Osoby pochodzące z Hong Kongu, mieszkające na stałe w Kanadzie z przerażeniem obserwowali to, co się działo w ich kraju. Demonstranci walczący o demokrację wyszli na ulicę, by sprzeciwić się rosnącym naciskom ze strony Chin. Niektórzy wyrażali solidarność z protestującymi.

„To nie jest ten sam Hong Kong, w którym się wychowałam”, mówi Mimi Lee z Toronto. „Policja powinna bronić obywateli, a jest zupełnie odwrotnie”. Mężczyzna, który chce zachować anonimowość i który właśnie wrócił z Hong Kongu, a w Toronto współorganizował demonstracje wsparcie, mówi, że policja strzela do protestujących gumowymi kulami. „Starałem się zachować odległość ca najmniej 100 metrów od policjantów, bo zwyczajnie się bałem”, opowiada. „Wydaje mi się, że oni często ranią ludzi celowo”. O demonstracji na lotnisku mówi, że była konieczna, by świat usłyszał protestujących. Zauważa, że starsi i bardziej majętni mieszkańcy Hong Kongu są mniej chętni, by wspierać protesty.

Protesty zaczęły się, gdy rząd Hong Kongu próbował przeforsować ustawę o ekstradycji. Przeciwnicy ustawy obawiają się, że ustawa ułatwi władzom aresztowania obywateli i ich ekstradycję do Chin. Ostatecznie rząd zawiesił ustawę, ale demonstranci domagają się całkowitego obalenia jej. W poniedziałek zebrali się na lotnisku międzynarodowym, które również we wtorek było nieczynne.

Rząd centralny stwierdził, że demonstracje należałoby uznać za terroryzm i „zagrożenie dla życia” mieszkańców. Obserwatorzy widzą w tym rękę Pekinu i szykowanie gruntu do brutalnego stłumienia protestów.