Gdy przy­je­cha­łem do Kana­dy zdzi­wi­ło mnie, że ktoś przed pój­ściem na zaku­py, zawar­tość lodów­ki wrzu­cał do kosza. Dla mnie, wycho­wa­ne­go na chłop­skim sza­cun­ku do chle­ba i jedze­nia jako takie­go, był to prze­jaw nie tyle bogac­twa, co barbarzyństwa.

        Stwo­rzo­na tutaj na uży­tek imi­gra­cyj­ne­go spo­łe­czeń­stwa sier­mięż­na wer­sja bru­tal­ne­go kon­sump­cjo­ni­zmu zakła­da­ła, par­cie na posia­da­nie coraz to now­szych (choć nie­ko­niecz­nie lep­szych) rze­czy w coraz więk­szej liczbie.

        Reward your­self brzmia­ło hasło leasin­gu dro­gich samo­cho­dów, bo wła­śnie otwo­rzy­ły się trze­wia łatwe­go kre­dy­tu, gospo­dar­ka zaczę­ła się nakrę­cać, nie z powo­du aku­mu­la­cji kapi­ta­łu, lecz nowych pomp finan­so­wych pozwa­la­ją­cych wykład­ni­czo mno­żyć podaż kre­dy­to­we­go pieniądza.

        Zbie­gło się to z „otwar­ciem na Chi­ny”, znie­sie­niem osłon cel­nych chro­nią­cych przed impor­tem z kra­jów, gdzie nie tyl­ko robo­ci­zna była o wie­le tań­sza, ale rów­nież nie ist­nia­ły narzu­ca­ne tutaj przez pań­stwo kosz­ty pro­duk­cji w posta­ci stan­dar­dów ryn­ku pra­cy, ochro­ny śro­do­wi­ska i osłon socjalnych.

        W tak usta­wio­nej gospo­dar­ce  kana­dyj­ski pro­du­cent nie był w sta­nie kon­ku­ro­wać z zagra­nicz­nym. Ludzie „prze­ja­da­li” coraz wię­cej coraz tań­szych towa­rów, ale już nie tych wytwa­rza­nych na miej­scu lecz impor­to­wa­nych, mie­li na to pie­nią­dze z pom­po­wa­ne­go bez­u­stan­nie kre­dy­tu. Wycho­wa­no w ten spo­sób całe poko­le­nie, dla któ­re­go oszczę­dza­nie jest sło­wem obcym; poko­le­nie szu­ka­ją­ce potwier­dze­nia wła­snej war­to­ści w posia­da­niu bły­sko­tek, co  man­tra środ­ków prze­ka­zu prze­kształ­ci­ła w powszech­nie obo­wią­zu­ją­cą religię.

        To nic, że twój samo­chód, tele­wi­zor, pral­ka czy lodów­ka jest OK i dobrze dzia­ła, kup now­szy bar­dziej błysz­czą­cy, musisz to robić, by być kimś, w prze­ciw­nym razie będziesz nikim…

        Wszyst­ko to nastą­pi­ło po wzię­ciu ryn­ku na ręcz­ne ste­ro­wa­nie, uza­sad­nia­ne począt­ko­wo głów­nie koniecz­no­ścią inkor­po­ra­cji Chin do zachod­nie­go systemu

        Jed­nak Zachód zali­cy­to­wał za wyso­ko i stra­cił  grunt pod noga­mi; spi­ra­la rosną­ce­go zadłu­że­nia, eks­por­tu miejsc pra­cy i bez­sen­sow­nej mar­no­traw­nej kon­sump­cji musia­ła się gdzieś zatrzy­mać; łań­cu­chy dostaw musia­ły zostać zmienione.

        Dzi­siaj zatrzy­mu­je się ją pod hasła­mi wal­ki z kli­ma­tem;  z jed­ne­go ręcz­ne­go ste­ro­wa­nia prze­cho­dzi­my w dru­gie, w jed­nym koszt poli­tycz­nej mani­pu­la­cji ponie­śli robot­ni­cy, któ­rych pozba­wio­no dobrze płat­nej pra­cy, w dru­gim kon­su­men­ci, zwłasz­cza ci bied­niej­si, a zatem  w jed­nym i dru­gim przy­pad­ku są to te same osoby.

        Co cie­ka­we, pró­bu­je się obec­nie odbu­do­wać „moral­ność kon­sump­cyj­ną” w opar­ciu o nową reli­gię eko­lo­gi­zmu, pod­czas gdy wcze­śniej była ona istot­nym ele­men­tem ety­ki chrze­ści­jań­skiej. Przy­ka­za­nie by brać ze świa­ta tyl­ko tyle, ile nam potrze­ba do reali­za­cji powo­ła­nia; by nie nisz­czyć i nie mar­no­tra­wić darów Bożych, było naj­bar­dziej zauwa­żal­ne w pro­te­stanc­kim eto­sie i wytwo­rzo­nej prze­zeń „kul­tu­rze pie­nią­dza”, któ­ra zaka­zy­wa­ła wydat­ków na zbyt­ki, a naka­zy­wa­ła finan­so­wać dobro. Rozu­mo­wa­nie szło mniej wię­cej tak, że Pan Bóg nam bło­go­sła­wi, pozwa­la­jąc na suk­ces mate­rial­ny i dając zba­wie­nie, ale rodzi to przed Nim odpo­wie­dzial­ność; dla­te­go kapi­ta­li­sta nie powi­nien jeść dwóch obia­dów dzien­nie, lecz wybu­do­wać dwie kolej­ne fabry­ki, by dać ludziom pra­cę i prze­zna­czyć środ­ki na cele charytatywne.

        Te zało­że­nia zosta­ły odrzu­co­ne w ide­olo­gii kon­tro­li spo­łecz­nej przy pomo­cy maso­we­go, hedo­ni­stycz­ne­go kon­sump­cjo­ni­zmu, opar­te­go na budo­wa­niu wła­snej toż­sa­mo­ści w opar­ciu o rze­czy posia­da­ne, a tak­że na psy­cho­lo­gicz­nej mani­pu­la­cji emo­cja­mi zwią­za­ny­mi z kupo­wa­niem; jest ci źle? masz pro­ble­my? — Kup sobie coś, poczu­jesz się lepiej! Sąsiad kupił nowe BMW? Weź kre­dyt, wyna­gródź sobie tru­dy życia i kup droż­sze, lep­sze auto, a sąsiad poczu­je do cie­bie sza­cu­nek, będziesz lepszy,

        Oczy­wi­ście, to „czu­cie się lepiej”, usta­je naza­jutrz, niczym upo­je­nie alko­ho­lo­we, czy nar­ko­ty­ko­wy „wzlot”, moż­na je jed­nak powta­rzać dopó­ki mamy dostęp­ny kre­dyt, a kar­ty nie są wymaksowane.

        Sprzy­ja­ło to budo­wie uza­leż­nio­ne­go spo­łe­czeń­stwa współ­cze­snych nie­wol­ni­ków i prze­for­ma­to­wa­nia same­go poję­cia „wła­sno­ści”; ludzie przy­zwy­cza­ili się, że posia­da­ne przez nich domy, samo­cho­dy i inne rze­czy tak napraw­dę nie są ich i mogą je stra­cić, jeśli nie będą się zacho­wy­wać tak, jak jest to wyma­ga­ne. Niby wszyst­ko „mie­li­śmy”, ale pole nasze­go życio­we­go manew­ru znacz­nie się zawę­ża­ło. Takie „posia­da­nie” prze­sta­wa­ło dawać  wolność.

        Dzi­siaj ide­olo­gia glo­ba­li­zmu opi­sy­wa­na w doku­men­tach Świa­to­we­go Forum Eko­no­micz­ne­go, posu­wa się o krok dalej postu­lu­jąc „w celu bar­dziej racjo­nal­ne­go wyko­rzy­sta­nia zaso­bów i ener­gii” zastą­pie­nie poję­cia wła­sno­ści, „owner­ship”, poję­ciem korzy­sta­nia, „user­ship”. Nic nie będzie nasze (a jak to widać po przy­mu­sie szcze­pion­ko­wym, nasze nie będzie nawet nasze wła­sne cia­ło), ale będzie­my szczę­śli­wi mogąc korzy­stać ze wszyst­kie­go, co w danej chwi­li jest nam potrzeb­ne — taka jest obietnica.

        By ludzie osta­tecz­nie to zaak­cep­to­wa­li koniecz­ne jest „odchu­dze­nie” obec­ne­go sys­te­mu spo­ży­cia, zmniej­sze­nie poda­ży dóbr kon­sump­cyj­nych i żyw­no­ści; zmu­si to ukształ­to­wa­nych przez poprzed­nią ide­olo­gię „poże­ra­czy” do oszczęd­ne­go życia, zwięk­szy sza­cu­nek do rze­czy, któ­re do nie­daw­na trak­to­wa­li­śmy, jak „jed­no­ra­zów­ki”

        Czy to wywo­ła kry­zys? Już wywo­łu­je, ale zarzą­dza­nie kry­zy­sem jest jed­ną z pod­sta­wo­wych metod rzą­dze­nia; kry­zys jest meto­dą uzy­ski­wa­nia pożą­da­nych zmian. „Odchu­dza­nie” kra­jów dzi­siaj zamoż­nych może skut­ko­wać obni­że­niem pozio­mu życia i bie­dą, jed­nak w kra­jach bied­nych zaowo­cu­je zmniej­sze­niem popu­la­cji — ale prze­cież, jak to wyar­ty­ku­ło­wał kie­dyś Sta­lin:  „Ludiej u nas mnogo” .

        Jak mi to bar­dzo daw­no temu wyja­śnił pewien teo­re­tyk, gdy się zmie­nia świat, ofia­ry muszą być, doda­jąc, że prze­cież ludzie i tak muszą umierać…

        Żyje­my w świe­cie nawro­tu tego same­go bol­sze­wic­kie­go uką­sze­nia, rzą­dzą­ce eli­ty odrzu­ciw­szy porzą­dek Boży usi­łu­ją wybu­do­wać nowy, „racjo­nal­ny” bez­boż­ny świat, ponie­waż nie mogą same nic stwo­rzyć, mogą jedy­nie, jak kil­ka razy poprzed­nio „ciąć” to co jest, mogą tyl­ko two­rzyć cywi­li­za­cję śmierci.

Andrzej Kumor