Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami
Roz­dział 8

Deser w zaro­śnię­tej altanie

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Nie mogli uwie­rzyć wła­snym oczom. Myśle­li, że śnią. Na wpół ośle­pie­ni słoń­cem wpa­try­wa­li się w fosę, wypeł­nio­ną teraz wodą. Kry­sta­licz­nie czy­stą, przez któ­rą widać było kamie­nie na dnie i zato­pio­ną krót­ką traw­kę pora­sta­ją­cą wyso­kie brzegi.
- To Wiel­ki Napraw­czy!!! Mówił, że pra­cu­je nad czymś wod­nym! I nic wię­cej nie dało się z nie­go wte­dy wycią­gnąć — przy­po­mnia­ła sobie Bajka.
- Hur­ra! Juchu­chu!! Japin­gi!!! —  wrzesz­cze­li wska­ku­jąc do fosy na wyścigi.
- Golas, golas, niech żyje żyje nam! — Wygrys zain­to­no­wał pio­sen­kę kąpie­lo­wą patrząc na Mil­kę z nadzie­ją, że się do nie­go przy­łą­czy. Bie­gli obok sie­bie szu­ka­jąc ide­al­ne­go miej­sca do wsko­cze­nia. Mil­ka zanur­ko­wa­ła zanim zdą­ży­ła mu wytłu­ma­czyć, że śpie­wa­ła takie pio­sen­ki tyl­ko w dzie­ciń­stwie i to wcze­snym. Wygrys wpadł do wody jak klu­ska, mię­dzy jej psem, a nią. Jego mali­no­we futer­ko w żół­te krop­ki nabra­ło w wodzie jesz­cze inten­syw­niej­szych kolorów.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Słoń­ce świe­ci­ło moc­no i zdą­ży­ło już ogrzać wodę na tyle, że sta­ła się ide­al­na, nie za zim­na i nie za cie­pła. W fosie, głę­bo­kiej i sze­ro­kiej jak mała rze­ka, było teraz cudow­nie. Prze­sta­li krzy­czeć i po pro­stu pły­wa­li. Nie­któ­rzy otwie­ra­li oczy w wodzie i pły­nąc na brzu­chu patrzy­li na zato­pio­ną jasno­zie­lo­ną tra­wę i ślicz­ne kamie­nie. Widzie­li je wyraź­nie, bo pro­mie­nie słoń­ca docho­dzi­ły aż do same­go dna. Na doda­tek woda była tak czy­sta, że moż­na ją było pić. Pły­wa­jąc pili bez ograniczeń.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Po dłu­gim cza­sie zaczę­li wycho­dzić na brzeg i w koń­cu wszy­scy zna­leź­li się na mecha­tej tra­wie. Leże­li na brzu­chu i wpa­try­wa­li się w wodę, albo na ple­cach i, przy­sła­nia­jąc oczy, obser­wo­wa­li małe chmu­ry. Jasno­sza­ry w ciem­ne łaty pierw­szy zauwa­żył coś nad­la­tu­ją­ce­go od stro­ny Gro­du Prastarego.
- O, heli­kop­ter! — Jasno­sza­ry zmru­żył oczy i obser­wo­wał przy­bli­ża­ją­cy się punkt.
- Nie, za mały — powie­dział konik w kolo­rze zaschnię­tej gliny.
- I za nisko leci — doda­ła Julka.
- Ale szary…
- To dobra dusza Ibu­lin­ka, zawsze ubie­ra się na sza­ro. Rze­czy­wi­ście hała­su­je dzi­siaj tro­chę jak heli­kop­ter… — Mil­ka mia­ła bar­dzo dobry wzrok i umie­jęt­ność trzeź­we­go roze­zna­nia sytuacji.
- Leci wyjąt­ko­wo nisko, musi być obła­do­wa­na — zauwa­ży­ła Baj­ka, któ­ra zwy­kle potra­fi­ła dostrzec szcze­gó­ły nie­wi­docz­ne dla innych.

Ibu­lin­ka zbi­li­ży­ła się już na tyle, że widzie­li jej sza­ry ple­cak, wyła­do­wa­ny i naj­wy­raź­niej cięż­ki. Teraz sły­sze­li też jak rze­czy w nim obi­ja­ją się o sie­bie i robią taki hałas, jak­by do ple­ca­ka docze­pio­na zosta­ła tur­bi­na. Mie­li wra­że­nie, że ktoś tak fili­gra­no­wy może udźwi­gnąć olbrzy­mi ładu­nek tyl­ko jakimś cudem. Dobra dusza była ubra­na w sza­ry baweł­nia­ny pod­ko­szu­lek i inne sza­ro­ści w naj­lep­szym guście. Wszyst­ko na jej drob­nej figu­rze było sza­re, nawet pro­ste wło­sy blond mia­ły wyraź­nie sza­ry odcień i ścią­gnię­te zosta­ły w dłu­gi ogon sza­rą gum­ką. Wło­sy Ibu­lin­ki, kie­dyś krę­co­ne, pew­ne­go dnia zupeł­nie same się roz­pro­sto­wa­ły, w natu­ral­ny spo­sób. Na szyi zawsze nosi­ła masyw­ny srebr­ny naszyj­nik z gło­wą kota. Ibu­lin­ka, o deli­kat­nych, regu­lar­nych rysach i pięk­nych, dużych kocich oczach, była prze­cud­nej uro­dy. Patrzą­cym na jej drob­ną postać koni­kom nie mogło pomie­ścić się w gło­wie, że uno­si tak olbrzy­mi ple­cak. A jed­nak robi­ła to z łatwo­ścią. Jak zawsze pogod­na, poma­cha­ła im weso­ło pra­wą ręką, prze­kła­da­jąc do dru­giej książ­kę, któ­rą czy­ta­ła w cza­sie lotu. Lubi­ła czy­tać i robi­ła to nawet kie­dy latała.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Przyjdź­cie na deser! — zawo­ła­ła zni­ża­jąc się do lądo­wa­nia gdzieś dale­ko w głę­bi ogro­du. Kle­ko­ta­nie i zgrzy­ta­nie w ple­ca­ku ustało.
- Myśli­cie, że może­my iść na deser bez obia­du? — Jul­ka wyda­wa­ła się zaniepokojona.
- Nie mamy inne­go wyj­ścia. Popatrz na słoń­ce — trzeź­wo oce­ni­ła sytu­ację Milka.
Dopie­ro teraz zauwa­ży­li, że słoń­ce zeszło na tyle nisko, że na obiad nie mogą już liczyć.
- Uwa­ża­cie że Babu nam prze­ba­czy? — Jul­ka dalej mia­ła wątpliwości.
- Na pew­no nam prze­ba­czy, jak usły­szy co nam się zda­rzy­ło. Zresz­tą ona zawsze prze­ba­cza — uspo­ko­iła ją Baj­ka. — Każ­de­go dnia, kie­dy zacho­dzi słoń­ce, masz już wszyst­ko prze­ba­czo­ne, spoko.
- No, może rze­czy­wi­ście. Jeże­li raz w życiu nie zje­my obia­du, praw­do­po­dob­nie nic nam się od tego nie sta­nie — odzy­ska­ła rów­no­wa­gę Julka.

Od tej chwi­li nie mogli już myśleć o niczym innym, tyl­ko o dese­rze. Posta­no­wi­li kuć żela­zo póki gorą­ce. Ibu­lin­kę zna­leź­li bez tru­du, mimo że wylą­do­wa­ła w głę­bi ogro­du, dale­ko od zam­ku. Intu­icyj­nie skie­ro­wa­li się w stro­nę odgło­su mia­ro­we­go wale­nia, któ­re­go nigdy wcze­śniej tutaj nie sły­sze­li. Szyb­ko prze­ko­na­li się, że to ona ubi­ja pia­nę. Ple­cak stał już roz­pa­ko­wa­ny. Ibu­lin­ka, pra­cu­jąc, dalej uno­si­ła się leciut­ko nad zie­mią. Dzia­ło się tak dzię­ki wie­lu dobrym inten­cjom, któ­re mia­ła w tej chwi­li. Wszyst­ko, co było jej potrzeb­ne, roz­sta­wi­ła na sze­ro­kich kamien­nych scho­dach doni­kąd. Kie­dyś na pew­no do cze­goś pro­wa­dzi­ły, ale teraz ury­wa­ły się nagle. Po bokach obra­stał je bluszcz. 
Ibu­lin­ka przy­wio­zła spo­ro pod­ręcz­ne­go sprzę­tu. Mik­se­ry, robo­ty kuchen­ne, pie­kar­nik tury­stycz­ny i soko­wi­rów­ki sta­ły na róż­nych wyso­ko­ściach scho­dów w pozor­nym nie­ła­dzie. Mię­dzy nimi leża­ły strzy­kaw­ki do deko­ro­wa­nia cia­ste­czek, a lukry w róż­nych kolo­rach ska­py­wa­ły już ze stop­ni. Mia­ła też ze sobą wła­sny gene­ra­tor prą­du. Nie lubi­ła rze­czy na bate­rię ze wzglę­du na bez­pie­czeń­stwo dzie­ci. Na naj­niż­szym schod­ku, w dużym koszu ocie­nio­nym liściem łopia­nu, spa­ła malut­ka dziew­czyn­ka, do któ­rej Ibu­lin­ka czę­sto zaglą­da­ła. Była to Olu­sia, śpią­ca jak anioł, mimo że bie­gał naoko­ło niej pełen ener­gii chło­piec w stro­ju stra­ża­ka z napi­sem Szy­mek na heł­mie. Ibu­lin­ka uwi­ja­ła się, uży­wa­jąc róż­nych urzą­dzeń na prze­mian, z widocz­ną wpra­wą. Widać było, że wszyst­ko idzie dokład­nie po jej myśli. Zosta­ły jej już do zro­bie­nia tyl­ko grusz­ki w szo­do­nie według prze­pi­su jej bab­ci. Szo­don był to spe­cjal­ny, pysz­ny sosik, w któ­rym mia­ła zamiar zato­pić połów­ki gru­szek. Prze­pis bab­cia Ibu­lin­ki dosta­ła od swo­jej bab­ci, któ­ra dosta­ła go od swo­jej bab­ci. Któ­ra przy­pusz­czal­nie dosta­ła go od swo­jej babci.
- Czy masz ze sobą te ślicz­nie malut­kie mydeł­ka co zawsze? — Baj­ka bar­dzo lubi­ła ich zapach.
- Nie, nie mia­łam dzi­siaj miej­sca w ple­ca­ku. Umyj­cie ręce po pro­stu w źró­dle, o tam! — wska­za­ła miej­sce w krza­kach za prze­wró­co­ną kolum­ną. Po czym zwró­ci­ła się do koni­ka w kolo­rze pia­sko­wym, któ­ry naj­szyb­ciej umył kopyta:
- Czy mógł­byś nało­żyć bitą śmie­ta­nę na babeczki?
Pia­sko­wy zgo­dził się bez waha­nia i wziął od niej wia­dro śmietany.
- A ty powbi­jaj na czub­kach wisien­ki, ale tyl­ko na tych więk­szych, bo na małych poukła­da­my poziom­ki i jago­dy — popro­si­ła Jul­kę, któ­rą to bar­dzo zain­te­re­so­wa­ło, bo jesz­cze nigdy nie widzia­ła poziomek.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Inni tło­czy­li się za nimi w kolej­ce, chęt­ni do pomo­cy. Naj­bar­dziej chcie­li dostać strzy­kaw­ki deko­ru­ją­ce. Z alta­ny, w któ­rej Ibu­lin­ka nakry­ła już do sto­łu, pach­nia­ło moc­ną kawą i her­ba­tą owo­co­wą. Dro­gę wska­zy­wał im zapach, ale bluszcz obra­stał alta­nę tak gęsto, że z tru­dem zna­leź­li wej­ście. Była zro­bio­na z meta­lo­wej koron­ki. Po obej­ściu jej dwa razy dooko­ła zoba­czy­li w koń­cu pod blusz­czem meta­lo­wą bram­kę obro­śnię­tą róża­mi. W samym środ­ku alta­ny stał okrą­gły stół ogro­do­wy z meta­lu, któ­ry ze sta­ro­ści zro­bił się nie­bie­ska­wy. Ibu­lin­ka przy­kry­ła go mie­nią­cym się zie­lon­ka­wo­żół­to tiu­lem. Leża­ły na nim, na pate­rach, sto­sy babe­czek, tak malut­kich i deli­kat­nych, że trud­no było sobie wyobra­zić jakim spo­so­bem Ibu­lin­ka była w sta­nie je upiec. Sądząc po zapa­chu, musia­ła to zro­bić naj­wy­żej chwi­lę wcze­śniej. Mię­dzy pate­ra­mi sta­ły dzban­ki i malut­kie fili­żan­ki z cien­kiej por­ce­la­ny w róże. Na tale­rzy­kach leża­ły meta­lo­we łyżecz­ki z rącz­ka­mi w kształ­cie gałą­zek z mały­mi sęka­mi. Widać było, że Ibu­lin­ka obli­czy­ła poczę­stu­nek na spo­ro osób. Wszyst­ko, nie wia­do­mo zresz­tą jakim cudow­nym spo­so­bem, mie­ści­ło się na jed­nym sto­le. Tale­rzy­ki leża­ły w wyso­kich sto­sach, któ­re skrę­ca­ły w róż­ne stro­ny, ale się nie prze­wra­ca­ły. Na zewnętrz alta­ny, przy samej jej ścia­nie, sta­ło sta­ro­daw­ne urzą­dze­nie miaż­dżą­co-zgnia­ta­ją­ce z różo­wa­wo poły­sku­ją­ce­go meta­lu, w któ­rym moż­na było sobie zrobi­ć sok z leżą­cych obok w misach owo­ców. Sok spły­wał bez­po­śred­nio do pod­sta­wio­nej pod urzą­dze­nie szklan­ki. Była to opcja dla tych, któ­rym sok zro­bio­ny chwi­lę wcze­śniej w soko­wi­rów­ce nie wyda­wał się wystar­cza­ją­co świe­ży. Chwi­lę póź­niej konie kró­lew­skie prze­ko­na­ły się, że babecz­ki mia­ły rów­nie wyra­fi­no­wa­ne sma­ki, co wygląd. Sma­ku soków, któ­ry­mi je popi­ja­ły, nie dało by się z niczym porów­nać. Oczy­wi­ście sok roz­cień­cza­ły sobie wodą mine­ral­ną z syfo­nu, urzą­dze­nia doda­ją­ce­go do wody bąbel­ki, bo nie mogły się opa­no­wać, żeby go nie użyć.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Dzię­ki lek­kim podmu­chom popo­łu­dnio­we­go wia­ter­ku, zapa­chy z dale­kiej alta­ny zaczę­ły się roz­cho­dzić po całym ogro­dzie. Pierw­szy przy­szedł Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go. Sie­dział i stru­gał patyk, tak dokład­nie jak­by zro­bi­ła to maszy­na. Patyk był mu potrzeb­ny do skle­je­nia czę­ści mecha­ni­zmu roz­su­wa­ją­ce­go kota­rę nad wej­ściem głów­nym, któ­ry się wła­śnie zepsuł. Każ­dy, kto wcho­dził do zam­ku, przez dłuż­szą chwi­lę wyplą­ty­wał się z kota­ry, któ­ra nagle prze­sta­ła roz­su­wać się auto­ma­tycz­nie, a już się do tego przy­zwy­cza­ili. Zaraz po Wiel­kim Napraw­czym zja­wi­ła się Babu, razem z Wujem, któ­ry, jak się oka­za­ło, wła­śnie tego dnia zaczął pra­co­wać w ogro­dzie zam­ko­wym jako ogrodnik.
- Cześć wam! — powie­dział Wuj gru­bym, weso­łym gło­sem i zaczął się roz­glą­dać za ławką.
Koni­ki zoba­czy­ły, że zaraz za Wujem stoi Sza­ry. Odcią­gnę­ły go na bok i na wyści­gi zaczę­ły mu opo­wia­dać o pod­zie­miach. W pew­nym momen­cie Ciem­no­sza­ry wbił wzrok w jego ogon. W koń­cu wyrzu­cił z siebie:
- Coś ty zro­bił z ogo­nem? Brą­zo­wy? Prze­cież to do cie­bie zupeł­nie nie pasuje…!
- To był eks­pe­ry­ment. Babu powie­dzia­ła, że nie­dłu­go się zmy­je — powie­dział Sza­ry, po czym pod­szedł do Wygry­sa, któ­ry cały czas usi­ło­wał obra­cać się do nie­go tyłem, i zapytał:
- Masz kompas?
- Mam, nawet przy sobie, ale go nie uży­wam — odpo­wie­dział Wygrys wymijająco.
- To się świet­nie skła­da — powie­dział z ulgą Sza­ry. Wziął go za łapę i pocią­gnął za ław­kę. Usie­dli na tra­wie, gdzie Sza­ry cier­pli­wie zaczął mu obja­śniać zasa­dę dzia­ła­nia kom­pa­su. Obaj byli bar­dzo zado­wo­le­ni. Po roz­mo­wie z Wygry­sem, Sza­ry zna­lazł po kolei trzy kuzyn­ki i roz­dał im pla­ster­ki aga­tu. Wpa­tru­jąc się w ostat­ni, naj­grub­szy pla­ster, któ­ry miał zosta­wić dla sie­bie, potknął się o kosz malut­kiej dziew­czyn­ki Olu­si. Uło­żył agat na jej kocy­ku, żeby mia­ła się czym bawić po obu­dze­niu. Wte­dy poczuł się lżej­szy i napraw­dę szczęśliwy.

Powi­ta­niom nie było koń­ca. Powo­li scho­dzi­li się inni miesz­kań­cy zam­ku i oko­li­cy. Sia­da­li gdzie kto mógł: na meta­lo­wej ławecz­ce bez nogi, kocach pik­ni­ko­wych, wysta­ją­cych korze­niach i w innych miej­scach. Jul­ka zauwa­ży­ła szczu­płą kobie­tę zbli­ża­ją­cą się ścież­ką w towa­rzy­stwie kil­ku kotów i psów. Ubra­na była w dłu­gą, roz­klo­szo­wa­ną suk­nię z zamszo­po­dob­nej brą­zo­wej mate­rii z dekol­tem zasznu­ro­wa­nym rze­my­ka­mi. Spod suk­ni wycho­dzi­ły jej wyso­kie buty sznu­ro­wa­ne w ten sam spo­sób. Jej brą­zo­we wło­sy były zaple­cio­ne w koro­nę, któ­ra z tyłu sta­wa­ła się war­ko­czem zwią­za­nym rze­my­kiem. Po dłu­giej suk­ni i koro­nie Jul­ka roz­po­zna­ła w niej królową.
„No to mamy następ­ną kró­lo­wą” pomyślała.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- To kró­lo­wa Kry­sta­lia — szep­nę­ła do niej w tym momen­cie Mil­ka. — Miesz­ka nie­da­le­ko i pro­wa­dzi zajazd dla zwie­rząt, z posił­ka­mi, noc­le­ga­mi i świe­tli­cą. Spe­cja­li­zu­je się w kotach, ale przyj­mu­je też psy. Wszyst­kie ją uwiel­bia­ją i wszę­dzie za nią chodzą.
Jul­ka zauwa­ży­ła koło Kry­sta­lii wszyst­kie koty, któ­re spo­ty­ka­ło się w róż­nych zaka­mar­kach zam­ku, zawsze włó­czą­ce się poje­dyn­czo. Przy­szły za kró­lo­wą w zgod­nej gru­pie, mimo że prze­waż­nie uni­ka­ły pięk­ne­go, duże­go, mądre­go i łagod­ne­go, ale ener­gicz­ne­go psa Mil­ki. Pies nie odstę­po­wał Mil­ki na krok od momen­tu, kie­dy wró­ci­ła z lochów. Kry­sta­lia uśmie­cha­ła się do kotów pobłaż­li­wie i od cza­su do cza­su dawa­ła im coś z jed­nej z dwóch pięk­nych tore­bek, któ­re mia­ła przy sobie.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Jak to miesz­ka w oko­li­cy? — zapy­ta­ła Mil­kę Julka.
- No tak, tutaj są bar­dzo kró­lew­skie rejo­ny. W całej oko­li­cy dzia­ło się od wie­ków mnó­stwo kró­lew­skich rzeczy.
- Aż dwie toreb­ki naraz? — Jul­ka zwró­ci­ła się z uśmie­chem do Kry­sta­lii kie­dy tyl­ko się przy­wi­ta­ły. Towa­rzy­stwo kró­lo­wych nie onie­śmie­la­ło jej już tak, jak zaraz po przy­by­ciu do Tamdii.
- Tak — odpo­wie­dzia­ła kró­lo­wa. — Lubię toreb­ki. Trud­no by mi się było zde­cy­do­wać na jed­ną. W pra­wej noszę rze­czy dla kotów, a w lewej dla psów.
Jul­ka z podzi­wem patrzy­ła na pier­ścień z wiel­kim czer­wo­nym kamie­niem, któ­ry Kry­sta­lia mia­ła na palcu.
- Czy to praw­dzi­wy rubin? — zapytała.
- Nie, lan­dryn­ka. Liżę ją sobie jak mi się zachce cze­goś słodkiego.
Jul­ka w duchu przy­zna­ła, że to świet­ny pomysł i posta­no­wi­ła go kie­dyś wykorzystać.

W tym momen­cie roz­su­nę­ły się zaro­śla przy scho­dach i wyszła z nich kró­lo­wa Awe­lia z makie­tą zam­ku pod pachą. Zaraz za nią z krza­ków wysko­czył młod­szy subiekt Miko­łaj. W ręce trzy­mał mecha­nicz­ną brum­brar­kę do kre­mów, któ­rą kie­dyś poży­czył od Ibu­lin­ki. W każ­dym razie tak okre­ślił tę rzecz roz­ma­wia­jąc z kró­lo­wą. Wygrys porwał brum­brar­kę i od razu zaniósł ją Ibu­lin­ce, bo wie­dział jak bar­dzo takie urzą­dze­nie hała­su­je i miał nadzie­ję, że zaraz usły­szy jego dźwięk.
Awe­lia ostroż­nie poło­ży­ła makie­tę na ścię­tym pnia­ku drze­wa mówiąc do koników:
- Witaj­cie! Wyobraź­cie sobie, że od waszej wizy­ty w skle­pie z kred­ka­mi to, o czym wte­dy roz­ma­wia­li­śmy, nie daje mi spo­ko­ju. Zna­la­złam część makie­ty, o któ­rą mi cho­dzi­ło. Zaraz wam coś poka­żę — po tych sło­wach zaczę­ła po kolei witać się z Babu i wszyst­ki­mi pozo­sta­ły­mi, co zaję­ło oko­ło pół godziny.

Tym­cza­sem Wygrys wrę­czył try­um­fal­nie brum­brar­kę Ibu­lin­ce i zaraz potem roz­pła­kał się jak dziec­ko, bo Ibu­lin­ka powie­dzia­ła, że jest za mały, żeby jej uży­wać. Ibu­lin­ka, któ­ra musia­ła natych­miast wyjąć kolej­ną par­tię babe­czek z prze­no­śne­go pie­kar­ni­ka, wezwa­ła w myślach Odę.
- A cóż ty, bied­ny bie­da­ku, tak ryczysz? — zapy­ta­ła ze szcze­rym zdzi­wie­niem Oda, któ­ra była dziel­na i jesz­cze nigdy w życiu nie pła­ka­ła bez praw­dzi­we­go powo­du. Zja­wi­ła się na wezwa­nie Ibu­lin­ki natych­miast, dzię­ki temu, że wynaj­mo­wa­ła w zam­ku pię­tro jed­nej z mniej­szych wież na ubo­czu. Spę­dza­ła tam noce ucząc się do trud­nych egza­mi­nów. Stu­dio­wa­ła budo­wa­nie domów dla lalek. Miesz­ka­ła w zam­ku tyl­ko cza­sem, przed więk­szy­mi egza­mi­na­mi, kie­dy potrze­bo­wa­ła sku­pić się w samotności.
Wygrys natych­miast się uspo­ko­ił, bo zoba­czył, że Oda napraw­dę mu współ­czu­je. Oda była bar­dzo wraż­li­wa, w czym przy­po­mi­na­ła zresz­tą Ibu­lin­kę. Mia­ła dobre serce.
- Nie jesteś już takim maleń­kim dzie­ciąt­kiem, żeby pła­kać! — zmierz­wi­ła mu futerko.
- Poba­wisz się ze mną w kot­kę i mysz­ka? — zapy­tał Wygrys, a Oda nie tyl­ko zro­zu­mia­ła, co miał na myśli, ale natych­miast się z nim poba­wi­ła. Wygrys był zachwycony.
- Czy robi­łaś w dzie­ciń­stwie jakieś głu­pie rze­czy, któ­rych sią potem wsty­dzi­łaś? — zapy­tał, bo zoba­czył, że moż­na z nią szcze­rze porozmawiać.
- Oczy­wi­ście — odpo­wie­dzia­ła natych­miast Oda.
- Na przy­kład co?
- Wystrze­li­wa­łam z widel­ca pie­ro­gi, któ­re lecia­ły łukiem przez duży pokój u mojej pra­bab­ci i tłu­ma­czy­łam, że mi same spa­da­ją z tale­rza. Dola­ty­wa­ły aż pod piec z brą­zo­wych kafel­ków, któ­ry stał dale­ko w rogu — powie­dzia­ła Oda z pew­ną satysfakcją.
- Pra­bab­cia nazy­wa­ła ten pokój sto­ło­wym — doda­ła jesz­cze w zamyśleniu.
Wygrys chciał się dowie­dzieć wię­cej, ale w tym momen­cie dobra dusza Ibu­lin­ka sta­nę­ła na górze scho­dów i zapro­si­ła wszyst­kich na poczę­stu­nek. Niko­go nie trze­ba było dwa razy zapra­szać do sto­łu w alta­nie, któ­ry słu­żył jako bufet. Wyszu­ka­ne dese­ry Ibu­lin­ki sły­nę­ły w okolicy.

- Czy sły­sze­li­ście o dziew­czyn­ce z dru­giej stro­ny lasu, któ­rej nada­no imię Ema­lia? — zapy­ta­ła Babu, żeby zacząć kul­tu­ral­ną roz­mo­wę ogrodową.
- Tak, podob­no jej brat będzie się nazy­wać Lakier — odpo­wie­dzia­ła Ibu­lin­ka, któ­ra dzię­ki temu, że dużo czy­ta­ła, była zwy­kle zorien­to­wa­na w spra­wach bie­żą­cych. — To bar­dzo nowo­cze­sna rodzina.
Po tych sło­wach Ibu­lin­ka, obda­rzo­na pamię­cią foto­gra­ficz­ną, zro­bi­ła im kil­ka zdjęć pamię­cią. Sta­nę­ła na górze scho­dów, żeby objąć wszyst­kich i zręcz­nie foto­gra­fo­wa­ła ich pamię­cią zupeł­nie jak­by to był apa­rat. Na koń­cu prze­le­cia­ła nad nimi i zro­bi­ła jesz­cze kil­ka zdjęć z lotu pta­ka. Potem mogła takie zdję­cia wywo­łać z pamię­ci kie­dy tyl­ko chcia­ła. W koń­cu wylą­do­wa­ła zgrab­nie koło dziewczynek.
- Opo­wiedz nam coś stra­szą­ce­go… —  Mil­ka sko­rzy­sta­ła z oka­zji, że dobra dusza była teraz tro­chę mniej zaję­ta. Lubi­ła jej stra­szą­ce histo­rie, a rzad­ko mia­ła oka­zję ich posłu­chać. Ibu­lin­ka była zna­na z tego, że potra­fi­ła wymy­ślać wspa­nia­łe histo­rie, któ­rych nie­ste­ty nie mia­ła cza­su zapisywać.
- Nie teraz — Ibu­lin­ka zasta­na­wia­ła się, czy nie trze­ba dopiec jesz­cze babe­czek albo ubić wię­cej piany.
- Pro­si­my… — popa­trzy­ła na nią ślicz­nie Milka.
- No  dobrze. Jak bar­dzo chce­cie się bać? — zapy­ta­ła Ibu­lin­ka rze­czo­wo, jak mia­ła w zwy­cza­ju. — Na chwi­lę, czy aż do jutra?
- Zna­czy przez całą noc? Nie no, może nie aż tak… — wyka­za­ła zdro­wy roz­są­dek Bajka.
- Ja wam mogę opo­wie­dzieć coś napraw­dę okrop­ne­go, bez żad­ne­go pro­ble­mu — zgło­sił się swo­im tubal­nym gło­sem Wuj. Odło­żył na bok gra­bie, któ­re do tej pory trzy­mał machi­nal­nie w ręce, bo do alta­ny przy­szedł ode­rwa­ny od pra­cy ogrod­ni­czej.  Teraz jesz­cze wygod­niej roz­siadł się na ławecz­ce. Wcze­śniej pamię­tał, żeby pod­ło­żyć kawa­łek drew­na w miej­sce bra­ku­ją­cej nogi. Usa­da­wia­jąc się, poczuł coś w kie­sze­ni obszer­nych spodni ogrodniczych.
- A, wła­śnie, mam tu sło­iczek kon­fi­tu­ry z czar­ne­go bzu, któ­rą obie­ca­łem Wygrysowi.
Wygrys ode­brał kon­fi­tu­ry, usiadł za ław­ką i natych­miast zabrał się do jedze­nia. Lubił kon­fi­tu­rę z czar­ne­go bzu, bo moż­na się nią było nie­źle ubrudzić.
- Były sobie kie­dyś dłu­gie, zie­lo­ne ręce — zaczął Wuj, jak zawsze zado­wo­lo­ny z siebie.
- Prze­stań! — wrza­snął Wygrys zza ław­ki. Wszy­scy pod­sko­czy­li na pół metra. Nawet Wuj się tro­chę przestraszył.
- Ty też się boisz? — Ciem­no­be­żo­wy zapy­tał koni­ka w kolo­rze her­ba­ty z mle­kiem, któ­ry cały się trząsł.
- Oczy­wi­ście, że nie. Histo­ryj­ki wyci­śnię­te z myj­ki — odpo­wie­dział Her­ba­cia­nom­lecz­ny drżą­cym głosem.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Kie­dy wszy­scy pra­wie prze­sta­li się bać zie­lo­nych rąk, usły­sze­li prze­raź­li­we dźwię­ki docho­dzą­ce od stro­ny zam­ku. Coś przy­po­mi­na­ją­ce­go jęki pomie­sza­ne ze zgrzy­tem meta­lu. Po chwi­li kon­ster­na­cji oka­za­ło się, że to Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca na chwi­lę wyszedł z przy­ję­cia, żeby zdą­żyć pozgnia­tać opa­ko­wa­nia do wtór­ne­go wyko­rzy­sta­nia przed 10 wie­czo­rem. Na szczę­ście Babu wie­dzia­ła o wszyst­kim, co dzia­ło się na zam­ku i od razu ich uspo­ko­iła. Machi­na do zgnia­ta­nia była już pra­wie cał­kiem skoń­czo­na, ale Wyna­laz­ca dopra­co­wy­wał jesz­cze tłumik.
Prze­raź­li­we dźwię­ki machi­ny prze­stra­szy­ły mię­dzy inny­mi Wygry­sa, któ­ry zjadł już całą kon­fi­tu­rę. Wysko­czył więc zza ław­ki w pani­ce, tak brud­ny od kon­fi­tu­ry z czar­ne­go bzu, że na jego widok pies Mil­ki o mało nie zemdlał ze stra­chu. W cza­sie zamie­sza­nia z prze­ra­że­niem nie­któ­rych  i uspo­ka­ja­niem ich przez tych, któ­rzy uda­wa­li, że się mniej boją, koni­ki i kuzyn­ki ani na chwi­lę nie zapo­mnia­ły o spra­wie makie­ty przy­nie­sio­nej przez Awe­lię. Uzna­ły, że naj­wyż­szy czas, żeby z nią wresz­cie poroz­ma­wiać. Zna­la­zły kró­lo­wą pochy­lo­ną nad makie­tą razem z dobrą duszą Ibulinką.
- Czy wie­cie, że Ibu­lin­ka też świet­nie zna się na mapach? — powi­ta­ła je Awe­lia. Była wyraź­nie poruszona.
- Słu­chaj­cie — powie­dzia­ła zna­czą­cym gło­sem — obie z Ibu­lin­ką uwa­ża­my, że wpa­dli­ście na trop miej­sca w zam­ku, o któ­rym wia­do­mo z legend, że jest, ale nikt nie wie jak do nie­go dojść.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Cio­ciu — szep­nę­ła z namasz­cze­niem Jul­ka sto­ją­ca zaraz za koni­ka­mi — my już wszyst­ko wie­my… My wła­śnie stam­tąd wra­ca­my! — po czym, wszy­scy naraz opo­wie­dzie­li Awe­lii i Ibu­lin­ce co wyda­rzy­ło im się przed połu­dniem. Kró­lo­wa Awe­lia i dobra dusza Ibu­lin­ka aż usia­dły na tra­wie z wra­że­nia. Chwi­lę potem, dzwo­niąc łyżecz­ka­mi w fili­żan­ki, zwo­ła­ły wszyst­kich jak naj­bli­żej alta­ny i zre­la­cjo­no­wa­ły im sen­sa­cyj­ną opo­wieść koni­ków i kuzynek.

Kie­dy goście i domow­ni­cy, poru­sze­ni, roz­ma­wia­li o odkry­ciu w mniej­szych i więk­szych gru­pach, z zato­pio­nych już w pół­mro­ku krza­ków wyszedł Pan Janek. Cicho pozdro­wił wszyst­kich i usiadł z boku. Pan Janek miał dobre ser­ce i potrze­bę dzie­le­nia się dara­mi zie­mi. Mimo, że nic na ten temat nie wspo­mniał, Babu była pew­na, że koło tyl­nych drzwi kuchen­nych znaj­dzie dys­kret­nie zosta­wio­ny kosz pełen cze­goś dobre­go, co wła­śnie doj­rza­ło w ogro­dzie Pana Jan­ka. Posie­dział chwi­lę, wypił kawę przy­rzą­dzo­ną przez Ibu­lin­kę, po czym wstał i zni­ka­jąc w krza­kach powiedział:
- Przy­szła do was jakaś duża dosta­wa. Widzia­łem koło bramy.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

To zmo­bi­li­zo­wa­ło wszyst­kich, żeby się zebrać. Robi­ło się już zresz­tą chłod­na­wo, nie mówiąc o tym, że ciem­na­wo. Ibu­lin­ka spa­ko­wa­ła ple­cak w pięć minut.
- Odpro­wa­dzę was do zam­ku — powie­dzia­ła przy­pi­na­jąc do sze­lek ple­ca­ka kosz z malut­ką Olu­sią. Kosz koły­sał się mia­ro­wo, co dzia­ła­ło usypiająco.
Kry­sta­lia ze zwie­rzę­ta­mi szła w tę samą stro­nę, Awe­lia zosta­wa­ła w zam­ku na noc. Rano mia­ła zamiar wró­cić do Gro­du odwie­zio­na przez Szy­mo­na Solid­ne­go, któ­ry też wstą­pił na kawę. Wła­śnie wybie­rał się w następ­ną podróż. Szy­mon Solid­ny pra­wie zawsze był w podró­ży i bar­dzo to lubił. Jego pasją było pozna­wa­nie miesz­kań­ców dale­kich kra­in i ich zwy­cza­jów, a przy oka­zji zdo­by­wa­nie cie­ka­wych prze­pi­sów kulinarnych.

Kie­dy doszli na dzie­dzi­niec, Ibu­lin­ka zro­bi­ła wszyst­kim kil­ka zdjęć swo­ją pamię­cią foto­gra­ficz­ną, po czym uca­ło­wa­ła małe­go Szym­ka i zebra­ła się do lotu. Szy­mek Stra­żak zosta­wał na swo­ją proś­bę w zam­ku do następ­ne­go dnia. Szy­mon Solid­ny obie­cał pod­rzu­cić go do Gro­du. Malut­ka Olu­sia spa­ła w koły­szą­cym się mia­ro­wo koszy­ku. Wygrys zauwa­żył, że kie­dy dobra dusza przy­go­to­wy­wa­ła sobie książ­kę do czy­ta­nia w cza­sie lotu, dwa z kotów zam­ko­wych wsko­czy­ły jej do czę­ścio­wo opróż­nio­ne­go teraz plecaka.
- Lata bez pin­ki — pomy­ślał Wygrys, któ­ry uwa­żał, że to, do cze­go wpi­na się pod­pin­kę kurt­ki, nazy­wa się pinka.
Obser­wu­jąc odda­la­ją­cą się postać Ibu­lin­ki z kle­ko­czą­cym cicho ple­ca­kiem i koły­szą­cym się koszem, prze­szli całą gru­pą do bra­my. Było już zupeł­nie ciem­no, ale wjazd oświe­tla­ła latar­nia. Pod nią sta­ła teraz wiel­ka skrzy­nia z oku­cia­mi, wyglą­da­ją­ca jak­by nikt jej od daw­na nie otwie­rał. Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca prze­ciął pod­ręcz­ny­mi obcę­ga­mi oło­wia­ną pie­częć. Potem pod­niósł wie­ko. W środ­ku, pod war­stwą paję­czyn, usta­wio­ne były pięk­ne, sta­re pojem­ni­ki. Każ­dy miał dowią­za­ny do zakręt­ki zwi­tek pergaminu.
- Jak to sta­ran­nie napi­sa­ne! — powie­dzia­ła Babu roz­wi­ja­jąc jeden z nich. Kocha­ła pięk­ne pismo i książ­ki, a w  zam­ku peł­ni­ła hono­ro­wo funk­cję Opie­ku­na Ksiąg.
Konik w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka przy­su­nął się bli­żej i zaczął czy­tać rów­no­cze­śnie z nią. Zapach, któ­ry wydo­by­wał się ze skrzy­ni wydał mu się znajomy.
”Pamię­tam gal­bi­nus” pomy­ślał czy­ta­jąc. ”Pamię­tam z naszych rulonów”.
Po czym szyb­ko zaczął szu­kać w tor­bie przy sio­dle ołów­ka, żeby zro­bić notatki.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami