W para­fii Mat­ki Boskiej przy uli­cy Daven­port w Toron­to z ini­cja­ty­wy ks. Fili­pa Krau­ze zor­ga­ni­zo­wa­no przy współ­udzia­le Klu­bów Gaze­ty Pol­skiej GTA Zadusz­ki wołyń­skie. Ludo­bój­stwo lud­no­ści pol­skiej Woły­nia wspo­mi­na­ła 92-let­nia Geno­we­fa Brze­zow­ska-Pie­trzyk, miesz­kan­ka wsi Brze­zi­na na Woły­niu, któ­ra w zagła­dzie stra­ci­ła mat­kę i kil­ko­ro rodzeństwa.

Geno­we­fa Brze­zow­ska-Pie­trzyk: Brze­zi­na to to była Pol­ska wio­ska któ­ra nie była duża, może 40 domów, ale czy­sto Pol­ska, a zaraz nie­da­le­ko nas była wieś czy­sto Ukra­iń­ska. Byli­śmy bar­dzo dobrze ze sobą jako przy­ja­cie­le i sąsie­dzi, aż do cza­su wybu­chu woj­ny. Ja tam się uro­dzi­łam, wycho­wy­wa­łam się do lat 13. aż przy­szło do nas takie nie­szczę­ście, że zosta­li­śmy wymordowani.

Nie wszy­scy; z mojej rodzi­ny zosta­ło nas tro­je, ale w naszym domu było zamor­do­wa­nych 7 osób.

Dla­cze­go tak się sta­ło? My nie wie­my, bo wła­ści­wie to robi­li nasi sąsie­dzi ukra­iń­scy, z któ­ry­mi żeśmy bar­dzo dobrze żyli.

Reklama

Woj­na wybu­chła wten­czas Niem­cy przy­rze­kli Ukra­iń­com, że jeże­li oni pój­dą do woj­ska pomóc im wal­czyć, to oni dosta­ną czy­stą Ukra­inę. Więc co zro­bić z Pola­ka­mi? To Niem­cy im powie­dzie­li że to jest wasza spra­wa. Jak chce­cie mieć czy­stą Ukra­inę to jest wasza spra­wa, to rób­cie co chce­cie. No to oni robi­li to, co chcie­li. Oni dosta­wa­li broń od Niem­ców, oni tam dosta­wa­li co było im potrzeb­ne, a nam nic, bo myśmy byli wrogami.

Nie spo­dzie­wa­li­śmy się tego. Może ina­czej, wie­dzie­li­śmy że to będzie, ale nie chcie­li­śmy w to wierzyć.

I  pew­ne­go razu jeden z naszych sąsia­dów spo­tkał się z pew­nym Ukra­iń­cem, sąsia­dem z następ­nej wsi i on powie­dział do tego ukra­iń­skie­go sąsia­da, że chce konia sprze­dać i potrze­bu­je zbo­że, bo ma 9 dzie­ci, a nie mają chle­ba. Oni się umó­wi­li i ten Ukra­iniec mówi tak, to przy­jedź swo­im koniem zawieź zbo­że, a wte­dy dopie­ro zabio­rę konia.

On poje­chał z tym koniem po to zbo­że na wieś ukra­iń­ską i oni go tam na tym wozie strasz­nie porż­nę­li, ude­rzy­li nożem 90 razy w jego cia­ło i puści­li tego konia i ten wóz do naszej wsi; ten wóz z koniem przy­je­chał sta­nął na środ­ku wsi i cała wieś zle­cia­ła się, zoba­czyć tego czło­wie­ka, a w tej chwi­li oni nas okrą­ży­li i byli­by nas wszyst­kich wymordowali.

Ale sytu­acja taka wypa­dła, że u nas była par­ty­zant­ka ale była par­ty­zant­ka ruska, nie pol­ska; w tym momen­cie par­ty­zan­ci rosyj­scy wje­cha­li na naszą wieś zoba­czy­li, że my jeste­śmy już okrą­że­ni zaczę­li strze­lać i ci ban­dy­ci wszy­scy pouciekali.

Co mamy robić? — pyta­li­śmy się tych par­ty­zan­tów, oni nam powie­dzie­li, że oni są woj­sko i nie będą nas pil­no­wać. Jeśli chce­cie, to jedź­cie z nami do lasu i miesz­kaj­cie z nami i myśmy wszy­scy poje­cha­li byli­śmy tam kil­ka dni; zoba­czy­li­śmy, że jest spo­koj­nie, jest wio­sna, jest cie­pło, posta­no­wi­li­śmy wra­cać do domu. To trwa­ło tyl­ko 2 tygo­dnie i oni z powro­tem to samo zro­bi­li, okrą­ży­li nas i pierw­sze poszły w ruch noże, dru­gie były kara­bi­ny, a  trze­cie były kara­bi­ny maszy­no­we, mie­li tę broń od Niemców.

Jak mama zoba­czy­ła, że oni idą do nas,  powie­dzia­ła, uspo­kój­cie się, oni są dla nas tacy uprzej­mi i dobrze z nimi żyje­my, oni nas nie ruszą, nawet jak mój brat, któ­ry był bli­sko mamy trzy­mał mamę za rękę, a mama mówi Edziu, nie ucie­kaj, nie ucie­kaj bądź tu ze mną, oni nas nie ruszą, ale jak Edzio zoba­czył że oni już dwie sio­stry i już wzię­li i ręce im tam łamią, to on szarp­nął rękę i wysko­czył przez okno, a mama zosta­ła, bo już nie mia­ła wyj­ścia, tak że oni mamę też zabi­li, dwie sio­stry, bra­ta, ciot­kę,  i pastusz­ka, któ­ry kro­wy pasał, taki pomoc­nik do pra­cy; 7 osób zamordowali.

Nas tro­je zosta­ło — 2 bra­ci i ja — myśmy wyle­cie­li przez okno, bo już się pali­ło wszyst­ko; oni tak jak mor­do­wa­li to od razu wszyst­ko pali­li, to bydło tak strasz­nie rycza­ło, taki był ryk, jak pomy­ślę dziś o tym… Wszyst­ko było spa­lo­ne doszczęt­nie myśmy ucie­ka­li, Edek wpadł w źró­dło, co nie mia­ło dna i on co zła­pał za tra­wę, to się urwa­ła i on sobie uro­ił że Pan Jezus przy­szedł i podał mu rękę i on do śmier­ci w to wie­rzył, że Pan Jezus podał mu rękę;

Ojciec miał  kole­gę Ukra­iń­ca, jak on przy­szedł do ojca to ojciec mówi, Paweł, to ja, to Ludwik, twój kole­ga, on  widła­mi tak go prze­bił i pole­ciał .Ojciec pozo­stał przy życiu i był bar­dzo dłu­go w szpi­ta­lu; póź­niej bar­dzo dłu­go się z nim nie widzie­li­śmy nie wie­dzie­li­śmy gdzie on jest.

Chcie­li­śmy dojść do jakie­goś mia­stecz­ka, doszli­śmy do mia­stecz­ka tam były żydow­skie domy puste i tam żeśmy zamiesz­ka­li przez pewien czas. Tam potem spo­tka­li­śmy ojca. Ojciec poszedł na gospo­dar­kę, żeby kawa­łek chle­ba zaro­bić, tak cho­dził kil­ka dni dla nas, ale Niem­cy go zła­pa­li; gdzie są two­je papie­ry co ty tu robisz?- on mówi nic nie mam tam tro­je dzie­ci głod­ne posze­dłem do pra­cy żeby je ratować.

No to go aresz­to­wa­li wsa­dzi­li go do wago­nu do Nie­miec, on im mówi tam mam tro­je dzie­ci no i przy­szli nas aresz­to­wa­li i nas wszyst­kich wywieź­li do Niemiec.

Tak że nie było żad­ne­go pogrze­bu bo nas tam nikt nie wpu­ścił wszyst­ko tak zosta­ło, jak zosta­ło póź­niej już mi powie­dzia­no, jak poje­cha­łam 50 lat póź­niej to powie­dzia­no mi, że ktoś pością­gał te wszyst­kie zwło­ki do takiej jamy i tam to zasy­pa­li i tam do dzi­siej­sze­go dnia to wszyst­ko jest.

Zawieź­li nas do Nie­miec, do lasu do takich bara­ków, gdzie nic nie było, tyl­ko zim­na woda i tam byli­śmy rok cza­su; tam wła­śnie wuj­ka Jan­ka dziec­ko zmar­ło z gło­du, tam bar­dzo dużo ludzi poumie­ra­ło był tyfus… No i tak żeśmy tam żyli jeden kawa­łe­czek chle­ba i gar­nu­szek wody trzy razy dzien­nie i tak było przez rok.

Po roku zabra­li nas do pra­cy; pra­co­wa­li­śmy do cza­su aż woj­na się skończyła.




ks. Kazi­mierz Brzo­zow­ski: Gdzie to mniej wię­cej było w Niemczech?

- Nie­da­le­ko Nürn­ber­gu ja już wte­dy mia­łam 14 lat, a byli tam też jeń­cy wojen­ni, pra­co­wa­li­śmy razem z nimi. Każ­dy miał kawa­łek pola do obro­bie­nia obo­jęt­nie czy to były kar­to­fle czy chmiel, ja nie mogłam nadą­żyć bo to byli już ludzie, męż­czyź­ni doro­śli. Jak przy­szedł gospo­darz, a ja byłam z tyłu, to mnie bił laską po ple­cach, krzy­czał. I tak to było aż do koń­ca woj­ny. Potem byli­śmy w tak zwa­nym DP camp (Displa­ced Per­sons), byli­śmy aku­rat w ame­ry­kań­skiej stre­fie nikt nas nie chciał brać na emigrację.

Ks. Filip Krau­ze: Jaka to była gru­pa, ile osób?

- W tym obo­zie  4000 ludzi tam było. Jak tak nie­raz przyj­dzie mi to na myśl, tak sobie pomyślę…

Pod­czas pra­cy w Niem­czech było nas Pola­ków bar­dzo dużo, mło­dych, star­szych,  tak było że nie­któ­re dziew­czy­ny mia­ły dziec­ko pod­czas tej pra­cy. To dziec­ko natych­miast im zabie­ra­li i otwo­rzy­li takie miej­sce dla tych dzie­ci. Tych dzie­ci uzbie­ra­ło się 52 i było do nich tyl­ko dwie pie­lę­gniar­ki, takie Rosjan­ki, i te dzie­ci codzien­nie umie­ra­ły — jed­no, dwa. Te wszyst­kie dzie­ci wymar­ły w prze­cią­gu 2 — 3 miesięcy.

Pie­lę­gniar­ka, któ­ra tam była, taka Ruska zawi­ja­ła, tak nio­sła tego dzie­cia­ka na cmen­tarz i  wrzu­ca­ła do jamy i to codzien­nie było.

Jak mi nie­raz to tak przyj­dzie na myśl to mówię, Boże, jakie to było nie­szczę­ście dla tych dzie­ci, z gło­du umierały.

Ja to tak mówię bar­dzo w skró­cie… Na przy­kład, miesz­ka­jąc w domu żydow­skim, jesz­cze w Pol­sce, do nas się przy­kle­ił taki Żydek, też może miał  18 — 19 lat, faj­ny chło­pak; no Boże Kocha­ny — mówi­my — chodź z nami.

I sytu­acja była, że Pola­cy cho­dzi­li do Niem­ców i pyta­li dla­cze­go wy daje­cie im broń, żeby oni nas mor­do­wa­li, a oni nawet nie uży­wa­ją tej bro­ni, tyl­ko uży­wa­ją noży. Oni zno­wuż mówi­li Pola­kom, że oni nie mają nic do tego, nie wie­my co się dzie­je pomię­dzy wami, ale jed­na wieś tam była, nazy­wa­ła się Sta­chów­ka, zor­ga­ni­zo­wa­li tam tro­chę tej bro­ni i oni się od nich odbi­li pew­ne­go razu, jak ich tam okrą­ży­li. Odbi­li się od nich, ale zła­pa­li 5 tych ban­dy­tów i 2 jakoś tam…

W każ­dym razie 2 nie żyło, a 3 przy­wieź­li do Niem­ców, czy fak­tycz­nie Niem­cy ich osą­dzą. I przy­szła pogło­ska zaraz, że Niem­cy będą ich wie­szać, że chcą poka­zać Pola­kom, że to nie jest ich spra­wa, że się nami nie inte­re­su­ją nie są ani za Ukra­iń­ca­mi ani za Polakami.

Brat i ja mówi­my, chodź­my zoba­czyć, czy fak­tycz­nie oni ich powie­szą, za naszą mamę, jak mamie gło­wę ścię­li, jak oni mamę strasz­nie pobi­li; chodź­my, poszli­śmy i sta­li­śmy i wca­le nas to nie drę­czy­ło, tyl­ko zoba­czyć chcie­li­śmy co się dzie­je. No i natu­ral­nie powie­si­li ich. W każ­dym razie to było mię­dzy kościo­łem i cer­kwią. Tam ich wie­sza­li. Na to dwóch się odwró­ci­ło do cer­kwi, prze­że­gna­li się, a trze­ci nie; trze­ci trzy­mał sznu­rek, żeby się nie udu­sić, ale w tym momen­cie już były noże w górę, już oni od razu wie­dzie­li, kto jest Polak, a kto jest Ukra­iniec i nas zaatakowali.

Wten­czas myśmy zdą­ży­li uciec do tego domu żydow­skie­go, co miesz­ka­li­śmy, a ten nasz Żydek nie zdą­żył i była taka dziu­ra w sufi­cie i dra­bi­na, star­szy brat był tam na górze i krzy­czy, szyb­ko ucie­kaj­cie po tej dra­bi­nie, i Edek, i ja zdą­ży­li­śmy wejść na górę on tę dra­bi­nę wcią­gnął i zamknął dziu­rę i tam sie­dzie­li­śmy przez trzy dni, bali­śmy się wyjść, a ten Żydek — zła­pa­li go, to go na drob­ne kawał­ki pocięli.

Leża­ły te kawał­ki, jesz­cze, jak my zeszli­śmy, to te kawał­ki wszę­dzie leża­ły; jego ręce tu, noga tam, głowa…

No róż­ne rze­czy takie przeżywaliśmy…

Ja 50 lat póź­niej poje­cha­łam tam! Napi­sa­łam list do dziew­czy­ny, z któ­rą cho­dzi­łam do szko­ły — to jesz­cze było pod­czas gdy byli tam Ruscy — czy ona mi przy­śle zapro­sze­nie i czy mnie przyj­mie do swe­go miesz­ka­nia na te parę dni albo nocy, czy ja mogę przy­je­chać. Ona mi odpi­sa­ła, że tak. To ja poszłam, dosta­łam wizę i poje­cha­łam tam.

Nic się spe­cjal­nie nie zmie­ni­ło; nasza wieś nie ist­nie­je. Wszyst­ko jest zasa­dzo­ne lasem.

Są tam tyl­ko te czte­ry dziew­czy­ny, któ­re cho­dzi­ły ze mną do szko­ły i kole­gu­ją się niby ze mną, ale nie pusz­czą mnie samą na dro­gę, ani nic tyl­ko zawsze ktoś ze mną musiał z nich być.

I mówię, że chcę pójść zoba­czyć co tam się dzie­je, a ona mówi, ta kobie­ta — ona była tam jakąś star­szą w koł­cho­zie — była sza­no­wa­na. Poszli­śmy przez las, doszli­śmy na naszą wieś i nic nie ma. Ona do mnie mówi, idź zobacz czy poznasz swój dom, gdzie był.

Ja pozna­łam, bo tam jesz­cze takie powa­ły były moż­na było zoba­czyć — teraz pomyśl sobie, gdzie twoi rodzi­ce mie­li taką dużą jamę na zimę zako­py­wa­li kar­to­fle, żeby póź­niej było dla bydło jedze­nie dla świń — do tej jamy była pością­ga­na two­ja rodzi­na. Twój ten paro­bek, któ­ry pra­co­wał u was, prze­bił two­ją mamę 7 razy nożem, ale two­ja mama była taka żywot­nasz­cza, żywot­na taka była, że jesz­cze żyła, więc on miał taką sie­kier­kę i odciął jej gło­wę i posa­dził na taką pał­kę i na swo­jej wsi cho­dził i poka­zy­wał, „O to jest Karo­lin­ki gło­wa” — ona się nazy­wa­ła Karo­li­na — to jest jej gło­wa, patrz­cie, jak ona teraz na was patrzy.

Ja mówię, ale prze­cież on musiał się pokrwa­wić, a ona mówi, to nie­waż­ne, ale to była pol­ska krew, to nie było waż­ne; two­je sio­stry — było pością­ga­ne wszyst­ko ubra­nie z nich, no, a ja mówię, słu­chaj­cie, ale jak one były posie­ka­ne nożem, prze­cież to było skrwa­wio­ne wszyst­ko… To nie­waż­ne, ale myśmy się cie­szy­li, że ich już nie ma. Że oni już nie żyją.

I póź­niej to do mnie zno­wuż mie­li pre­ten­sje, że „twój ojciec zapro­sił par­ty­zant­kę i jechał na pierw­szym koniu i kazał żeby naszą wieść spa­lić”. Ja mówię, słu­chaj­cie, mój ojciec nie mógł być na tym bia­łym koniu, co wy mówi­cie, bo on był w szpi­ta­lu, on był bar­dzo dłu­go w szpi­ta­lu. O to ty byś tutaj nami rzą­dzi­ła, co ty taka mądra przy­je­cha­łaś tu z Kana­dy i nam to mówić chcesz co ty wiesz, a my wie­my jak było.

Fakt był, że ich wieś była spa­lo­na, no to ja w koń­cu mówię, no może był, już nie chcę się sprze­czać, więc ja pytam, a ile was zabi­li? A ona mówi niko­cho nie ubi­li, a ja mówię, a nas ile zabi­li­ście — 179. Nas zosta­ło tyl­ko 16 osób z naszej wsi. A wy wszy­scy żyjecie.

Myśmy tak sie­dzie­li, ja z nią sie­dzia­ły­śmy i roz­ma­wia­ły­śmy, i ja mówię, Mary­na, wiesz co, myśmy byli dzieć­mi, co to było, my nie wie­my, nasi ojco­wie to musie­li­by wie­dzieć, a ja nie widzia­łam, że jej mąż z tyłu wszedł i tak mówię, Mary­na, my musi­my sobie prze­ba­czyć i żyć, a on jak wyle­ciał i mnie tak zła­pał, ona go ode­pchnę­ła i mówi ucie­kaj­my, bo cię zabi­je. 50 lat póź­niej! Ucie­kaj stąd! Zła­pa­ła mnie za rękę, pręd­ko idź tam gdzie ty miesz­kasz. Nie mogłam uwie­rzyć, że to do tego stopnia.

Bar­dzo chcia­łam, bar­dzo chcie­li­śmy z brać­mi posta­wić pomnik, powie­dzie­li nam; ona powie­dzia­ła, posta­wisz dzi­siaj, jutro go nie będzie, a jesz­cze mate­riał wezmą.

Ona mówi jest tak, jak jest, ja wiem, gdzie oni są pocho­wa­ni i tak dalej, ale nie ruszaj tego, nie ruszaj tego broń Boże, bo jak się oni dowie­dzą, to kości wyrzucą.

To tak nas przy­ję­li na Ukra­inie, a żyli­śmy lata i lata, bar­dzo spo­koj­nie żyliśmy.

Oni tak może byli tro­chę bied­niej­si, bo nie wie­rzy­li w szko­ły; jak dziec­ko mia­ło iść do szko­ły, to lepiej niech idzie do pracy,




Ks. Brzo­zow­ski: — Ale dzie­ci pol­skie z  ukra­iń­ski­mi uczęsz­cza­ły do tej samej szko­ły co wy, tak?

- Tak, razem, te dziew­czy­ny, do któ­rych ja poje­cha­łam, to myśmy razem do szko­ły chodziły.

- A nauczy­cie­le byli też ukraińscy?

- A nauczy­cie­le to, pocze­kaj, nauczy­cie­le… Kata­rzy­na Wie­chów­na była, bar­dzo szcze­ra Polka, a nie wie­dzie­li­śmy, że ona to wszyst­ko orga­ni­zu­je. Ona u nas była 7 lat na szko­le uczy­ła nas bar­dzo czy­sto po pol­sku i ład­nie. Pięk­ny ogród mia­ła przy tej szko­le i tak dalej i ona wła­śnie póź­niej się tam dowia­dy­wa­łam, póź­niej par­ty­zant­ka doszła pol­ska, to ona była wła­śnie tym całym mózgiem.

Podob­nież gdy ona się roz­cho­ro­wa­ła i szła gdzieś tam do leka­rza,  to ją zła­pa­li, natu­ral­nie zamor­do­wa­li ją, bo wie­dzie­li kim ona jest.

Ks. Brzo­zow­ski: Ta uciecz­ka z waszych stron rodzin­nych, w jakim mie­sią­cu nastąpiła?

- W kwiet­niu, 7 kwietnia,

- Czy­li wcze­śniej niż moi rodzi­ce, bo moi rodzi­ce ucie­kli w lip­cu, pamię­ta­cie ta nie­dzie­la w lip­cu 43. roku. Też te wsie były tro­chę odda­lo­ne od was ale to też było w pobliżu.

Z kolei ci miesz­kań­cy tych oko­lic zgro­ma­dzi­li się w Hucie Ste­pań­skiej i tam w szko­le byli zgro­ma­dze­ni. Szko­ła była przy koście­le i tam ich tro­chę chro­ni­ła ta pol­ska par­ty­zant­ka, ale ani uciec ani nic.

Oni z domów ucie­kli rodzin­nych, tyl­ko widzie­li, jak pło­ną te wszyst­kie gospo­dar­stwa, ale życie uratowali.

- A jak ludzie miesz­ka­li poza wsia­mi, jak to nazwa­li, takie chu­to­ry, to jak wie­czo­rem wysze­dłeś to wszę­dzie się pali­ło, to wszę­dzie widać było blask.

- Ale wciąż ci ludzie wie­rzy­li, że ich to nie spo­tka, cho­ciaż naoko­ło się pali­ło. Na przy­kład, mój dzia­dek raz uciekł; ucie­kli całą rodzi­ną i prze­szła ta nawał­ni­ca, oni wró­ci­li i dru­gi raz był sygnał, ucie­kaj­my, to dzia­dek powie­dział,  słu­chaj­cie, po co ucie­kać, jak zaraz wró­ci­my. I został. Jak został tak już zabi­li go tam gdzieś na polach, bo uwie­rzył, że to się nie zdarzy.

Więc puen­ta jest taka, że ci ludzie, Pola­cy miesz­ka­ją­cy na tam­tym tere­nie nie mogli sobie uprzy­tom­nić, uświa­do­mić sobie, że jed­nak jest zagro­że­nie, nie wie­rzy­li w to, bo takie dobre rela­cje były sąsiedz­kie, bra­ter­skie przez lata całe.

Przy­naj­mniej na tych wsiach, bo poli­ty­ka była róż­na, oni nie zna­li tak cał­kiem tej poli­ty­ki, bo na przy­kład woje­wo­da wołyń­ski do lat trzy­dzie­stych był bar­dzo sprzy­ja­ją­cy Ukra­iń­com, dopie­ro przed woj­ną zmie­ni­li to był tro­szecz­kę bar­dziej nasta­wio­ny nega­tyw­nie, ale tam­ten woje­wo­da, któ­ry po 1918 r. przy­szedł nie wiem dokład­nie kie­dy został woje­wo­dą, był bar­dzo przy­chyl­ny i Ukra­iń­cy otrzy­my­wa­li wyso­kie sta­no­wi­ska w urzędach .

Takie pano­wa­ło prze­ko­na­nie, że to jest nie­moż­li­we, żeby sąsiad z któ­rym codzien­nie roz­ma­wia­li, wymie­nia­li się, cie­szy­li się…

- Czy cio­cia oglą­da­ła ten film tego pol­skie­go reży­se­ra Sma­żaw­skie­go „Wołyń”?

- No oglą­da­ła cio­cia, bo zapro­wa­dzi­li do Mis­sis­sau­gi, oce­nia­łaś, że tam cały czas jakieś wese­la były.

Geno­we­fa Brze­zow­ska-Pie­trzyk: To nic nie war­te ten film, to abso­lut­nie nic nie warte.

Ks. Brzo­zow­ski: To zda­rza­ło się, że się mie­sza­li, ale raczej przez wie­ki Pola­cy trzy­ma­li swo­ją kul­tu­rę i zwyczaje.

- No tak to tro­chę też było zazdro­ści, bo Pola­cy, jak­by nie było to do szko­ły, jak mój ojciec, on był na tej I woj­nie światowej…

- No wła­śnie, niech cio­cia opo­wie jak wyście się na tym Woły­niu znaleźli?

To pra­dziad­ko­wie tam byli, to są wie­ki dale­ka histo­ria, pra, pra, pra dziadki.

- To była taka wię­cej rodzin­na spra­wa, bo było dwóch bra­ci i jak mój ojciec był 7 lat na woj­nie, jak on nie wra­cał, to ten brat star­szy wszyst­ko zagar­nął zabrał sobie, pew­ny że ojciec nie wróci.

Ale tam na Woły­niu to było bar­dzo dużo tych, nie wiem, tych dzie­dzi­ców, co mie­li mająt­ki strasz­nie duże, zie­mie, lasy, tar­ta­ki róż­ne. I jak ojciec wró­cił to tyl­ko dostał tam parę kawał­ków zie­mi, ale on był wykształ­co­ny po rusku, a nasz dzie­dzic, któ­ry był przy nas bli­sko, był Rosja­nin, Szysz­kin się nazy­wał i on ojca zatrud­nił, jako sprze­daw­cę,  drew­no na pociąg łado­wa­li i on to odwo­ził pocią­giem do Łodzi. Tak że on miał bar­dzo dobrą pra­cę i dobrze płat­ną; chciał bra­tu poka­zać, że on zro­bi to samo, co on miał i mój ojciec wybu­do­wał dom sze­ścio­po­ko­jo­wy; na wsi ty sobie wyobra­żasz, sze­ścio­po­ko­jo­wy dom! Jesz­cze nie był nawet skoń­czo­ny, kupił zie­mię 40 ha, mie­li­śmy bydła może z 15 sztuk, owce, mie­li­śmy gęsi, wszyst­ko mie­li­śmy; dzie­ci było nas peł­no wszyst­ko mie­li­śmy. Mama tym rzą­dzi­ła, tym gospo­dar­stwem; te dwie sio­stry jeź­dzi­ły pocią­giem, bo na wsi nie było gim­na­zjum. Więc tak żyli­śmy. A to też było tro­chę zazdro­ści. Mamy przy­ja­ciół­ki Ukra­in­ki, jak ona tam przy­szła kro­wy doić to z gar­nusz­ka­mi do mamy przy­cho­dzi­ły po 3 — 4 kobie­ty z dziec­kiem na ręku. Mama zawsze do nas mówi­ła, ucie­kaj­cie, bo już duże jeste­ście, a tu dzie­ci mle­ka nie mają tak żyli­śmy bar­dzo bli­sko. Albo tam  przy­szła pła­cze, że nie ma dzie­ciom co dać, no to mama też dawa­ła,  chle­ba, mle­ka, mąkę…

Ks. Brzo­zow­ski: Słu­chaj­cie, co się dzi­wić, jak tam­ta spo­łecz­ność pol­ska wywo­dzą­ca się pra­wie cała z czyn­szo­wej szlach­ty, z zubo­ża­łej szlach­ty zde­kla­so­wa­nej, inne mia­ła zwy­cza­je, ina­czej im się ukła­da­ło, mie­li inne wykształ­ce­nie, ich pra­dziad­ko­wie byli po dobrej edu­ka­cji, umie­li zarządzać.

Też są przy­kła­dy może takie bar­dziej świe­tla­ne, jak na przy­kład nazwi­sko Sta­ni­sław Brzo­zow­ski, z inne­go her­bu (niż księ­dza), któ­ry był tak zamoż­ny, że potra­fił całą rodzi­nę na przy­kład Feliń­skie­go wykształ­cić, utrzy­mać i wśród nich wła­śnie był — co kie­dyś wspo­mi­na­łem — Zyg­munt Szczę­sny Feliń­ski, Pry­mas Pol­ski-  dzię­ki takim wła­śnie zie­mia­nom, któ­rzy umie­li zarzą­dzać mająt­ka­mi, byli patriotami.

Nato­miast ta spo­łecz­ność ukra­iń­ska była na ubo­czu, jak ja byłem na Ukra­inie, dodam, też sły­sza­łem gło­sy — bo wie­dzie­li, że to Pola­cy, „żeby tu wró­ci­li Pola­cy”, „jak było dobrze za Pol­ski. Nie wiem, czy to szcze­rze mówi­li, ale nie­któ­rzy to mówi­li, bo nas wozi­li taki­mi woza­mi przez te wsie wszyst­kie nasze; każ­dy chciał poje­chać do swo­jej wsi i po dro­dze ludzie sta­li przy bra­mach, przy cha­łu­pach, widzie­li, że to Pola­cy, odróż­nia­li­śmy się i takie kom­ple­men­ty pły­nę­ły pod naszym adresem.

Ale też była sytu­acja podob­na, jak cio­cia mia­ła, wje­cha­li­śmy na podwór­ko, a tam pija­ni Ukra­iń­cy… I „dawaj zło­to!” do nas krzy­czą. Ktoś zaczął dys­ku­to­wać, czy to moja sio­stra, czy ktoś, już docho­dzi­ło, że zaraz będę rezać i szyb­ko batem w konie — Ukra­in­ka nas wozi­ła, kobie­ta pew­nie żona któ­re­goś z nich i ucie­kli­śmy, ale mi się wszyst­ko przed­sta­wi­ło przed ocza­mi, co sły­sza­łem, że teraz będzie z nami to samo, więc jest tam zako­rze­nio­na ta… Ale to wyni­ka z tego kompleksu.

To samo teraz, po co tylu Ukra­iń­ców przy­jeż­dża do Pol­ski, jak my tacy jeste­śmy niedobrzy?

Czy cio­cia widzi jakąś szan­sę w przy­szło­ści że doj­dzie do jakie­goś pojednania?

Geno­we­fa Brze­zow­ska-Pie­trzyk: Ja mam wiel­ki żal do Pol­ski teraz, wiel­ki żal. I jesz­cze to, co dzi­siaj widzia­łam na pol­skim pro­gra­mie, o Pol­sce, bar­dzo ład­ny pro­gram, wspo­mi­na­li wszyst­kich i tych żoł­nie­rzy i tam­tych żoł­nie­rzy, a nigdy nie wspo­mną,  nie wspo­mi­na­ją o Woły­niu nigdy.

Ja gdy­bym była młod­sza, to bym poje­cha­ła do War­sza­wy, poje­cha­ła­bym do tego pre­zy­den­ta Dudy i powie­dzia­ła mu tak: Pan już tego nie doży­je, ale pana wnu­ki, pana pra­wnu­ki będą mie­li tak ścię­te gło­wy, jak myśmy mieli.

Chcę wam jesz­cze jed­ną rzecz powie­dzieć; miesz­ka­jąc w Kana­dzie a miesz­kam już pra­wie 70 lat, miesz­ka­ła na Mis­sis­sau­dze, zapo­zna­łam się z Ukra­iń­ca­mi, któ­rzy tu uro­dze­ni są, cór­ka już trze­cie poko­le­nie, mąż tej cór­ki dru­gie poko­le­nie — miesz­ka­li koło mnie, mie­li małą dziew­czyn­kę  Katru­się i oni mnie pro­si­li, czy ja bym ją tam do auto­bu­su nie zapro­wa­dzi­ła,  albo ze szko­ły. Ona była mała, 5 lat, więc wystę­po­wa­ła tam w szko­le tań­czy­ła czy coś. I ta bab­cia też z Pol­ski taka Ukra­in­ka i ja szli­śmy, i jej syn, któ­ry tu był uro­dzo­ny, tej dziew­czyn­ki ojciec; idzie­my na te występy.

Tak spe­cjal­nie tam nie chcia­łam iść, ale ona mówi, choć Katru­sia cie­bie tak lubi… No i szli­śmy; ona i ja z tyłu, a jej syn szedł przed nami. Roz­ma­wia­ły­śmy po pol­sku, docho­dzi­li­śmy do ukra­iń­skiej sali, i on się obró­cił do nas z taką zło­ścią mówi: „wy idzie­cie na ukra­iń­ską salę, a po pol­sku mówi­cie? Chce­cie żeby wam gło­wy porozbijali?!”.

Tu, w Kana­dzie, ja to wła­śnie powin­nam była zawró­cić i wyjść, ale już nie chcia­łam tego robić, ale od tej chwi­li, od tego cza­su tych ludzi już nie widziałam.

Ona jak zaczę­ła być więk­sza to już zaczę­ła mi histo­rię Ukra­iny opo­wia­dać; czy ty wiesz o tym, bo mnie w szko­le tak uczą…

Tutaj uro­dze­ni, co oni mogą wie­dzieć o Ukra­inie i o tam­tych wydarzeniach.

Ks. Brzo­zow­ski: Czy my mamy jakiś sys­tem syn­drom sztok­holm­ski, że im wię­cej tych doświad­czeń przy­krych, tym wię­cej dobra, czy to nie jest jakiś przy­kład może chrze­ści­jań­ski, kato­lic­ki, żeby jed­nak nie za ząb, za ząb?

Geno­we­fa Brze­zow­ska-Pie­trzyk: — Jak przy­je­cha­łam do Kana­dy to może wię­cej byłam nasta­wio­na wro­go na Niem­ców, bo mia­łam 13 lat, jak przy­je­cha­łam do Nie­miec, i to było świe­że, to jak nas tam traktowali.