W ciągu trzech lat powstało ponad 300 niezależnych szkół – i to bez ani jednego dolara z kieszeni podatników Ontario.
30,6 miliarda dolarów. Tyle kosztuje w tym roku posłanie uczniów w Ontario do szkoły. W całej prowincji otwierają się drzwi szkół – w tym kilku zupełnie nowych, w ramach rządowego zobowiązania do uruchomienia 30 „nowych i rozbudowanych” szkół.
To potrzebna inwestycja, która ma złagodzić zatłoczenie, braki w infrastrukturze i inne problemy publicznych rad szkolnych. Ale nie wszyscy uczniowie w Ontario trafią do tych szkół. Coraz więcej rodziców wybiera inne opcje niż system finansowany ze środków publicznych.
Rząd finansuje 30 nowych szkół, ale w całej prowincji w ciągu zaledwie trzech lat powstało ponad 300 nowych szkół niezależnych – i to bez żadnych kosztów dla budżetu publicznego. Sektor niezależny w Ontario, który obejmuje 1675 uznanych szkół, kształci ponad 160 tysięcy uczniów – około jednego na dwunastu uczniów na poziomie K-12.
„Eduprzedsiębiorcy”, jak nazywa się ich w kręgach politycznych, stają się coraz wyraźniejszą obecnością w edukacji. Niektórzy to byli nauczyciele szkół publicznych, którzy mają własną wizję edukacji i chcą ją zrealizować. Inne szkoły wyrastają organicznie z inicjatyw rodziców albo skupiają się na konkretnych potrzebach uczniów. Jeszcze inne dostrzegają możliwości, jakie daje nowa technologia, i dostosowują naukę do indywidualnych potrzeb dziecka.
Niektóre z tych niezależnych szkół są domem edukacyjnym dla setek uczniów, inne przyjmują zaledwie kilku. Obejmują szkoły montessoriańskie, szkoły przyrodnicze, szkoły wyznaniowe oraz placówki skupione na uczniach ze specjalnymi potrzebami. Niektóre stosują modele hybrydowe: szkoła prowadzi program, ale uczniowie dzielą czas między budynek szkolny a naukę w domu. To dobra opcja dla dzieci, które pełny etat szkolny przytłacza, albo dla rodzin, które potrzebują większej elastyczności. Rosnąca liczba możliwości pracy zdalnej pozwala rodzicom bardziej angażować się w edukację dzieci i stawiać na pierwszym miejscu czas rodzinny.
Właśnie stawianie na potrzeby ucznia jest główną siłą napędową tego wzrostu. To nie są szkoły dla elit i zamożnych, jakie zwykle kojżą się z „prywatnym szkolnictwem”. Badania Cardus pokazują, że to małe start-upy, które działają, bo ich twórcy wierzą w pewną wizję, a liderzy i nauczyciele są zdeterminowani, by ją wcielić w życie. „To tylko ja i łaska Boża” – jak ujął to jeden z dyrektorów.
Ontario nie wspiera finansowo szkół niezależnych. Tymczasem prowincje takie jak Kolumbia Brytyjska, Alberta, Quebec, Saskatchewan i Manitoba dostrzegają siłę pluralistycznego systemu edukacji, który lepiej odpowiada na potrzeby uczniów i rodzin, i współpracują z tymi społecznościami szkolnymi oraz eduprzedsiębiorcami, by zapewniać dobrą edukację przy niższych kosztach. W Albercie publicznie wspierane szkoły niezależne zaoszczędziły podatnikom ponad 825 milionów dolarów w ciągu ostatnich pięciu lat, jednocześnie oferując lepsze doświadczenia edukacyjne. Alberta wspiera też publiczne szkoły charterowe – w pełni finansowane i regulowane ze środków publicznych, ale działające niezależnie od publicznych rad szkolnych.
Przykładem jest Thrive Elementary w Albercie. To szkoła charterowa służąca rodzinom o niskich dochodach w Edmonton i pierwsza w prowincji szkoła STEM dla klas K-6. Działa od 8:00 do 18:00, otaczając uczniów holistycznym wsparciem i jednocześnie zdejmując z rodzin dodatkowy koszt opieki po szkole. Jej wizja podważa założenie, że niski dochód oznacza brak szans, i traktuje poważnie przekonanie, że wysokiej jakości edukacja jest jednym z najsilniejszych narzędzi do zmniejszania barier społeczno-ekonomicznych i poprawy jakości życia.
30,6 miliarda dolarów i zaledwie 30 nowych oraz rozbudowanych szkół. To ogromna suma pieniędzy podatników w systemie, który coraz gorzej odpowiada na różnorodność potrzeb uczniów w tej prowincji. Przed nami jest wiele możliwości, by zmienić edukację w Ontario na lepsze – jeśli tylko będziemy wiedzieć, gdzie ich szukać. Ta szansa zaczyna się od spojrzenia poza główny nurt edukacji, ku jej odnowie, której potrzeba dzisiaj przebija się na czoło klasy.
Joanna DeJong VanHof jest dyrektorką programu edukacyjnego w think tanku Cardus. Jest ekspertką ds. systemów edukacji K-12; jej badania dotyczą dostępności, dostępności i rozliczalności szkolnictwa niezależnego w Kanadzie. Z doświadczeniem w przywództwie i zarządzaniu edukacyjnym obecnie kończy doktorat z przywództwa i polityki edukacyjnej w Ontario Institute for Studies in Education (OISE).
Poglądy, opinie i stanowiska wyrażane przez felietonistów i autorów są wyłącznie ich własne i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko wydawcy.
© Troy Media


































































