W parafii Matki Boskiej przy ulicy Davenport w Toronto z inicjatywy ks. Filipa Krauze zorganizowano przy współudziale Klubów Gazety Polskiej GTA Zaduszki wołyńskie. Ludobójstwo ludności polskiej Wołynia wspominała 92-letnia Genowefa Brzezowska-Pietrzyk, mieszkanka wsi Brzezina na Wołyniu, która w zagładzie straciła matkę i kilkoro rodzeństwa.

Genowefa Brzezowska-Pietrzyk: Brzezina to to była Polska wioska która nie była duża, może 40 domów, ale czysto Polska, a zaraz niedaleko nas była wieś czysto Ukraińska. Byliśmy bardzo dobrze ze sobą jako przyjaciele i sąsiedzi, aż do czasu wybuchu wojny. Ja tam się urodziłam, wychowywałam się do lat 13. aż przyszło do nas takie nieszczęście, że zostaliśmy wymordowani.

Nie wszyscy; z mojej rodziny zostało nas troje, ale w naszym domu było zamordowanych 7 osób.

Dlaczego tak się stało? My nie wiemy, bo właściwie to robili nasi sąsiedzi ukraińscy, z którymi żeśmy bardzo dobrze żyli.

Wojna wybuchła wtenczas Niemcy przyrzekli Ukraińcom, że jeżeli oni pójdą do wojska pomóc im walczyć, to oni dostaną czystą Ukrainę. Więc co zrobić z Polakami? To Niemcy im powiedzieli że to jest wasza sprawa. Jak chcecie mieć czystą Ukrainę to jest wasza sprawa, to róbcie co chcecie. No to oni robili to, co chcieli. Oni dostawali broń od Niemców, oni tam dostawali co było im potrzebne, a nam nic, bo myśmy byli wrogami.

Nie spodziewaliśmy się tego. Może inaczej, wiedzieliśmy że to będzie, ale nie chcieliśmy w to wierzyć.

I  pewnego razu jeden z naszych sąsiadów spotkał się z pewnym Ukraińcem, sąsiadem z następnej wsi i on powiedział do tego ukraińskiego sąsiada, że chce konia sprzedać i potrzebuje zboże, bo ma 9 dzieci, a nie mają chleba. Oni się umówili i ten Ukrainiec mówi tak, to przyjedź swoim koniem zawieź zboże, a wtedy dopiero zabiorę konia.

On pojechał z tym koniem po to zboże na wieś ukraińską i oni go tam na tym wozie strasznie porżnęli, uderzyli nożem 90 razy w jego ciało i puścili tego konia i ten wóz do naszej wsi; ten wóz z koniem przyjechał stanął na środku wsi i cała wieś zleciała się, zobaczyć tego człowieka, a w tej chwili oni nas okrążyli i byliby nas wszystkich wymordowali.

Ale sytuacja taka wypadła, że u nas była partyzantka ale była partyzantka ruska, nie polska; w tym momencie partyzanci rosyjscy wjechali na naszą wieś zobaczyli, że my jesteśmy już okrążeni zaczęli strzelać i ci bandyci wszyscy pouciekali.

Co mamy robić? – pytaliśmy się tych partyzantów, oni nam powiedzieli, że oni są wojsko i nie będą nas pilnować. Jeśli chcecie, to jedźcie z nami do lasu i mieszkajcie z nami i myśmy wszyscy pojechali byliśmy tam kilka dni; zobaczyliśmy, że jest spokojnie, jest wiosna, jest ciepło, postanowiliśmy wracać do domu. To trwało tylko 2 tygodnie i oni z powrotem to samo zrobili, okrążyli nas i pierwsze poszły w ruch noże, drugie były karabiny, a  trzecie były karabiny maszynowe, mieli tę broń od Niemców.

Jak mama zobaczyła, że oni idą do nas,  powiedziała, uspokójcie się, oni są dla nas tacy uprzejmi i dobrze z nimi żyjemy, oni nas nie ruszą, nawet jak mój brat, który był blisko mamy trzymał mamę za rękę, a mama mówi Edziu, nie uciekaj, nie uciekaj bądź tu ze mną, oni nas nie ruszą, ale jak Edzio zobaczył że oni już dwie siostry i już wzięli i ręce im tam łamią, to on szarpnął rękę i wyskoczył przez okno, a mama została, bo już nie miała wyjścia, tak że oni mamę też zabili, dwie siostry, brata, ciotkę,  i pastuszka, który krowy pasał, taki pomocnik do pracy; 7 osób zamordowali.

Nas troje zostało – 2 braci i ja – myśmy wylecieli przez okno, bo już się paliło wszystko; oni tak jak mordowali to od razu wszystko palili, to bydło tak strasznie ryczało, taki był ryk, jak pomyślę dziś o tym… Wszystko było spalone doszczętnie myśmy uciekali, Edek wpadł w źródło, co nie miało dna i on co złapał za trawę, to się urwała i on sobie uroił że Pan Jezus przyszedł i podał mu rękę i on do śmierci w to wierzył, że Pan Jezus podał mu rękę;

Ojciec miał  kolegę Ukraińca, jak on przyszedł do ojca to ojciec mówi, Paweł, to ja, to Ludwik, twój kolega, on  widłami tak go przebił i poleciał .Ojciec pozostał przy życiu i był bardzo długo w szpitalu; później bardzo długo się z nim nie widzieliśmy nie wiedzieliśmy gdzie on jest.

Chcieliśmy dojść do jakiegoś miasteczka, doszliśmy do miasteczka tam były żydowskie domy puste i tam żeśmy zamieszkali przez pewien czas. Tam potem spotkaliśmy ojca. Ojciec poszedł na gospodarkę, żeby kawałek chleba zarobić, tak chodził kilka dni dla nas, ale Niemcy go złapali; gdzie są twoje papiery co ty tu robisz?- on mówi nic nie mam tam troje dzieci głodne poszedłem do pracy żeby je ratować.

No to go aresztowali wsadzili go do wagonu do Niemiec, on im mówi tam mam troje dzieci no i przyszli nas aresztowali i nas wszystkich wywieźli do Niemiec.

Tak że nie było żadnego pogrzebu bo nas tam nikt nie wpuścił wszystko tak zostało, jak zostało później już mi powiedziano, jak pojechałam 50 lat później to powiedziano mi, że ktoś pościągał te wszystkie zwłoki do takiej jamy i tam to zasypali i tam do dzisiejszego dnia to wszystko jest.

Zawieźli nas do Niemiec, do lasu do takich baraków, gdzie nic nie było, tylko zimna woda i tam byliśmy rok czasu; tam właśnie wujka Janka dziecko zmarło z głodu, tam bardzo dużo ludzi poumierało był tyfus… No i tak żeśmy tam żyli jeden kawałeczek chleba i garnuszek wody trzy razy dziennie i tak było przez rok.

Po roku zabrali nas do pracy; pracowaliśmy do czasu aż wojna się skończyła.




ks. Kazimierz Brzozowski: Gdzie to mniej więcej było w Niemczech?

– Niedaleko Nürnbergu ja już wtedy miałam 14 lat, a byli tam też jeńcy wojenni, pracowaliśmy razem z nimi. Każdy miał kawałek pola do obrobienia obojętnie czy to były kartofle czy chmiel, ja nie mogłam nadążyć bo to byli już ludzie, mężczyźni dorośli. Jak przyszedł gospodarz, a ja byłam z tyłu, to mnie bił laską po plecach, krzyczał. I tak to było aż do końca wojny. Potem byliśmy w tak zwanym DP camp (Displaced Persons), byliśmy akurat w amerykańskiej strefie nikt nas nie chciał brać na emigrację.

Ks. Filip Krauze: Jaka to była grupa, ile osób?

– W tym obozie  4000 ludzi tam było. Jak tak nieraz przyjdzie mi to na myśl, tak sobie pomyślę…

Podczas pracy w Niemczech było nas Polaków bardzo dużo, młodych, starszych,  tak było że niektóre dziewczyny miały dziecko podczas tej pracy. To dziecko natychmiast im zabierali i otworzyli takie miejsce dla tych dzieci. Tych dzieci uzbierało się 52 i było do nich tylko dwie pielęgniarki, takie Rosjanki, i te dzieci codziennie umierały – jedno, dwa. Te wszystkie dzieci wymarły w przeciągu 2 – 3 miesięcy.

Pielęgniarka, która tam była, taka Ruska zawijała, tak niosła tego dzieciaka na cmentarz i  wrzucała do jamy i to codziennie było.

Jak mi nieraz to tak przyjdzie na myśl to mówię, Boże, jakie to było nieszczęście dla tych dzieci, z głodu umierały.

Ja to tak mówię bardzo w skrócie… Na przykład, mieszkając w domu żydowskim, jeszcze w Polsce, do nas się przykleił taki Żydek, też może miał  18 – 19 lat, fajny chłopak; no Boże Kochany – mówimy – chodź z nami.

I sytuacja była, że Polacy chodzili do Niemców i pytali dlaczego wy dajecie im broń, żeby oni nas mordowali, a oni nawet nie używają tej broni, tylko używają noży. Oni znowuż mówili Polakom, że oni nie mają nic do tego, nie wiemy co się dzieje pomiędzy wami, ale jedna wieś tam była, nazywała się Stachówka, zorganizowali tam trochę tej broni i oni się od nich odbili pewnego razu, jak ich tam okrążyli. Odbili się od nich, ale złapali 5 tych bandytów i 2 jakoś tam…

W każdym razie 2 nie żyło, a 3 przywieźli do Niemców, czy faktycznie Niemcy ich osądzą. I przyszła pogłoska zaraz, że Niemcy będą ich wieszać, że chcą pokazać Polakom, że to nie jest ich sprawa, że się nami nie interesują nie są ani za Ukraińcami ani za Polakami.

Brat i ja mówimy, chodźmy zobaczyć, czy faktycznie oni ich powieszą, za naszą mamę, jak mamie głowę ścięli, jak oni mamę strasznie pobili; chodźmy, poszliśmy i staliśmy i wcale nas to nie dręczyło, tylko zobaczyć chcieliśmy co się dzieje. No i naturalnie powiesili ich. W każdym razie to było między kościołem i cerkwią. Tam ich wieszali. Na to dwóch się odwróciło do cerkwi, przeżegnali się, a trzeci nie; trzeci trzymał sznurek, żeby się nie udusić, ale w tym momencie już były noże w górę, już oni od razu wiedzieli, kto jest Polak, a kto jest Ukrainiec i nas zaatakowali.

Wtenczas myśmy zdążyli uciec do tego domu żydowskiego, co mieszkaliśmy, a ten nasz Żydek nie zdążył i była taka dziura w suficie i drabina, starszy brat był tam na górze i krzyczy, szybko uciekajcie po tej drabinie, i Edek, i ja zdążyliśmy wejść na górę on tę drabinę wciągnął i zamknął dziurę i tam siedzieliśmy przez trzy dni, baliśmy się wyjść, a ten Żydek – złapali go, to go na drobne kawałki pocięli.

Leżały te kawałki, jeszcze, jak my zeszliśmy, to te kawałki wszędzie leżały; jego ręce tu, noga tam, głowa…

No różne rzeczy takie przeżywaliśmy…

Ja 50 lat później pojechałam tam! Napisałam list do dziewczyny, z którą chodziłam do szkoły – to jeszcze było podczas gdy byli tam Ruscy – czy ona mi przyśle zaproszenie i czy mnie przyjmie do swego mieszkania na te parę dni albo nocy, czy ja mogę przyjechać. Ona mi odpisała, że tak. To ja poszłam, dostałam wizę i pojechałam tam.

Nic się specjalnie nie zmieniło; nasza wieś nie istnieje. Wszystko jest zasadzone lasem.

Są tam tylko te cztery dziewczyny, które chodziły ze mną do szkoły i kolegują się niby ze mną, ale nie puszczą mnie samą na drogę, ani nic tylko zawsze ktoś ze mną musiał z nich być.

I mówię, że chcę pójść zobaczyć co tam się dzieje, a ona mówi, ta kobieta – ona była tam jakąś starszą w kołchozie – była szanowana. Poszliśmy przez las, doszliśmy na naszą wieś i nic nie ma. Ona do mnie mówi, idź zobacz czy poznasz swój dom, gdzie był.

Ja poznałam, bo tam jeszcze takie powały były można było zobaczyć – teraz pomyśl sobie, gdzie twoi rodzice mieli taką dużą jamę na zimę zakopywali kartofle, żeby później było dla bydło jedzenie dla świń – do tej jamy była pościągana twoja rodzina. Twój ten parobek, który pracował u was, przebił twoją mamę 7 razy nożem, ale twoja mama była taka żywotnaszcza, żywotna taka była, że jeszcze żyła, więc on miał taką siekierkę i odciął jej głowę i posadził na taką pałkę i na swojej wsi chodził i pokazywał, „O to jest Karolinki głowa” – ona się nazywała Karolina – to jest jej głowa, patrzcie, jak ona teraz na was patrzy.

Ja mówię, ale przecież on musiał się pokrwawić, a ona mówi, to nieważne, ale to była polska krew, to nie było ważne; twoje siostry – było pościągane wszystko ubranie z nich, no, a ja mówię, słuchajcie, ale jak one były posiekane nożem, przecież to było skrwawione wszystko… To nieważne, ale myśmy się cieszyli, że ich już nie ma. Że oni już nie żyją.

I później to do mnie znowuż mieli pretensje, że „twój ojciec zaprosił partyzantkę i jechał na pierwszym koniu i kazał żeby naszą wieść spalić”. Ja mówię, słuchajcie, mój ojciec nie mógł być na tym białym koniu, co wy mówicie, bo on był w szpitalu, on był bardzo długo w szpitalu. O to ty byś tutaj nami rządziła, co ty taka mądra przyjechałaś tu z Kanady i nam to mówić chcesz co ty wiesz, a my wiemy jak było.

Fakt był, że ich wieś była spalona, no to ja w końcu mówię, no może był, już nie chcę się sprzeczać, więc ja pytam, a ile was zabili? A ona mówi nikocho nie ubili, a ja mówię, a nas ile zabiliście – 179. Nas zostało tylko 16 osób z naszej wsi. A wy wszyscy żyjecie.

Myśmy tak siedzieli, ja z nią siedziałyśmy i rozmawiałyśmy, i ja mówię, Maryna, wiesz co, myśmy byli dziećmi, co to było, my nie wiemy, nasi ojcowie to musieliby wiedzieć, a ja nie widziałam, że jej mąż z tyłu wszedł i tak mówię, Maryna, my musimy sobie przebaczyć i żyć, a on jak wyleciał i mnie tak złapał, ona go odepchnęła i mówi uciekajmy, bo cię zabije. 50 lat później! Uciekaj stąd! Złapała mnie za rękę, prędko idź tam gdzie ty mieszkasz. Nie mogłam uwierzyć, że to do tego stopnia.

Bardzo chciałam, bardzo chcieliśmy z braćmi postawić pomnik, powiedzieli nam; ona powiedziała, postawisz dzisiaj, jutro go nie będzie, a jeszcze materiał wezmą.

Ona mówi jest tak, jak jest, ja wiem, gdzie oni są pochowani i tak dalej, ale nie ruszaj tego, nie ruszaj tego broń Boże, bo jak się oni dowiedzą, to kości wyrzucą.

To tak nas przyjęli na Ukrainie, a żyliśmy lata i lata, bardzo spokojnie żyliśmy.

Oni tak może byli trochę biedniejsi, bo nie wierzyli w szkoły; jak dziecko miało iść do szkoły, to lepiej niech idzie do pracy,




Ks. Brzozowski: – Ale dzieci polskie z  ukraińskimi uczęszczały do tej samej szkoły co wy, tak?

– Tak, razem, te dziewczyny, do których ja pojechałam, to myśmy razem do szkoły chodziły.

– A nauczyciele byli też ukraińscy?

– A nauczyciele to, poczekaj, nauczyciele… Katarzyna Wiechówna była, bardzo szczera Polka, a nie wiedzieliśmy, że ona to wszystko organizuje. Ona u nas była 7 lat na szkole uczyła nas bardzo czysto po polsku i ładnie. Piękny ogród miała przy tej szkole i tak dalej i ona właśnie później się tam dowiadywałam, później partyzantka doszła polska, to ona była właśnie tym całym mózgiem.

Podobnież gdy ona się rozchorowała i szła gdzieś tam do lekarza,  to ją złapali, naturalnie zamordowali ją, bo wiedzieli kim ona jest.

Ks. Brzozowski: Ta ucieczka z waszych stron rodzinnych, w jakim miesiącu nastąpiła?

– W kwietniu, 7 kwietnia,

– Czyli wcześniej niż moi rodzice, bo moi rodzice uciekli w lipcu, pamiętacie ta niedziela w lipcu 43. roku. Też te wsie były trochę oddalone od was ale to też było w pobliżu.

Z kolei ci mieszkańcy tych okolic zgromadzili się w Hucie Stepańskiej i tam w szkole byli zgromadzeni. Szkoła była przy kościele i tam ich trochę chroniła ta polska partyzantka, ale ani uciec ani nic.

Oni z domów uciekli rodzinnych, tylko widzieli, jak płoną te wszystkie gospodarstwa, ale życie uratowali.

– A jak ludzie mieszkali poza wsiami, jak to nazwali, takie chutory, to jak wieczorem wyszedłeś to wszędzie się paliło, to wszędzie widać było blask.

– Ale wciąż ci ludzie wierzyli, że ich to nie spotka, chociaż naokoło się paliło. Na przykład, mój dziadek raz uciekł; uciekli całą rodziną i przeszła ta nawałnica, oni wrócili i drugi raz był sygnał, uciekajmy, to dziadek powiedział,  słuchajcie, po co uciekać, jak zaraz wrócimy. I został. Jak został tak już zabili go tam gdzieś na polach, bo uwierzył, że to się nie zdarzy.

Więc puenta jest taka, że ci ludzie, Polacy mieszkający na tamtym terenie nie mogli sobie uprzytomnić, uświadomić sobie, że jednak jest zagrożenie, nie wierzyli w to, bo takie dobre relacje były sąsiedzkie, braterskie przez lata całe.

Przynajmniej na tych wsiach, bo polityka była różna, oni nie znali tak całkiem tej polityki, bo na przykład wojewoda wołyński do lat trzydziestych był bardzo sprzyjający Ukraińcom, dopiero przed wojną zmienili to był troszeczkę bardziej nastawiony negatywnie, ale tamten wojewoda, który po 1918 r. przyszedł nie wiem dokładnie kiedy został wojewodą, był bardzo przychylny i Ukraińcy otrzymywali wysokie stanowiska w urzędach .

Takie panowało przekonanie, że to jest niemożliwe, żeby sąsiad z którym codziennie rozmawiali, wymieniali się, cieszyli się…

– Czy ciocia oglądała ten film tego polskiego reżysera Smażawskiego „Wołyń”?

– No oglądała ciocia, bo zaprowadzili do Mississaugi, oceniałaś, że tam cały czas jakieś wesela były.

Genowefa Brzezowska-Pietrzyk: To nic nie warte ten film, to absolutnie nic nie warte.

Ks. Brzozowski: To zdarzało się, że się mieszali, ale raczej przez wieki Polacy trzymali swoją kulturę i zwyczaje.

– No tak to trochę też było zazdrości, bo Polacy, jakby nie było to do szkoły, jak mój ojciec, on był na tej I wojnie światowej…

– No właśnie, niech ciocia opowie jak wyście się na tym Wołyniu znaleźli?

To pradziadkowie tam byli, to są wieki daleka historia, pra, pra, pra dziadki.

– To była taka więcej rodzinna sprawa, bo było dwóch braci i jak mój ojciec był 7 lat na wojnie, jak on nie wracał, to ten brat starszy wszystko zagarnął zabrał sobie, pewny że ojciec nie wróci.

Ale tam na Wołyniu to było bardzo dużo tych, nie wiem, tych dziedziców, co mieli majątki strasznie duże, ziemie, lasy, tartaki różne. I jak ojciec wrócił to tylko dostał tam parę kawałków ziemi, ale on był wykształcony po rusku, a nasz dziedzic, który był przy nas blisko, był Rosjanin, Szyszkin się nazywał i on ojca zatrudnił, jako sprzedawcę,  drewno na pociąg ładowali i on to odwoził pociągiem do Łodzi. Tak że on miał bardzo dobrą pracę i dobrze płatną; chciał bratu pokazać, że on zrobi to samo, co on miał i mój ojciec wybudował dom sześciopokojowy; na wsi ty sobie wyobrażasz, sześciopokojowy dom! Jeszcze nie był nawet skończony, kupił ziemię 40 ha, mieliśmy bydła może z 15 sztuk, owce, mieliśmy gęsi, wszystko mieliśmy; dzieci było nas pełno wszystko mieliśmy. Mama tym rządziła, tym gospodarstwem; te dwie siostry jeździły pociągiem, bo na wsi nie było gimnazjum. Więc tak żyliśmy. A to też było trochę zazdrości. Mamy przyjaciółki Ukrainki, jak ona tam przyszła krowy doić to z garnuszkami do mamy przychodziły po 3 – 4 kobiety z dzieckiem na ręku. Mama zawsze do nas mówiła, uciekajcie, bo już duże jesteście, a tu dzieci mleka nie mają tak żyliśmy bardzo blisko. Albo tam  przyszła płacze, że nie ma dzieciom co dać, no to mama też dawała,  chleba, mleka,  mąkę…

Ks. Brzozowski: Słuchajcie, co się dziwić, jak tamta społeczność polska wywodząca się prawie cała z czynszowej szlachty, z zubożałej szlachty zdeklasowanej, inne miała zwyczaje, inaczej im się układało, mieli inne wykształcenie, ich pradziadkowie byli po dobrej edukacji, umieli zarządzać.

Też są przykłady może takie bardziej świetlane, jak na przykład nazwisko Stanisław Brzozowski, z innego herbu (niż księdza), który był tak zamożny, że potrafił całą rodzinę na przykład Felińskiego wykształcić, utrzymać i wśród nich właśnie był – co kiedyś wspominałem – Zygmunt Szczęsny Feliński, Prymas Polski-  dzięki takim właśnie ziemianom, którzy umieli zarządzać majątkami, byli patriotami.

Natomiast ta społeczność ukraińska była na uboczu, jak ja byłem na Ukrainie, dodam, też słyszałem głosy – bo wiedzieli, że to Polacy, „żeby tu wrócili Polacy”, „jak było dobrze za Polski. Nie wiem, czy to szczerze mówili, ale niektórzy to mówili, bo nas wozili takimi wozami przez te wsie wszystkie nasze; każdy chciał pojechać do swojej wsi i po drodze ludzie stali przy bramach, przy chałupach, widzieli, że to Polacy, odróżnialiśmy się i takie komplementy płynęły pod naszym adresem.

Ale też była sytuacja podobna, jak ciocia miała, wjechaliśmy na podwórko, a tam pijani Ukraińcy… I „dawaj złoto!” do nas krzyczą. Ktoś zaczął dyskutować, czy to moja siostra, czy ktoś, już dochodziło, że zaraz będę rezać i szybko batem w konie – Ukrainka nas woziła, kobieta pewnie żona któregoś z nich i uciekliśmy, ale mi się wszystko przedstawiło przed oczami, co słyszałem, że teraz będzie z nami to samo, więc jest tam zakorzeniona ta… Ale to wynika z tego kompleksu.

To samo teraz, po co tylu Ukraińców przyjeżdża do Polski, jak my tacy jesteśmy niedobrzy?

Czy ciocia widzi jakąś szansę w przyszłości że dojdzie do jakiegoś pojednania?

Genowefa Brzezowska-Pietrzyk: Ja mam wielki żal do Polski teraz, wielki żal. I jeszcze to, co dzisiaj widziałam na polskim programie, o Polsce, bardzo ładny program, wspominali wszystkich i tych żołnierzy i tamtych żołnierzy, a nigdy nie wspomną,  nie wspominają o Wołyniu nigdy.

Ja gdybym była młodsza, to bym pojechała do Warszawy, pojechałabym do tego prezydenta Dudy i powiedziała mu tak: Pan już tego nie dożyje, ale pana wnuki, pana prawnuki będą mieli tak ścięte głowy, jak myśmy mieli.

Chcę wam jeszcze jedną rzecz powiedzieć; mieszkając w Kanadzie a mieszkam już prawie 70 lat, mieszkała na Mississaudze, zapoznałam się z Ukraińcami, którzy tu urodzeni są, córka już trzecie pokolenie, mąż tej córki drugie pokolenie – mieszkali koło mnie, mieli małą dziewczynkę  Katrusię i oni mnie prosili, czy ja bym ją tam do autobusu nie zaprowadziła,  albo ze szkoły. Ona była mała, 5 lat, więc występowała tam w szkole tańczyła czy coś. I ta babcia też z Polski taka Ukrainka i ja szliśmy, i jej syn, który tu był urodzony, tej dziewczynki ojciec; idziemy na te występy.

Tak specjalnie tam nie chciałam iść, ale ona mówi, choć Katrusia ciebie tak lubi… No i szliśmy; ona i ja z tyłu, a jej syn szedł przed nami. Rozmawiałyśmy po polsku, dochodziliśmy do ukraińskiej sali, i on się obrócił do nas z taką złością mówi: „wy idziecie na ukraińską salę, a po polsku mówicie? Chcecie żeby wam głowy porozbijali?!”.

Tu, w Kanadzie, ja to właśnie powinnam była zawrócić i wyjść, ale już nie chciałam tego robić, ale od tej chwili, od tego czasu tych ludzi już nie widziałam.

Ona jak zaczęła być większa to już zaczęła mi historię Ukrainy opowiadać; czy ty wiesz o tym, bo mnie w szkole tak uczą…

Tutaj urodzeni, co oni mogą wiedzieć o Ukrainie i o tamtych wydarzeniach.

Ks. Brzozowski: Czy my mamy jakiś system syndrom sztokholmski, że im więcej tych doświadczeń przykrych, tym więcej dobra, czy to nie jest jakiś przykład może chrześcijański, katolicki, żeby jednak nie za ząb, za ząb?

Genowefa Brzezowska-Pietrzyk: – Jak przyjechałam do Kanady to może więcej byłam nastawiona wrogo na Niemców, bo miałam 13 lat, jak przyjechałam do Niemiec, i to było świeże, to jak nas tam traktowali.