowity obrót towarami i usługami między krajami zbliżył się do 880 mld dolarów.

Deficyt handlowy nie jest „prezentem” ani „stratą gotówki”. To różnica między wartością tego, co Amerykanie kupują od Kanadyjczyków, a tym, co im sprzedają. W tej wymianie USA dostają ropę, aluminium, potas, części samochodowe i drewno. Kanada dostaje maszyny, pojazdy, produkty rolne i usługi. Zerwanie całego handlu nie „oszczędza” 90 miliardów. Kasuje setki miliardów dwustronnego obrotu, miejsca pracy po obu stronach granicy i łańcuchy dostaw, które od dekad są ze sobą zszyte.

Czy Kanada naprawdę „prawie wszystko” robi z USA?

Nie. Trump mówi o 95 procentach. Dane są inne.

W 2025 roku do USA szło około 72–73 proc. kanadyjskiego eksportu towarów — i tak jest to ogromna zależność. W 2026 roku udział ten jednak spada: w lipcu wyniósł 66,3 proc., najniżej od dekad, jeśli pominąć pandemię. Od początku roku oscyluje wokół 68 proc. Import z USA to mniej więcej 46–60 proc. kanadyjskich zakupów, w zależności od miary i miesiąca.

Dla Stanów Zjednoczonych Kanada jest drugim partnerem handlowym po Meksyku. Odpowiada za około 12 proc. amerykańskiego importu i 14 proc. eksportu. To nie jest „stosunkowo niewielka część interesów”. To jeden z dwóch filarów północnoamerykańskiej gospodarki.

Szczególnie widać to w energii i motoryzacji. Kanada wysyła do USA około 4 mln baryłek ropy dziennie — mniej więcej jedną piątą amerykańskiego zużycia paliw. Ponad 80 proc. amerykańskiego importu potasu, kluczowego nawozu, pochodzi z Kanady. Aluminium, części samochodowe, drewno — to nie są towary, które da się z dnia na dzień zastąpić „jednym pociągnięciem pióra”, jak lubi mówić Trump.

Kontekst: załamane rozmowy i cła od 8 września

Wypowiedź z piątku pada dwa tygodnie po tym, jak załamały się negocjacje handlowe. 21 sierpnia premier Mark Carney zawiesił rozmowy, oskarżając stronę amerykańską o last-minute zmiany warunków, które uznał za „niesprawiedliwe, nieekonomiczne i podważające wiarygodność jakiegokolwiek porozumienia”. USA nałożyły 50-procentowe cła na kanadyjskie towary warte około 20–28 mld dolarów. Kanada zapowiedziała odwet „dolar za dolar” od 8 września: cła 15–50 proc. na stal, nabiał, AGD, sprzęt rolniczy, papier i elektronikę.

Carney od tygodni powtarza, że Kanada jest gotowa wrócić do stołu, gdy Waszyngton „przestanie rzucać memami i udawać twardziela”. Trump tymczasem grozi podwyższeniem ceł na kanadyjskie auta, części i stal do 50 proc. od 1 stycznia 2027 r. i wraca do tezy, że Kanada zachowuje się jak stan USA, którym nie jest.

Co naprawdę mówi ta retoryka

Trump od lat traktuje deficyt dwustronny jak rachunek do zapłaty. W tym ujęciu import to strata, a partner, który sprzedaje więcej niż kupuje, „okrada” Amerykę. Taka logika ignoruje, że amerykańskie huty, farmy i fabryki samochodów potrzebują kanadyjskich surowców i podzespołów, a amerykańscy konsumenci korzystają z tańszych lub po prostu dostępnych towarów.

Asymetria istnieje. Kanada jest znacznie bardziej uzależniona od rynku amerykańskiego niż USA od kanadyjskiego. To fakt, nie slogan. Ale „prawie cały biznes” i „95 procent” to przesada. „Oszczędność 90 miliardów” po zerwaniu handlu — tym bardziej. Gdyby Stany naprawdę „skończyły cały handel z Kanadą”, w pierwszej kolejności ucierpiałyby stany przygraniczne, przemysł motoryzacyjny w Michigan, Ohio i Ontario, amerykańskie farmy czekające na potas i rafinerie nastawione na ciężką ropę z Alberty.

W tle Trump wiąże groźby handlowe z presją na Fed: chce niższych stóp procentowych i argumentuje, że USA jako silniejszy kredytodawca mogą „nie handlować” z partnerami, którzy i tak nie mają dokąd pójść. To polityka siły, nie rachunek ekonomiczny.

Dla Kanady wniosek jest podwójny. Po pierwsze, zależność od jednego rynku pozostaje strategiczną słabością — i Ottawa od roku próbuje ją zmniejszać, z umiarkowanym, ale widocznym skutkiem. Po drugie, groźba całkowitego embarga jest raczej narzędziem negocjacyjnym niż realnym planem. Pełne odcięcie dwóch gospodarek zszytych autostradami, rurociągami i tą samą taśmą montażową byłoby ciosem także dla Ameryki. Trump to wie. Mówi jednak tak, jakby nie wiedział — bo w tej wojnie handlowej liczy się nie tylko cło, ale i to, kto pierwszy się ugnie.