„Okrop­ny park, pociąg gwiż­dże co chwi­la, tak­że w nocy, przez nasz camp­si­te cią­gle prze­cho­dzą ludzie, bo jeste­śmy aku­rat koło ska­ły, z któ­rej wszy­scy ska­czą do wody, obsłu­ga nie­przy­jem­na” – taki opis swo­je­go poby­tu w Oastler Lake Pro­vin­cial Park zamie­ścił jeden z gości na forum. Tra­fi­ło nam się wła­śnie to miej­sce, czy­li 406. Niby napi­sał praw­dę, ale…

Wra­ca­li­śmy z pół­no­cy. Żeby nie jechać wie­le godzin jed­ne­go dnia, posta­no­wi­li­śmy się zatrzy­mać na week­end wła­śnie tutaj. W biu­rze bywa­li­śmy wie­le razy, wypo­ży­cza­jąc canoe do inte­rio­ru w Mas­sa­sau­ga Pro­vin­cial Park, ale w samym par­ku nigdy.

Miej­sce 406 oka­za­ło się chy­ba jed­nym z naj­lep­szych. Duże, poło­żo­ne w sta­rym jodło­wo-dębo­wym lesie, w przy­zwo­itej odle­gło­ści od sąsia­dów, na wyso­kim kli­fie. W dole prze­świ­ty­wa­ła tafla wody, słoń­ce prze­dzie­ra­ło się przez jodło­we igieł­ki jak przez koron­kę. Intru­zów chcą­cych skró­cić sobie dro­gę do ska­ły prze­go­ni­li­śmy na ścież­kę, gwizd loko­mo­ty­wy nam nie prze­szka­dzał, raczej śmie­szył, w nocy śpi­my jak susły, niech sobie gwiż­dże. Do Oastler Lake, poło­żo­ne­go zale­d­wie dwie godzi­ny jaz­dy od Toron­to, ludzie nie przy­jeż­dża­ją w poszu­ki­wa­niu dzi­kiej przy­ro­dy, ale żeby posie­dzieć przy ogni­sku, popły­wać, łowić ryby.

Jezio­ro jest ład­ne, z wie­lo­ma zato­ka­mi oto­czo­ny­mi gra­ni­to­wy­mi ska­ła­mi. Canoe opły­nę­li­śmy je w dwie godzi­ny. Na brze­gach dom­ki let­ni­sko­we. Gdy­by ktoś Oastler Lake obda­rzył taką miło­ścią, że chciał­by tu mieć cot­ta­ge, to jest wła­śnie dom na sprze­daż na pół­wy­spie za jedy­ne milion dwie­ście tysię­cy dola­rów. W par­ku jest dłu­ga piasz­czy­sta pla­ża, dru­ga mniej­sza dla psów. Nikt ich nie trzy­ma na smy­czy, sza­le­ją w wodzie jak dzie­ci. Na miej­scu moż­na wypo­ży­czyć canoe lub kajak (tyl­ko do pły­wa­nia w par­ku, żeby lek­kie canoe wywieźć poza teren, trze­ba mieć zare­zer­wo­wa­ne miej­sce w Mas­sa­sau­ga Park) lub zwo­do­wać wła­sną łódź.

Niby nic wię­cej cie­ka­we­go w par­ku nie ma, nie ma na przy­kład w ogó­le tras wyciecz­ko­wych oprócz prze­bie­ga­ją­cej obok Rose Point Tra­il, któ­ra pro­wa­dzi do wybrze­ża Geo­r­gian Bay, ale zno­wu kolej­ne „ale”. 10 minut jaz­dy samo­cho­dem od Oastler Lake znaj­du­je się nie­speł­na sied­mio­ty­sięcz­ne mia­stecz­ko Par­ry Sound i jest tam co oglą­dać i co robić. Przede wszyst­kim Par­ry Sound jest uro­cze. Pięk­nie poło­żo­ne nad Geo­r­gian Bay, któ­ra jest rezer­wa­tem bios­fe­ry UNESCO. Uro­dę oko­li­cy odkry­li w począt­kach XX wie­ku mala­rze ze słyn­nej kana­dyj­skiej Gru­py Sied­miu z Tomem Thom­so­nem na cze­le. Zadba­ne, czy­ściut­kie, nasta­wio­ne na tury­stów. Małe skle­pi­ki, restau­ra­cje, wszyst­ko, cze­go potrze­bu­ją wła­ści­cie­le dom­ków let­ni­sko­wych z okolicy.

War­to wje­chać na wzgó­rze góru­ją­ce nad mia­stem i wspiąć się na wie­żę wido­ko­wą, skąd roz­cią­ga się pano­ra­ma na Par­ry Sound i zato­kę. Obok wie­ży jest muzeum i minio­gród z sadzaw­ką. Zako­pa­no w nim kap­su­łę cza­su, któ­ry to fakt upa­mięt­nia duża tabli­ca. Wschod­nie wybrze­że Geo­r­gian Bay jezio­ra Huron, zna­ne jako 30.000 wysp, jest uwa­ża­ne za naj­więk­szy słod­ko­wod­ny archi­pe­lag na świe­cie. Dla­te­go nie moż­na omi­nąć przy zwie­dza­niu przy­sta­ni, skąd wiel­ki sta­tek Island Queen i mniej­szy MV Chip­pa­wa zabie­ra­ją tury­stów na wypra­wę na zato­kę. Moż­na też wyna­jąć mały samo­lot i obej­rzeć oko­li­cę z lotu pta­ka. To chy­ba naj­więk­sza atrak­cja mia­sta. Przy przy­sta­ni znaj­du­je się ujście rze­ki Segu­in prze­pły­wa­ją­cej przez mia­sto. Zbu­do­wa­no nad nią wyso­ki wia­dukt kole­jo­wy, któ­rym podą­ża gwiż­dżą­cy w par­ku pociąg.

Spra­gnio­nych doznań kul­tu­ral­nych przy­cią­gnie Char­les W. Stoc­key Cen­tre znaj­du­ją­ce się nad samą zato­ką, w któ­rym odby­wa­ją się wysta­wy i kon­cer­ty, a fanów hoke­ja miesz­czą­ca się w cen­trum gale­ria sła­wy poświę­co­na legen­dar­ne­mu hoke­iście, dumie miesz­kań­ców, Bobby’emu Orro­wi. Obok cen­trum przy ścież­ce spa­ce­ro­wej tabli­ca pamiąt­ko­wa puł­ku Algo­nqu­in. Z nie­wiel­kie­go Par­ry Sound w 1940 roku w punk­cie wer­bun­ko­wym zgło­si­ło się na woj­nę w Euro­pie aż 130 męż­czyzn. Na monu­men­cie wyry­to nazwi­sko pole­głych żoł­nie­rzy puł­ku. Jak zwy­kle szu­ka­li­śmy pol­sko brzmią­cych nazwisk i nie­ste­ty jak zwy­kle zna­leź­li­śmy. I jesz­cze jeden mili­tar­ny akcent w tym miej­scu, natu­ral­nej wiel­ko­ści brą­zo­wy pomnik żoł­nie­rza I woj­ny świa­to­wej, India­ni­na Fran­ci­sa Pegah­ma­ga­bow, dłu­ta Tyle­ra Fau­vel­le. Teraz z powo­du koro­na­wi­ru­sa więk­szość atrak­cji jest nie­do­stęp­na, ale nas ten pomnik wła­śnie inte­re­so­wał, bo do jego powsta­nia doło­ży­li­śmy malut­ką cegiełkę…

Par­ry Sound jest w więk­szo­ści zamiesz­ka­ne przez bia­łych ludzi. Mniej­szo­ści etnicz­ne sta­no­wią oko­ło 2 pro­cent, a India­nie i Mety­si mniej wię­cej po poło­wie 5 pro­cent. Rezer­wat Odżi­bu­ejów z ple­mie­nia Wasauk­sing znaj­du­je się na Par­ry Island, połą­czo­nej ze sta­łym lądem i mia­stem drew­nia­nym mostem. Czte­ry lata temu posta­no­wi­li­śmy go odwie­dzić. Zaraz za mostem spo­tka­ła nas nie­spo­dzian­ka, India­nie usta­wi­li „bra­mę” i zbie­ra­li pie­nią­dze na budo­wę pomni­ka. Tak pozna­li­śmy losy sier­żan­ta Fran­ci­sa Pegahmagabow.

Pegah­ma­ga­bow (1891–1952), czło­wiek legen­da, choć nie­co już zapo­mnia­na, jest naj­bar­dziej odzna­czo­nym za męstwo i odwa­gę indiań­skim żoł­nie­rzem w histo­rii Kana­dy. W cza­sie I woj­ny świa­to­wej brał udział m.in. w bitwie pod Ypres, został ran­ny. Był naj­słyn­niej­szym i naj­strasz­liw­szym snaj­pe­rem tej woj­ny, zabił 378 Niem­ców i przy­czy­nił się do wzię­cia 300 do nie­wo­li. Po woj­nie osiadł w rezer­wa­cie na Par­ry Island, był dwu­krot­nie wodzem i poli­ty­kiem wal­czą­cym o pra­wa Indian. Podob­no przy­czy­nił się do znie­sie­nia podat­ków dla Indian. Na pomni­ku uwiecz­nio­ny został w woj­sko­wym mun­du­rze, u jego stóp rzeź­biarz umie­ścił kari­bu, sym­bol kla­nu, do któ­re­go Pegah­ma­ga­bow nale­żał, a na ręce orła, jego „ducho­we zwie­rzę”. Bojo­we czy­ny, zwłasz­cza prze­ciw wspól­ne­mu wro­go­wi, zawsze są miłe ser­cu każ­de­go Pola­ka, dla­te­go chęt­nie doło­ży­li­śmy się do dzie­ła upa­mięt­nie­nia boha­te­ra, a sym­pa­tycz­ne wnucz­ki i pra­wnucz­ki Fran­ci­sa Pegah­ma­ga­bow spe­cjal­nie dla Goń­ca pozo­wa­ły do zdjęcia.

Nie mie­li­śmy wie­le cza­su na zwie­dza­nie rezer­wa­tu, obej­rze­li­śmy kem­ping na cyplu pro­wa­dzo­ny przez Indian. Ład­ne miej­sca nad samą wodą, a woda jak marze­nie, prze­zro­czy­sta, widać było każ­dy detal pokry­te­go kamy­ka­mi dna. Nie mogli­śmy omi­nąć cmen­ta­rza. Gro­by cza­sem wię­cej mówią o histo­rii miej­sca niż ency­klo­pe­dycz­ne wia­do­mo­ści. Cmen­tarz prze­dziw­ny, sta­re gro­by, cza­sem już bez­i­mien­ne, ozna­czo­ne krzy­ży­ka­mi lub wbi­ty­mi pio­no­wo deska­mi, nie­któ­re z dobu­do­wa­ną nad zie­mią skrzy­nią, może zimą zie­mia była za twar­da do kopa­nia. Te now­sze czę­sto już nie są ozna­czo­ne krzy­ża­mi, a tyl­ko indiań­ską sym­bo­li­ką. Znak czasów…

Joan­na Wasilewska
Andrzej Jasiński