Z Dzikim Mietkiem o koronawirusie w Peru

        Dzi­ki Mie­tek czy­li Mie­czy­sław Sob­czak od 12 lat miesz­ka w peru­wiań­skiej Ama­zo­nii. Poje­chał tam, aby wyle­czyć się z cho­ro­by nowo­two­ro­wej, oże­nił i został. Dzi­siaj jest jed­ną z bar­dziej zna­nych twa­rzy peru­wiań­skiej Polo­nii. W LaMer­ced nad rze­ką Chu­chu­maya pro­wa­dzi zajazd / hotel. Roz­ma­wia­my z nim dzi­siaj wal­ce z koro­na­wi­ru­sem w Peru i bie­żą­cej sytuacji.

Andrzej Kumor: — Panie Miet­ku, cie­szę się, że zno­wu może­my roz­ma­wiać, ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy, gdy pło­nę­ła Ama­zo­nia; dzi­siaj zno­wu mamy kata­stro­fę. Dla­te­go chcia­łem zacząć od tego, jak Pan tam w dżun­gli widzi tego koro­na­wi­ru­sa, czy w La Mer­ced, gdzie Pan miesz­ka, cokol­wiek się robi? Czy są jakieś ogra­ni­cze­nia, masecz­ki, jak to wygląda?

Mie­czy­sław Sob­czak: — Tutaj raz pró­bo­wa­li, nawet w jeden dzień nary­so­wa­li kół­ka na dro­dze, żeby ludzie sta­li metr jeden od dru­gie­go i namiot zro­bi­li, żeby prze­cho­dzić przez namiot przy ryn­ku i kolej­ka się tam ustawiła.

Kobie­ty takie star­sze, jed­na taka z lasecz­ką pode­szła do tego poli­cjan­ta, on jej poka­zu­je, żeby prze­szła przed namiot, a ona mówi, co?! I jak jego tą siat­ką nie rąb­nie w gło­wę, zaraz inne kobie­ty dopa­dły, ten poli­cjant spie­przał, jak tyl­ko mógł. Nawet 10 minut nie minę­ło namiot zwi­nę­li, i  dzi­siaj byłem, to nawet jed­ne­go poli­cjan­ta w całym mie­ście nie widzia­łem. Jed­ne­go woj­sko­we­go widzia­łem na tar­gu, bo dzi­siaj był targ i to wszystko.

Targ u nas jest dosyć duży,  tyl­ko mniej ciu­chów, ale jeże­li cho­dzi o warzy­wa i owo­ce to jest dużo wię­cej, niż normalnie.

        — Cze­mu jest wię­cej niż normalnie?

- No po pro­stu wię­cej ludzie przy­jeż­dża­ją kupo­wać to raz, po dru­gie wozi się dużo do Limy, bo nawet jeże­li cho­dzi o owo­ce to u nas zaczy­na bra­ko­wać owo­ców. Jest mniej wino­gron, mniej jabłek na bo te rze­czy przy­jeż­dża­ją z Oxa­pam­pa przy­jeż­dża­ją, z innych tere­nów, ale naszych owo­ców jest dużo wię­cej niż nor­mal­nie. To raz. Dru­ga rzecz, to tutaj u nas był jeden raz przy­pa­dek, że ktoś zacho­ro­wał wylą­do­wał w szpi­ta­lu, ale po teście oka­za­ło się że to zwy­kła grypa.

Od nas jakieś 70 km też zna­leź­li trzy takie przy­pad­ki, że niby to miał być koro­na­wi­rus, ale oka­za­ło się, że też zwy­kła gry­pa. Tak że w naszym regio­nie nie ma w ogó­le żad­nych zaka­żeń, dla­te­go prze­sta­li się wygłu­piać  i zabra­li poli­cję i woj­sko z nasze­go tere­nu do Limy, bo tam się jed­nak boją rozruchów.

Coraz wię­cej ludzi się wyła­mu­je. Zaczy­na­ją prze­bi­jać się przez te blo­ka­dy poli­cji i woj­ska i wędro­wać w góry, po pro­stu zabra­kło pra­cy. Tutaj nie ma socja­lu, czy­li ci bied­ni, któ­rzy nie mają pra­cy, nie mają miesz­kań, no to co mają robić? Nie będą sie­dzieć na ulicy.

Co praw­da, na uli­cach pobu­do­wa­li takie tym­cza­so­we namio­ty dla tych, co zosta­li wyrzu­ce­ni z domów, bo nie pła­cą czyn­szu, ale prze­cież na razie to jesz­cze jest w mia­rę dobrze; gdy przyj­dzie czer­wiec, lipiec, kie­dy tam jest zima, no to tem­pe­ra­tu­ry są 5, 6° w nocy to jest tro­chę za zim­no, żeby sie­dzieć na uli­cy. Więc ludzie sta­ra­ją się wydo­stać z Limy do swo­ich miej­sco­wo­ści, głów­nie w górach, bo wcze­śniej wszyst­ko pcha­ło się do Limy, bo tam łatwiej o robo­tę, cho­ciaż i tak mimo wszyst­ko Lima ma pra­wie czter­dzie­sto­pro­cen­to­we bez­ro­bo­cie, więc te slum­sy były tam zapeł­nio­ne, a w tej chwi­li, jak się sza­cu­je, wie­le tysię­cy ludzi ucie­kło z Limy,

Co praw­da, tam niby rząd obie­cał, że pod­sta­wi auto­bu­sy, ale rząd nie ma na to wpły­wu bo kom­pa­nie auto­bu­so­we są pry­wat­ne, a rząd nie ma pie­nię­dzy. Oni mówią zapła­ci­cie to powie­zie­my ludzi, rząd nie ma skąd zapła­cić, tutaj nie ma tak, że rząd ma duże pie­nią­dze, bo podat­ki są napraw­dę symboliczne.

        — Lima jest zamknię­ta? Ludzie mają sie­dzieć w domach?

- Tak, wezwa­li do woj­ska pra­wie milion rezer­wi­stów, ponad 200 000 poli­cji ścią­gnę­li z całe­go kra­ju, żeby pil­no­wa­li, ale i tak nie mogą upil­no­wać, zaczy­na­ją się zady­my, rozruchy.

        — Zakła­dy są zamknięte?

- Tak wszyst­kie dro­gi i wszyst­kie wyjaz­dy są poza­my­ka­ne, trze­ba mieć spe­cjal­ną prze­pust­kę, żeby wyjechać.

        — To jedy­nie w Limie tak jest, czy też w innych miejscowościach?

- Jesz­cze tro­szecz­kę mniej w Are­qu­ipie, w  tych dużych mia­stach, ale na pro­win­cji to w ogó­le prze­sta­li cokol­wiek robić, bo raz, że woj­sko i poli­cję zabra­li, a po dru­gie nie­ste­ty, ludzi na pro­win­cji nie da się spacyfikować.

No, na przy­kład, tutaj moje dzie­cia­ki, jak bym im powie­dział, że mają sie­dzieć w domu to chy­ba, by osza­le­li, prze­cież ja ich nie upil­nu­ję; mam sześć wyjść z domu i one tam sobie idą na pla­żę, czy ogni­ska robić, czy cokol­wiek inne­go i pra­wie cały dzień są na dwo­rzu, tyl­ko wie­czo­rem przy­cho­dzą, żeby lek­cje odra­biać, a w dzień ich nie upil­nu­jesz.  To są takie dzie­ci, jak my byli­śmy kie­dyś w mło­do­ści, że cały czas byli­śmy na podwórku.

        — Panie Miet­ku, a czy zosta­li jacyś tury­ści? Nie mogli wró­cić, czy są tacy ludzie u Pana?

- Byli, było tak, ale do Pol­ski odle­ciał samo­lot z tury­sta­mi, Ame­ry­ka­nie, Niem­cy mie­li to samo; mie­li samo­lo­ty, zabie­ra­li swo­ich ludzi. Tak że chy­ba nie­wie­lu tam zosta­ło tury­stów. Tutaj u mnie, mój sąsiad, Sta­szek został, bo miał wyle­cieć 3 kwiet­nia, ale wszyst­ko poza­my­ka­ne, jak­by nawet dostał się do Limy, to nie ma moż­li­wo­ści wyle­ce­nia, więc został. Nie wia­do­mo, jak dłu­go jesz­cze posie­dzi, bo u nas stan wyjąt­ko­wy prze­dłu­ży­li do 10 maja.

        — Dokąd miał wylecieć?

- Do Sta­nów, do Pho­enix i nie pole­ciał,  no ale on ma tutaj dom, więc nie jest tak źle. Nie wia­do­mo, jak dłu­go będzie siedział.

Widzi­my, że nie ma dużych auto­bu­sów, ale te małe busy jeż­dżą i wszę­dzie wożą ludzi pomię­dzy naszy­mi tutaj miej­sco­wo­ścia­mi połą­cze­nia są i poli­cja nie zwra­ca w ogó­le uwa­gi. Tych parę poli­cjan­tów, co zosta­ło, nie są w sta­nie nawet nic zro­bić. Przed­tem jesz­cze kon­tro­lo­wa­li dokumenty.

        — Pan mówił, że Pana zna­jo­my z Toron­to miał przy­je­chać i nie przyjechał.

- No nie przy­je­chał; mia­ły 20 kwiet­nia przy­je­chać 3 oso­by, ale nie ma takich moż­li­wo­ści na razie; może w maju — nie wiadomo.

        — Ci ludzie mie­li przy­je­chać na lecze­nie czy turystycznie?

-  Tro­chę tury­stycz­nie, tro­chę tak na lecze­nie róż­nie. Tak że tro­chę ludzi z Limy przy­jeż­dża, ale prze­pust­ki muszą mieć; muszą powie­dzieć do kogo jadą, iść na poli­cję, naj­pierw muszą iść do szpi­ta­la, zba­dać się czy nie są cho­rzy, i wte­dy dosta­ną przepustkę.

Mam tutaj od cza­su do cza­su gości. Dzi­siaj przy­je­cha­li też z Limy w odwie­dzi­ny, ale oni przy­jeż­dża­ją dosyć czę­sto, to po pro­stu poda­li moje dane, poli­cja do mnie dzwo­ni­ła czy ich przyj­mę i dosta­li przepustki.

No jest pro­blem, Peru ma teraz oko­ło 15 tys. zacho­ro­wań i pra­wie 540 zmar­łych. Ale to głów­nie są w Limie, bo prze­cież Lima to jest ponad 12 mln miesz­kań­ców bar­dzo gęste zalud­nie­nie 1/3 to są slum­sy; warun­ki sani­tar­ne bar­dzo kiep­skie, ale co naj­dziw­niej­sze, może dla­te­go że w slum­sach mniej testów się robi, ale naj­wię­cej zacho­ro­wań jest w dziel­ni­cach bogatych.

        — No bo prze­cież w slum­sach, gdy ktoś umrze, to nikt nie wie na co umarł. Panie Miet­ku, a co z gospo­dar­ką, jak jest ze sku­pem kawy,  bana­nów, ziół?

- Sku­py pra­cu­ją peł­ną parą,  nawet bur­mistrz tego powia­tu pro­sił wszyst­kich, żeby jak naj­wię­cej dostar­czać, dla­te­go, że jak­by tu wpro­wa­dzi­li jaki­kol­wiek rygor, to Lima, by padła po tygo­dniu, bo prze­cież nie dosta­ła­by zaopa­trze­nia. Więc pro­sił, żeby, jak naj­wię­cej zbio­rów dać. Sam zawio­złem i poma­rań­cze i man­da­ryn­ki, bana­ny, teraz nawet kawę suszę, zawiozę.

U nas teraz aku­rat jest wysyp kawy, dosyć duży bana­nów, też mam dosyć spo­ro man­da­ry­nek, obro­dzi­ły dosyć dużo papa­je, tak że wożę to przy­naj­mniej co dru­gi, trze­ci dzień na skup, dla­te­go u nas do tej pory żad­ne­go man­da­tu nikt nie dostał.

Tyl­ko raz tak było, jakieś 2 tygo­dnie temu, sie­dzę sobie tak przed gan­kiem, pod­jeż­dża mój zna­jo­my moto­tak­są i mówi chodź szyb­ko na most, weź, złap jakie­goś kamie­nia, a ja mówię, po co? Wzią­łem kamie­nia, jedzie­my tym jego moto­ta­xi, pod­jeż­dża­my na most przy wjeź­dzie do mia­sta, a tam stoi 8 woj­sko­wych i żąda prze­pu­stek od każdego.

Dowód­ca tego woj­ska zaczy­na krzy­czeć do ludzi, a ludzi coraz wię­cej przy­by­wa i zaczy­na­ją lecieć kamie­nie. Ten krzy­czy, że będzie strze­lał, no to jesz­cze wię­cej kamie­ni… Paru dosta­ło żoł­nie­rzy, jak sko­czy­li na tego pic­ku­pa, to już ich wię­cej nikt nie widział.

        — I nie zro­bi­li posterunku?

- Nie już nie zro­bi­li wię­cej poste­run­ku na moście. Zresz­tą w ogó­le żoł­nie­rze się wynie­śli, zosta­ło 4 żoł­nie­rzy z ponad 200, co było tutaj w mieście.

        — A co z poża­ra­mi Ama­zo­nii; prze­sta­li już podpalać?

- No przy­naj­mniej tutaj w naszym rejo­nie nie ma. Nie sły­sza­łem, żeby w Bra­zy­lii były jakieś więk­sze pro­ble­my, co praw­da, u nas zaczy­na się pora sucha, tydzień temu tro­szecz­kę pokro­pi­ło, w mię­dzy­cza­sie rze­ka zaczę­ła opa­dać, tak że myślę, że może w porze suchej zacznie przy­by­wać tro­chę tych poża­rów, ale nie sły­sza­łem, żeby były jakieś więk­sze pro­ble­my. W Bra­zy­lii też wal­czą z tym koro­na­wi­ru­sem, tak że nie wiadomo.

Myślę, że Peru tro­chę dosta­nie, też dla­te­go że tury­sty­ka sia­dła, a tury­sty­ka sta­no­wi­ła jed­nak 5% docho­du pań­stwa. Sta­nę­ły też więk­sze fabry­ki. U nas skle­py nor­mal­nie dzia­ła­ją, tyl­ko te elek­tro­nicz­ne poza­my­ka­ne, ale te wszyst­kie budow­la­ne, inne są pootwie­ra­ne, apte­ki są pootwie­ra­ne, ban­ki są pootwie­ra­ne, urzę­dy są, co praw­da, co dru­gi dzień dzia­ła­ją, ale są; wła­ści­wie się nie odczu­wa więk­sze­go problemu.

Zresz­tą w naszym rejo­nie prze­my­słu nie było poza przetwórstwem…

        — Jakie fabry­ki zamy­ka­li, co w Peru się produkuje?

- Dużo chiń­skich fabryk, mon­tow­ni, głów­nie samo­cho­do­wych czy moto­cy­klo­wych, bo teraz Chiń­czy­cy zaczę­li tutaj pro­du­ko­wać moto­cy­kle i samo­cho­dy elek­trycz­ne. Zaczę­ło się to roz­wi­jać i sły­sza­łem, że jed­nak pra­cu­ją choć tro­szecz­kę na mniej­szych obrotach.

        — Nie zablo­ko­wa­li gospo­dar­ki, nie zatrzy­ma­li wszystkiego?

Głów­nie w Limie zatrzy­ma­li, ale Lima to pra­wie tam nic nie pro­du­ko­wa­ła, wszyst­kie te pro­duk­cje to były poza Limą, na zewnątrz wła­ści­wie Lima to była taką sypial­nią, bo tam wszyst­ko jeź­dzi­ło w pobli­że,  fabry­ki tak na pół gwizd­ka wszyst­ko dalej pracuje.

Na przy­kład, w budow­nic­twie na począt­ku jeden tydzień te hur­tow­nie były poza­my­ka­ne, ale teraz wszyst­ko jest dalej pootwie­ra­ne, ludzie pra­cu­ją na budo­wach, tak że tego nie zatrzymali.

        — A czy ludzie noszą maski, jakieś rękawiczki?

- Ręka­wicz­ki, to jedy­nie cza­sa­mi sprze­daw­cy widzę że mają, a maski dzi­siaj jak byłem na tar­gu, to głów­nie noszą ci, co sprzedają.

Tam ten jeden żoł­nierz z mega­fo­nem cho­dził i krzy­czał, żeby maski zakła­dać. Ale co on mógł zro­bić, jak on sam jeden na kil­ka tysię­cy ludzi.

        — Są maski w sprzedaży?

- Tak, wca­le nie takie dro­gie; prze­waż­nie 2 albo 3 maski za 5 soli, zale­ży od jako­ści i to sprze­da­ją wszędzie.

        — To ile to jest na dola­ry ame­ry­kań­skie te 5 soli?

-  Pół­to­ra dola­ra, nawet mniej.

        —  A Panie Miet­ku,  czym się ludzie leczą z koro­na­wi­ru­sa w Peru? Czy są jakieś meto­dy wzmac­nia­nia organizmu?

- Sam pre­zy­dent zale­cił, żeby jeść mniej mię­sa i przez to u nas mię­so bar­dzo pole­cia­ło w dół, na przy­kład, kur­cza­ki, jak przed­tem były po 8 soli za kilo, to teraz już są po 4, po 3,50 nawet widziałem.

Na przy­kład, inne takie owo­ce i warzy­wa — to wszyst­ko ludzie kupu­ją i wię­cej jedzą. Ja na przy­kład co dru­gi dzień, to noni sok  piję  u sąsiad­ki bio­rę man­go mik­su­je­my to i pije­my, guana­ba­nę też pije­my, bo mamy swo­ją; a one  są naj­bar­dziej sku­tecz­ne, jeże­li cho­dzi o pod­no­sze­nie sys­te­mu immunologicznego.

Imbir bar­dzo teraz jest też poszu­ki­wa­ny, czo­snek u nas zdro­żał; był po 4 — 5 sole za kilo­gram, teraz w tej chwi­li jest 10 — 12; lokal­ny czo­snek, bo chiń­ski dalej jest tani, ale nikt tego nie kupu­je. Cebu­la tro­szecz­kę podro­ża­ła, ale inne warzy­wa są w mia­rę nor­mal­nej cenie; tro­chę pomi­do­ry podro­ża­ły, ale pozo­sta­łe są w nor­mal­nej cenie i ludzie to kupu­ją masowo.

Teraz te wszyst­kie małe restau­ra­cje u nas  dalej sprze­da­ją, ale na wynos; ludzie cho­dzą z tro­ja­ka­mi, jak to kie­dyś w Pol­sce, albo ze swo­imi garn­ka­mi. Na przy­kład dzi­siaj na ryn­ku też tam kobie­ta sprze­da­wa­ła pata­ske; ona sprze­da­je w takich pojem­ni­kach i moż­na sobie dalej na sie­dze­niach usiąść, ale nie ma już sto­łów; dajesz jej pojem­nik, ona nało­ży; wzią­łem 2 pojem­ni­ki do domu odgrza­łem i dzie­cia­ki mia­ły co jeść.

2 dni temu moja mała mówi, już daw­no nie jadłam pacha­man­ki i wycią­gnę­ła mnie, musia­łem dół kopać, bo dół kopie się głę­bo­ki na metr wrzu­ca się drze­wa, co to woda tam nano­si to są takie twar­de drew­na i kamie­nie rzecz­ne i jak kamie­nie zaczy­na­ją pękać to się tę resz­tę drze­wa nie­spa­lo­ne wycią­ga, te kamie­nie się wycią­ga taki­mi szczyp­ca­mi, kła­dzie się liście na dno i naj­pierw się sypie kuku­ry­dzę, potem stop­nio­wo 7 takich warstw, na koń­cu kła­dzie się mię­so i prze­kła­da się liść­mi bana­na i dokła­da te kamie­nie rzecz­ne i póź­niej na to sypiesz zie­mię, daje się na to jesz­cze nie­spa­lo­ne drew­no, przy­kry­wa się wor­kiem juto­wym zasy­pu­je zie­mią i to tak 4 godzi­ny się kisi, a póź­niej się wyciąga.

To jest bar­dzo smacz­ne, bo to mię­so, co się daje to wszyst­ko się przed­tem pre­pa­ru­je w zio­łach i tak dalej. Pacha­man­ka  to dokład­nie zna­czy gar­nek w ziemi.

        — Czy ludzie się boją, że zara­za do nich przyjdzie?

-  Nie, śmie­ją się z tego, zwy­czaj­nie śmie­ją się. Na przy­kład dzi­siaj był mecz, tu obok, na takim pla­cu, w pił­kę noż­ną i od nas było kupę ludzi, poli­cja prze­jeż­dża­ła i tyl­ko krzy­cze­li przez mega­fon, „zacho­waj­cie dystans” i poje­cha­li, nawet nie stanęli.

Wczo­raj była impre­za u sąsia­dów, uro­dzi­ny dzie­cia­ków, moje dzie­cia­ki tam poszły, ja tam posze­dłem na chwi­lę, ale tam było z 50 osób i  nie widzia­łem żeby, ktoś był w masce, czy więk­szy dystans zachowywał.

Po pro­stu, tu ludzie żyją dalej swo­im życiem,  jak daw­niej i nie dadzą się zmo­bi­li­zo­wać. Nie dadzą się zago­nić do domu, po dru­gie, jak­by się dali zago­nić do domu, no to, tak jak mówię, każ­dy ma jakąś dział­kę, coś pro­du­ku­je, no to po pro­stu ludzie by się wyży­wi­li, a co by było z tymi duży­mi miastami?

Więc tego nie mogą zro­bić i oni dosko­na­le zda­ją sobie z tego sprawę.

        —  Sły­sza­łem, że Pan tro­chę kupił wię­cej zie­mi, tro­chę dżun­gli, ma pan wodo­spa­dy na tej dział­ce, jak tam Pan myśli się dalej rozwijać?

- No więc to, co mam, tam z Gien­kiem w górach, mamy 50 ha i tam mamy 7 wodo­spa­dów, może i wię­cej, ale żeśmy jesz­cze na razie wszyst­kich nie odkry­li, bo żeśmy całej dział­ki, nie obe­szli, bo to jest jed­nak teren górzy­sty; trud­no powie­dzieć co tam jest, może 40 — 50% jest dżungli.

Tu koło mnie te małe dział­ki co mia­łem, to wszyst­ko już posprze­da­wa­łem; tam było 17 dzia­łek, teraz zaczą­łem dzie­lić tę dział­kę przy domu po 2. stro­nie uli­cy, na razie sprze­da­łem 8 ale jesz­cze mam 50 dzia­łek do sprzedania.

        — A kto kupu­je miej­sco­wi, czy spo­za kraju?

- Naj­wię­cej kupu­ją Niem­cy, lub nawet też Peru­wiań­czy­cy, dla­te­go że u nas w związ­ku z tym, że ceny pro­duk­tów poszły bar­dzo do góry, ludzie zaczy­na­ją być boga­ci. Ludzie mają tutaj pie­nią­dze na tym tere­nie. W sto­sun­ku do tego, co pamię­tam, w 2000 r.,  pła­ci­li 1/4 cen­ta za kilo­gram bana­nów,  a w tej chwi­li naj­gor­sze bana­ny, naj­tań­sze, pła­cą przy­naj­mniej 25 cen­tów za kilo­gram w sku­pie; więc poszło to 100 razy do góry; kie­dyś za worek poma­rań­czy 50 kg pła­ci­li 4 sole, w tej chwi­li za kilo­gram pła­cą 1,5 soli na skupie.

Kie­dyś pła­ci­li za kawę orga­nicz­ną 2 sole za kilo­gram, teraz naj­tań­sza, naj­gor­sza kawa orga­nicz­na kosz­tu­je 12 — 15 soli za kilo­gram; więc cokol­wiek by się zaczę­ło robić, to wszyst­ko się opła­ci, nawet bana­ny się opła­ci pro­du­ko­wać. Tak że ludzie zara­bia­ją, bo rodzi­na nie da rady wię­cej obro­bić kawy, jak hek­tar, bo tu nie da się żad­nych maszyn  wpro­wa­dzić, wszyst­ko trze­ba ręcz­nie zbie­rać, czy­li z hek­ta­ra, jeże­li 3 oso­by czy 2 oso­by robią na tym, to moż­na wycią­gnąć nawet 15 — 20 tys. dol. rocz­nie. Tutaj to są potęż­ne pie­nią­dze, ludzie nie są w sta­nie tego prze­jeść, zużyć.

        — Gdzie ta kawa idzie?

- Kawa idzie głów­nie do Euro­py, tro­chę idzie do Japo­nii. Przede wszyst­kim, jeże­li cho­dzi o kawę orga­nicz­ną to Peru jest jej głów­nym eks­por­te­rem i my nawet przy naj­lep­szych zbio­rach nie jeste­śmy w sta­nie zapew­nić 70% zapotrzebowania.

Bo kawy orga­nicz­nej pan nie kupi w Kana­dzie. Nie jest pan w sta­nie. Te wszyst­kie kom­pa­nie, któ­re spro­wa­dza­ją to są kawy głów­nie bra­zy­lij­skie i kolum­bij­skie to jest kawa, któ­ra jest z pesty­cy­da­mi, ze wszyst­ki­mi tymi związ­ka­mi, bo ona na pła­skim tere­nie; ona u nas, by nie uro­sła, bo u nas kawa wyma­ga sto­ku i jesz­cze odpo­wied­nie­go nasło­necz­nie­nia, musi to być połu­dnio­wy, połu­dnio­wo-zachod­ni  stok, na pół­noc­nym już ta kawa nie uro­śnie i mało tego na tę kawę moż­na tyl­ko w pierw­szym roku dać nawóz orga­nicz­ny, głów­nie kom­post i pod­le­wać. Jak się uko­rze­ni, nie wol­no nawet pod­le­wać w porze suchej, bo moż­na stra­cić licencję.

To jest kawa, w któ­rej nie ma żad­nych środ­ków ani owa­do­bój­czych ani bak­te­rio­bój­czych ani żad­nych innych, ani żad­ne­go nawo­zu. A kawa ma to do sie­bie, że wszyst­ko co dosta­nie z grun­tu, to natych­miast znaj­du­je się w ziar­nach, więc dużo ludzi czy w Sta­nach, czy gdzie indziej, ma uczu­le­nie na kawę, a to w związ­ku z tymi wszyst­ki­mi dodatkami.

To samo jest z kaka­em orga­nicz­nym, Peru pomi­mo tego, że jest naj­więk­szym eks­por­te­rem kakaa orga­nicz­ne­go to nawet nie jest w sta­nie zre­ali­zo­wać 40 proc. zamówień.

Ja mam teraz 5 drze­wek, któ­re owo­cu­ją już i posa­dzi­łem następ­ne, tak że będzie tro­chę wię­cej. Z jed­ne­go drzew­ka ma się oko­ło 56 kg kakaa.

        — A co Chi­ny bio­rą? Co się do Chin sprzedaje?

- Prak­tycz­nie wszyst­kie owo­ce, głow­nie naj­wię­cej to noni, guana­ba­nę, prak­tycz­nie każ­dy owoc stąd bio­rą. Oni mają tutaj swo­je dwie prze­twór­nie, w któ­rych prze­ra­bia­ją to wszyst­ko i to wszyst­ko idzie do Chin.

Tutaj głów­nie sku­pu­ją man­go, ale to man­go ze spa­dów, któ­re leżą już na zie­mi, przy­naj­mniej już 2 dni tam są takie malut­kie robacz­ki któ­re są 1/3 mili­me­tra one są tego same­go żół­te­go kolo­ru. Te robacz­ki powo­du­ją że jak ktoś ma zapar­cie to wystar­czy zjeść takie man­go i po paru minu­tach to wszyst­ko pusz­cza dla­te­go że te robacz­ki nisz­czą kamie­nie kałowe.

To wszyst­ko zabie­ra­ją; oni robią takie spe­cjal­ne prze­two­ry, żeby nie nisz­czyć tych roba­ków i to wszyst­ko idzie w sło­ikach do Chin.

        — Dużo Chiń­czy­ków miesz­ka koło Pana, w La Merced?

- Tutaj mamy miej­sco­wość gdzie miesz­ka  20 000 Chiń­czy­ków. To jest bar­dzo pra­co­wi­ty naród i bar­dzo szyb­ko się dora­bia. Na przy­kład, to cze­go Peru­wiań­czy­cy nie bar­dzo chcą robić, to oni  to wszyst­ko robią.

        — Mówił Pan że u pana w oko­li­cy jest dużo leni­wych ludzi, jak do budo­wy kogoś trze­ba, to trze­ba bar­dzo pilnować.

- To raz, a dwa, to do budo­wy, my ścią­ga­my ludzi z gór, miej­sco­wi się nie nadają.

        — Dlaczego?

- W górach ludzie są bar­dziej pra­co­wi­ci, bo tam nie mają moż­li­wo­ści. Tam nawet, jak to są tzw. tara­so­we dział­ki, to trze­ba nosić zie­mię i wodę latem, to wszyst­ko na plecach.

Ci ludzie są bar­dzo pra­co­wi­ci i oni nawet jak tutaj do nas przy­jeż­dża­ją na nasze tere­ny, to bar­dzo szyb­ko się dora­bia­ją. Ja nawet tutaj wydzier­ża­wi­łem 2 hek­ta­ry takim wła­śnie ludziom z gór, upra­wia­ją jukę. Jest to podzi­wu god­ne, bo deszcz nie deszcz, oni idą, pie­lą, robią to wszyst­ko, pra­cu­ją napraw­dę bar­dzo pra­co­wi­cie od rana do wieczora.

        — A miej­sco­wi są rozleniwieni?

- Widzi pan, tutaj przy­ro­da ich roz­le­ni­wia, no bo czym tutaj się róż­ni dzień jeden od dru­gie­go; tym, że może popa­dać, albo nie popa­dać, no bo głów­nie w nocy popada.

Tem­pe­ra­tu­ra jest sta­ła cały rok to raz, następ­na rzecz, jedze­nia nie bra­ku­je, nawet nie musi się mieć ogród­ka, bo po pro­stu wszyst­ko na dzi­ko rośnie czy to poma­rań­cze, czy cokol­wiek inne­go, na dzi­ko rośnie wszę­dzie, nawet nie trze­ba koło tego pra­co­wać,  samo wyro­śnie, więc ci ludzie mają to gdzieś, no nie wszy­scy, bo zaczę­li nie­któ­rzy dostrze­gać, że moż­na na tym wszyst­kim tro­chę zaro­bić, zakła­da­ją jakieś małe skle­pi­ki, czy sku­py, cokol­wiek inne­go, ale żeby do  pra­cy fizycz­nej to oni się nie gar­ną, wolą się bawić, lubią impre­zy,  nie żeby alko­hol, ale lubią towa­rzy­stwo, grać; pra­co­wać to nie za bardzo.

        — Dużo ludzi wyemi­gro­wa­ło? Poje­cha­ło do Limy? Wyszło z tych wio­sek za pracą?

- Z dżun­gli wyje­cha­li, głów­nie z gór, dla­te­go że w górach jest cięż­ko, zie­mia jest kamie­ni­sta, cięż­ko cokol­wiek upra­wiać, a jesz­cze wcze­śniej w górach gra­so­wał Świe­tli­sty Szlak czy inni ter­ro­ry­ści, więc ludzie ucie­ka­li do Limy. Ale teraz   kie­dy zaczę­ły się jakie­kol­wiek pro­ble­my to ludzie zaczę­li maso­wo ucie­kać z dużych miast.

        — Panie Miet­ku dużo Pola­ków u Pana jest?

- W tej chwi­li mamy tutaj w naszej oko­li­cy 21 rodzin któ­re miesz­ka­ją na sta­łe, ale jest kil­ka rodzin, któ­re kupi­ły tu dział­ki i tak dojeż­dża­ją, albo myślą o eme­ry­tu­rze. Z Nowe­go Jor­ku mam takie dwie rodzi­ny,  kupi­ły  dział­ki i chcą się tutaj prze­pro­wa­dzić, nawet jed­na rodzi­na mie­li przy­le­cieć już 20 kwiet­nia, ale zamknię­ta jest gra­ni­ca, więc nie mogą.

Tak że coraz wię­cej ludzi tutaj chce się osie­dlać. Głów­nie Pola­cy ze Sta­nów lub z Kana­dy; myślę, że będzie się to roz­wi­jać,  myślę że w przy­szło­ści duże mia­sta zaczną się wylud­niać, bo ten koro­na­wi­rus poka­zał, że w dużych mia­stach na dłuż­szą metę nie da się utrzy­mać, że w razie jakie­go­kol­wiek zagro­że­nia, naj­pierw cier­pią ludzie w dużych mia­stach. I ludzie zaczy­na­ją się wypro­wa­dzać na prowincję.

        — Bar­dzo dzię­ku­ję  za roz­mo­wę może jakoś prze­nie­sie­my się tam wszy­scy zro­bi­my jakąś Pol­ską wyspę w Peru, wszyst­kie­go dobre­go, zdro­wia życzę i do następ­ne­go razu.