Jesie­nią 2021 roku trzy­let­ni syn Natha­nie­la Low­be­er-Lewi­sa i Racqu­el Smith cho­dził do punk­tu day­ca­re w dziel­ni­cy Pla­te­au w Mon­tre­au. Mat­ka mówi, że chło­piec dobrze inte­gro­wał się z gru­pą i opie­kun­ki go chwa­li­ły. W listo­pa­dzie jed­nak nie­spo­dzie­wa­nie Smith zosta­ła wezwa­na na roz­mo­wę do punk­tu opie­ki. Tema­tem było „nie­po­ko­ją­ce zacho­wa­nie” chłopca.

Smith na począt­ku pomy­śla­ła, że może cho­dzi o język, bo nie­ste­ty jej syn odkrył już pierw­szy wul­ga­ryzm. Oka­za­ło się jed­nak, że słow­nic­two dziec­ka jest gor­sze niż przy­pusz­cza­ła. Wcze­śniej jed­nak nikt tego rodzi­nie nie zgła­szał. Smith powie­dzia­ła, że jej star­szy syn też prze­cho­dził przez podob­ny okres, poza tym latem chło­piec bawił się ze star­szy­mi kuzy­na­mi, co też mogło mieć wpływ. Zapew­ni­ła wycho­waw­czy­nię, że zwró­ci też szcze­gól­ną uwa­gę na to, co dziec­ko może oglą­dać w telewizji.

Na koń­cu spo­tka­nia mat­ka dowie­dzia­ła się, że day­ca­re zgło­sił jej dziec­ko do pro­win­cyj­nych służb opie­kuń­czych, w Quebe­cu okre­śla­nych skró­tem DPJ. Smith była w szo­ku, że przed zgło­sze­niem nikt nawet nie poroz­ma­wiał z rodzicami.

reklama

Potem wraz z mężem prze­stu­dio­wa­li pro­win­cyj­ny Youth Pro­tec­tion Act i z prze­ra­że­niem stwier­dzi­li, że po zgło­sze­niu w razie kolej­nej skar­gi służ­by mają pra­wo ode­brać im dziecko.

Rodzi­ce natych­miast wypi­sa­li syna z punk­tu opie­kuń­cze­go Le Car­re­fo­ur des Petits Sole­ils. Low­be­er-Lewis kil­ka dni póź­niej spo­tkał się z dyrek­tor­ką żłob­ka. Pani dyrek­tor powie­dzia­ła, że w poło­wie paź­dzier­ni­ka opie­kun­ka z gru­py chłop­ca przy­szła do niej i zgło­si­ła pro­blem. Potem przez sześć tygo­dni reje­stro­wa­ła nie­po­ko­ją­ce zacho­wa­nia dziec­ka. Dyrek­tor­ka pod­kre­śli­ła, że ma peł­ne zaufa­nie do swo­ich pra­cow­ni­ków i prze­strze­ga­ła usta­lo­ne­go pro­to­ko­łu. Powie­dzia­ła Low­be­er-Lewi­so­wi, że „jeśli nie robią nic złe­go, to prze­cież nie musza się oba­wiać”. Day­ca­re, któ­re funk­cjo­nu­je od 43 lat, oświad­czy­ło póź­niej, że przed zgło­sze­niem kon­sul­to­wa­ło się jesz­cze ze spe­cja­li­sta­mi z miej­sco­we­go cen­trum zdro­wia i Bat­shaw Youth and Fami­ly Cen­tres. Nie wyja­śnio­no jed­nak, dla­cze­go w pierw­szej kolej­no­ści nie poroz­ma­wia­no z rodzcami.

Osta­tecz­nie wio­sną, po mie­sią­cach nie­pew­no­ści, kie­dy to Smith nawet zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy, by w domu opie­ko­wać się synem, do rodzi­ców zadzwo­nił pra­cow­nik socjal­ny, by poin­for­mo­wać, że oba­wy punk­tu opie­ki uzna­no za bez­pod­staw­ne i spra­wa zosta­ła zamknięta.

Smith i Low­be­er-Lewis byli jedy­ną ciem­no­skó­rą rodzi­ną w punk­cie day­ca­re i zaczę­li podej­rze­wać, że zosta­li nie­spra­wie­dli­wie potrak­to­wa­ni ze wzglę­du na kolor skó­ry. Oka­zu­je się, że oba­wy nie są bez­pod­staw­ne. Spra­wę zgło­szeń do służb ochro­ny dzie­ci i mło­dzie­ży bada­ła Ali­cia Boat­swa­in-Kyte, adiunkt z uni­wer­sy­te­tu McGill. Stwier­dzi­ła, że dzie­ci z ciem­no­skó­rych rodzin w spo­łecz­no­ściach angiel­sko­ję­zycz­nych są zgła­sza­ne pięć razy czę­ściej niż dzie­ci bia­łe. Boat­swa­in-Kyte mówi, że z jakie­goś powo­du ciem­no­skó­rym rodzi­nom daje się mniej­szy kre­dyt zaufa­nia, a per­so­nel szkol­ny czy przed­szkol­ny mniej chęt­nie roz­ma­wia z ciem­no­skó­ry­mi rodzi­ca­mi. Jej zda­niem w pierw­szej kolej­no­ści powin­ny być zawia­da­mia­ne lokal­ne orga­ni­za­cje pomo­co­we pra­cu­ją­ce z daną spo­łecz­no­ścią, a nie służ­by opiekuńcze.

Wyni­ki badań Boat­swa­in-Kyte był cyto­wa­ny w ubie­gło­rocz­nym rapor­cie doty­czą­cym potrzeb­nych reform w sys­te­mie ochro­ny dzie­ci i mło­dzie­ży w Quebe­cu. Jeden z roz­dzia­łów rapor­tu doty­czył nie­pro­por­cjo­nal­nie dużej licz­by dzie­ci obję­tych opie­ką pocho­dzą­cych z mniej­szo­ści raso­wych i kul­tu­ro­wych, a tak­że dzie­ci nowych imi­gran­tów i z lud­no­ści rdzennej.